ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

piątek, 20 marca 2026

Była to jedna z największych klęsk WOP, poniesionych w walce z UPA.

 

80 lat temu... Jeden z ładniejszych pomników w Polsce, jakie widziałem. Upamiętnia on 70 polskich żołnierzy WOP i milicjantów, zamordowanych 20 marca 1946 roku w podkarpackim Jasielu. Była to jedna z największych klęsk WOP, poniesionych w walce z UPA. W nieistniejącym już dzisiaj Jasielu do wiosny 1946 funkcjonowała placówka Wojsk Ochrony Pogranicza, licząca 30 żołnierzy. Wopiści jednak znajdowali się w bardzo trudnym terenie - strażnica była odosobnioną wysepką w morzu wsi ukraińskich. 11 marca udało się dostarczyć ciężarówką do wsi trochę żywności dla żołnierzy, jednak 16 marca podczas próby naprawiania kabla telefonicznego patrol WOP natknął się na UPA i w walce zginął dowódca, ppor. Wiesław Zebrzycki. Wskutek tego zdecydowano się ewakuować placówkę do Komańczy. 19 marca do Jasiela przybyła 70-osobowa ekspedycja WOP z Komańczy. Oddział posiadał 6 erkaemów i dwa moździerze, oraz sporo broni maszynowej. 20 marca rankiem 100-osobowy oddział polski opuścił Jasiel, po zabraniu całego dobytku. Nie uszedł on daleko. Już kilkaset metrów od Jasiela na Polaków spadł zmasowany ostrzał z broni maszynowej i moździerzy. Zasadzkę zorganizowały sotnie UPA Stepana Stebelskiego „Chrina” i Wołodymyra Hoszki „Myrona”. Strzelanina trwała ponad godzinę. Zginęło dwóch polskich żołnierzy, kilkunastu zostało rannych, trzem udało się uciec na czechosłowacką stronę. Pozostali - w sumie 94 ludzi - poddali się po wyczerpaniu amunicji. Co się działo później, wiadomo z relacji jedynego ocalałego. Banderowcy rozdzielili wziętych do niewoli oficerów od podoficerów i szeregowych i odebrali im płaszcze. Potem rozpoczęto przesłuchania i zaczęto zdzierać mundury oraz buty. Jeńcom upowcy skrępowali ręce i zaczęli ich rozstrzeliwać. Pierwsi ginęli ci, którzy mieli sowieckie odznaczenia, albo udowodniono im udział w walce z UPA. W pewnym momencie znad wykopu, gdzie zrzucano ciała, wyrwał się szeregowiec Paweł Sudnik. „Wszystkim kazali się położyć twarzą do śniegu. Kilku banderowców przystąpiło do zdzierania z nas mundurów. Pierwszego żołnierza wtrącili na dno wykopu i któryś z nich strzałem w tył głowy pozbawił go życia. Potem mnie pchnęli na krawędź wykopu”, wspominał. Sudnik sam wskoczył do wąwozu i zaczął biec zygzakiem, mimo skrępowanych rąk i braku butów. Został ranny w ucho i w udo, jednak zdołał się skryć pod świerkiem, przysypanym śniegiem i przeczekać pogoń. Słyszał kroki banderowców i ich przekleństwa. Potem zdołał przejść dwanaście kilometrów (!) w śniegu i dojść do Jaworowej Woli, gdzie pomocy udzielił mu miejscowy chłop. Historię Pawła Sudnika, trochę podkoloryzowaną, zaprezentował Jan Gerhard w książce „Łuny w Bieszczadach”. Sudnik miał podobno później problemy ze strony UB i podejrzewano go o współpracę z UPA. Na pewien, gdyż niedokończony do dziś finał historii trzeba było czekać aż do czerwca 1946 roku. Wtedy do Jasiela udała się ekspedycja, prowadzona przez Sudnika, by ekshumować ciała. „Po przebyciu 500 m laskiem znaleźliśmy się w małej kotlinie, którą dzielił od drogi olbrzymi parów i tutaj żołnierz prowadzący wskazał miejsce, gdzie mają się znajdować ciała pomordowanych. Odkopaliśmy łopatkami jamę o średnicy 75 cm i natrafiliśmy na ręce i klatkę jednego z pomordowanych. Ręce te były skrępowane powrozem, a ciało pokryte już białym ześlimaczałym naskórkiem. Zrobiliśmy zdjęcie owego miejsca, po czym przykrywszy i zamaskowawszy jak było poprzednio t.j. mchem i opadłymi liśćmi ? odeszliśmy. [... ] Podczas trzech dni przygotowywaliśmy skrzynie, wozy, samochody i wyruszyliśmy w środę o godz. 7 rano po zwłoki. Miejsce ubezpieczyliśmy 100 żołnierzami, po czym przystąpiliśmy do wydobywania zwłok. 30 cm od powierzchni znajdowała się pierwsza warstwa zwłok. Połowa drugiej warstwy miała powiązane ręce i nogi, niektórzy nawet drutem, natomiast druga połowa miała skrępowane tylko ręce, skąd wyciągnęliśmy wniosek, że z chwilą ucieczki strz. Sudnika banderowcy poczęli krępować nogi, żeby zapobiec wypadkom ucieczki. W trzeciej warstwie znajdowały się 3 ciała, które miały na szyjach paski, lecz lekarz stwierdził że powieszeni nie byli, natomiast byli niemożliwie zmasakrowani. Niektóre zwłoki nie miały oczu i nosów. Po załadowaniu zwłok po trzech do jednej skrzyni przewieźliśmy je furmankami, później samochodami do Nowego Zagórza, gdzie przełożyliśmy zwłoki do trumien. [...] Dnia 20. VI.1946 r. o godz. 15 przybyły na cmentarz władze wojskowe, cywilne, różne organizacje, szkoły i ludność miejscowa. Tamt. ks. proboszcz odprawił ceremonię pogrzebową. Na zakończenie orkiestra zagrała hymn państwowy, komp. honorowa oddała trzykrotną salwę na cześć poległych, a równocześnie buczały wszystkie syreny znajdujące się w Nowym Zagórzu. Z 36 wydobytych zwłok dwoje zostało rozpoznanych przez rodzinę i zabrane. Byli to milicjanci z Komańczy.” W sumie w Jasielu zamordowanych zostało co najmniej 60 polskich żołnierzy. Co ciekawe, dwudziestu ludzi z jakiegoś powodu puszczono wolno. Zwłok co najmniej 30 polskich żołnierzy do dzisiaj nie odnaleziono.

Brak komentarzy: