Kilkanaście minut po północy 30 lipca 1945 roku wody Morza Filipińskiego pochłonęły amerykański ciężki krążownik USS Indianapolis. Do kapitulacji Japonii zostało wtedy nieco ponad 2 tygodnie, a do jej formalnego podpisania nieco ponad miesiąc. Na pokładzie znajdowało się 1195 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej. Zginęło 879 z nich, a przeżyło zaledwie 316. Była to ostatnia duża amerykańska jednostka bojowa zatopiona przez nieprzyjaciela w czasie drugiej wojny światowej i zarazem największa w dziejach US Navy strata ludzi z jednego okrętu na otwartym morzu. W zbiorowej pamięci tragedia ta zapisała się głównie dzięki atakom rekinów, spopularyzowanym przez film „Szczęki”. W rzeczywistości była wielowarstwową porażką potężnego systemu wojskowego, w której splotły się bezwzględność oceanu, biurokratyczna obojętność i ciężar jednej z najpilniej strzeżonych tajemnic wojskowych w historii.
Indianapolis należał do typu Portland, którego kształt wymusiły limity wyporności narzucone przez traktaty rozbrojeniowe z okresu międzywojennego. Okręt miał niemal 186 metrów długości i 9 dział kalibru 203 milimetrów, a jego prędkość przekraczała 32 węzły. Siłę ognia i szybkość okupiono jednak stosunkowo słabym opancerzeniem, zwłaszcza w podwodnej części kadłuba. W latach 30. krążownik pełnił funkcję okrętu państwowego. Na jego pokładzie prezydent Franklin Delano Roosevelt odbył w 1936 roku podróż dyplomatyczną do Ameryki Południowej. Podczas wojny na Pacyfiku jednostka uczestniczyła w kolejnych kampaniach i zdobyła 10 gwiazd bojowych. Wielokrotnie służyła też jako okręt flagowy Piątej Floty admirała Raymonda Spruance'a. Punktem zwrotnym okazał się 31 marca 1945 roku. U wybrzeży Okinawy japoński samolot kamikaze uderzył w okręt i zrzucił bombę, która przebiła pokłady i eksplodowała pod dnem. Zginęło 9 członków załogi, a uszkodzony krążownik musiał wrócić na remont do stoczni Mare Island w Kalifornii. W czasie tego remontu ważyły się losy najtajniejszego przedsięwzięcia wojny. Naukowcy Projektu Manhattan kończyli prace nad bombą atomową, a wojsko potrzebowało szybkiego i pewnego transportu jej kluczowych elementów na wyspę Tinian w archipelagu Marianów. 16 lipca 1945 roku, zaledwie kilka godzin po pierwszym próbnym wybuchu jądrowym na pustyni w Nowym Meksyku, Indianapolis wypłynął z San Francisco. Na pokładzie, pod stałą strażą piechoty morskiej, znajdowała się duża drewniana skrzynia z elementami bomby oraz ołowiany pojemnik z częścią wzbogaconego uranu. Pozostałe elementy uranowe przetransportowano na Tinian drogą lotniczą. Załoga, w dużej części złożona z młodych rekrutów przydzielonych po remoncie, nie znała celu misji. Trasę do Pearl Harbor okręt pokonał w rekordowym czasie około 74,5 godziny, a 26 lipca bezpiecznie wyładował ładunek na Tinianie. Z tych komponentów zmontowano bombę „Little Boy”, zrzuconą 6 sierpnia na Hiroszimę.
Po krótkim postoju na Guamie krążownik otrzymał rozkaz rejsu do zatoki Leyte na Filipinach. Tam załoga miała przejść szkolenie przed planowaną inwazją na Wyspy Japońskie. Kapitan Charles Butler McVay III pytał o eskortę niszczycieli zdolnych do zwalczania okrętów podwodnych, ale usłyszał, że nie jest ona potrzebna, a trasa jest bezpieczna. Było to założenie zgubne. Amerykański wywiad, odczytujący japońskie depesze, wiedział o działaniach nieprzyjacielskich okrętów podwodnych w tym rejonie. Ze względu na ochronę źródeł informacje te nie trafiły jednak do dowódcy krążownika. Władze na Guamie wiedziały też, że 24 lipca, 4 dni przed wypłynięciem Indianapolis, japoński okręt podwodny zatopił w zasięgu jego trasy niszczyciel eskortowy USS Underhill, lecz McVaya o tym nie poinformowano. Krążownik, który nie miał sonaru ani urządzeń do wykrywania okrętów podwodnych, popłynął samotnie przez otwarty ocean. Wieczorem 29 lipca nad morzem zalegały gęste chmury i widoczność była słaba. Kapitan McVay zarządził zaprzestanie zygzakowania, czyli manewru utrudniającego atak torpedowy. Rozkazy pozostawiały tę decyzję dowódcy, a w ciemności i przy prędkości około 17 węzłów ryzyko wydawało się niewielkie. Tymczasem w odległości około 10 kilometrów wynurzył się japoński okręt podwodny I-58 dowodzony przez komandora podporucznika Mochitsurę Hashimoto. Gdy chmury na chwilę odsłoniły księżyc, japońscy obserwatorzy dostrzegli sylwetkę krążownika. Hashimoto nakazał zanurzenie i rozpoczął podejście. Miał na pokładzie załogowe torpedy samobójcze kaiten, ale uznał, że klasyczne torpedy tlenowe wystarczą. Z odległości około 1500 metrów I-58 wystrzelił wachlarzem 6 torped.
2 z nich trafiły w prawą burtę. Pierwsza oderwała około 20 metrów dziobu, druga eksplodowała w rejonie śródokręcia, w pobliżu zbiorników paliwa i magazynów amunicji. Okręt stracił zasilanie i łączność wewnętrzną, a wnętrze wypełniły dym, woda i ogień. Maszynownie nie otrzymały rozkazu zatrzymania, więc krążownik wciąż płynął naprzód. Woda wdzierała się przez rozerwany dziób, co gwałtownie przyspieszyło tonięcie. McVay wydał rozkaz opuszczenia okrętu, ale wobec zniszczenia łączności przekazywano go ustnie. Z powodu narastającego przechyłu na prawą burtę nie udało się spuścić większości tratw i łodzi ratunkowych. Marynarze skakali do ciemnej wody pokrytej warstwą mazutu. Około 12 minut po trafieniu krążownik o wyporności standardowej blisko 10 000 ton przewrócił się i poszedł na dno dziobem w dół. Około 300 ludzi zginęło podczas ataku lub zatonęło razem z okrętem. Blisko 900, często poparzonych i rannych, znalazło się w wodzie, wierząc, że pomoc nadejdzie o świcie. Kolejne dni przyniosły cierpienie znacznie większe, niż sugeruje popkulturowy obraz. Rozbitkowie, rozproszeni na dużym obszarze, tworzyli dryfujące grupy i wiązali kamizelki ratunkowe, by utrzymać na powierzchni rannych i wyczerpanych. Największym zagrożeniem okazały się żywioł i fizjologia. W dzień tropikalne słońce paliło skórę, a mazut i odblask wody uszkadzały wzrok. Nocą wielogodzinne zanurzenie prowadziło do wychłodzenia, mimo że woda była ciepła. Kapokowe kamizelki z czasem nasiąkały i traciły wyporność. Ranni i najsłabsi po cichu znikali pod wodą. Najokrutniejsze okazało się pragnienie. Marynarze, którzy pili morską wodę, umierali wskutek odwodnienia i hipernatremii, czyli groźnego nadmiaru sodu we krwi. Wśród rozbitków szerzyły się halucynacje. Niektórzy widzieli wyspy, hotele z chłodnymi napojami albo własny okręt tuż pod powierzchnią. Część zdejmowała kamizelki i nurkowała po słodką wodę z rzekomo działających kranów w mesie. Inni, w stanie obłędu, atakowali kolegów, biorąc ich za Japończyków.
W tych warunkach pojawiły się rekiny, głównie żarłacze białopłetwe, a prawdopodobnie także żarłacze tygrysie. Zwabione krwią i ruchem w wodzie, początkowo żerowały na ciałach zmarłych. Z czasem zaczęły atakować żywych, zwłaszcza tych, którzy oddalili się od grup. Ocaleni wspominali nagłe zniknięcia towarzyszy pod wodą. Rekiny zebrały straszliwe żniwo, ale szacunki liczby ich ofiar wahają się od kilkudziesięciu do około 150 osób. Znacznie więcej ludzi zmarło z odwodnienia, wyczerpania, ran i hipernatremii. Słynny monolog z „Szczęk”, w którym rekinom przypisuje się niemal wszystkie ofiary, przedstawia te proporcje w zniekształconej formie. Prawdziwa tragedia polegała na tym, że marynarze umierali powoli, czekając na pomoc, która nie nadchodziła, bo marynarka wojenna nie zauważyła zaginięcia własnego okrętu. Brak reakcji wynikał z serii błędów i luk proceduralnych. Indianapolis miał dotrzeć do Leyte 31 lipca. Obowiązujące przepisy, które miały chronić tajemnicę ruchów okrętów bojowych, nie wymagały jednak meldowania o przybyciu takich jednostek do portu, a więc również o ich nieprzybyciu. Nieobecność krążownika odnotowano, ale nikt nie podniósł alarmu. Do dziś toczy się spór o sygnały SOS. Część relacji i dokumentów wskazuje, że wezwanie o pomoc zostało nadane i odebrane przez kilka stacji, ale zlekceważone. Według innych ustaleń uszkodzona radiostacja okrętu mogła w ogóle nie wyemitować sygnału. Amerykanie przechwycili i odczytali meldunek I-58 o zatopieniu dużego okrętu, ale uznano go za przechwałkę i nie powiązano z brakiem Indianapolis w porcie.
Ratunek przyszedł przypadkiem. 2 sierpnia przed południem, po blisko 3,5 doby od zatonięcia, porucznik Wilbur Gwinn, pilot patrolowego samolotu bombowego PV-1 Ventura, dostrzegł na oceanie plamę ropy. Zniżył lot i zobaczył w niej dziesiątki pokrytych mazutem ludzi. Zrzucił tratwę ratunkową i zaalarmował dowództwo. Na miejsce skierowano kolejne samoloty i okręty, w tym łódź latającą PBY Catalina porucznika Adriana Marksa. Marks, widząc ataki rekinów, wbrew obowiązującym zakazom wylądował na otwartym morzu, ryzykując utratę maszyny. Uratował 56 ludzi. Gdy w kadłubie zabrakło miejsca, przywiązywał rozbitków do skrzydeł linkami od spadochronów. Po zmroku dotarł niszczyciel eskortowy USS Cecil J. Doyle. Jego dowódca, W. Graham Claytor, późniejszy sekretarz marynarki wojennej, kazał skierować najsilniejszy reflektor prosto w niebo, choć narażało to okręt na atak. To światło stało się dla rozbitków symbolem ocalenia. Akcja z udziałem kilku okrętów trwała przez kolejne dni, a poszukiwania zakończono 8 sierpnia. Z wody wydobyto żywych 321 ludzi. Kilku z nich zmarło wkrótce potem, więc ostatecznie przeżyło 316. Dawniej podawano, że na pokładzie było 1196 osób i zginęło 880. Późniejsza weryfikacja list załogi ustaliła liczby 1195 i 879.
Marynarka ogłosiła utratę okrętu dopiero 14 sierpnia, w dniu ogłoszenia kapitulacji Japonii, więc wiadomość niemal zginęła w ogólnej euforii. Rozmiar kompromitacji wymagał jednak znalezienia winnego, a stał się nim ocalały dowódca. W grudniu 1945 roku McVay stanął przed sądem wojennym. Był jedynym kapitanem spośród dowódców ponad 350 amerykańskich okrętów utraconych w walce podczas wojny, którego za to postawiono przed sądem. Oskarżono go o niezarządzenie zygzakowania oraz o zbyt późny rozkaz opuszczenia okrętu. Z drugiego zarzutu został uniewinniony, z pierwszego skazany. Bezprecedensowym krokiem było sprowadzenie z pokonanej Japonii Mochitsury Hashimoto jako świadka. Japoński dowódca zeznał, że zygzakowanie nie uchroniłoby krążownika przed trafieniem. Podobnie zeznał amerykański oficer z floty podwodnej. Mimo to sąd uznał McVaya winnym. Wyrok przewidywał utratę 100 miejsc na liście starszeństwa, ale na wniosek admirała Chestera Nimitza sekretarz marynarki James Forrestal uchylił karę i przywrócił McVaya do służby. W 1949 roku przeszedł on w stan spoczynku w stopniu kontradmirała. Piętno pozostało jednak na zawsze. Przez lata dostawał listy pełne oskarżeń od rodzin poległych, a samotność po śmierci żony pogłębiła jego cierpienie. 6 listopada 1968 roku w Litchfield w stanie Connecticut wyszedł przed dom ze służbowym rewolwerem i figurką marynarza, którą dostał w dzieciństwie jako talizman, i odebrał sobie życie.
Rehabilitacja przyszła w niezwykły sposób. W drugiej połowie lat 90. sprawą zainteresował się Hunter Scott, uczeń szóstej klasy z Pensacoli na Florydzie. Zainspirował go monolog o Indianapolis w „Szczękach”. W ramach szkolnego projektu historycznego dotarł do dokumentów i przeprowadził wywiady z dziesiątkami ocalałych. Jego praca, wspierana przez stowarzyszenie ocalałych i senatora Boba Smitha, przyciągnęła uwagę mediów i Kongresu. W 1999 roku Scott zeznawał przed senacką komisją sił zbrojnych. Głos w sprawie zabrał również Hashimoto, który apelował o oczyszczenie imienia McVaya. W październiku 2000 roku Kongres przyjął, a prezydent podpisał przepisy stwierdzające, że w aktach McVaya powinno się znaleźć oczyszczenie go z odpowiedzialności za utratę okrętu i śmierć załogi. Była to jednak deklaracja stanowiska Kongresu, która nie usunęła wyroku z akt. Dopiero 11 lipca 2001 roku na polecenie Pentagonu dołączono do jego teczki dokument oczyszczający go z winy. Hunter Scott został później lotnikiem marynarki wojennej. Katastrofa miała też trwałe skutki dla samej floty. Wymusiła zmianę procedur meldowania o przybyciu okrętów i śledzenia ich ruchów, tak aby zaginięcie jednostki nie mogło znów pozostać niezauważone przez kilka dni. Miejsce spoczynku krążownika pozostawało nieznane przez 72 lata. Pozycje z ostatnich chwil okrętu były niepewne, a rozbitkowie przez kilka dni dryfowali z prądami. W 2017 roku historyk z Naval History and Heritage Command odnalazł zapis z dziennika okrętu desantowego LST-779, który jako ostatni widział Indianapolis. Na tej podstawie zespół badawczy finansowany przez współzałożyciela Microsoftu Paula Allena zlokalizował wrak 19 sierpnia 2017 roku. USS Indianapolis spoczywa na dnie Morza Filipińskiego na głębokości około 5500 metrów. Jego szczątki są rozrzucone, ale wiele elementów zachowało się dobrze, w tym kotwica, dzwon i numer burtowy 35. Wrak jest chronionym grobem wojennym.
Pamięć o załodze przetrwała dzięki samym ocalałym, którzy od 1960 roku spotykali się na zjazdach w Indianapolis. W 2020 roku, w 75. rocznicę zatonięcia, Kongres przyznał załodze Złoty Medal Kongresu, dedykowany wszystkim jej członkom, żyjącym i poległym. Medal jest eksponowany w muzeum Indiana War Memorial w Indianapolis. Ostatnim żyjącym ocalałym jest Harold Bray, który w czerwcu 2026 roku skończył 99 lat.
Źródła:
