1 września 1940 r., podczas patrolu na Atlantyku, załoga polskiego niszczyciela ORP „Błyskawica” zauważyła samotnego rozbitka, rozpaczliwie proszącego o pomoc. Polacy szybko mu jej udzielili, dowiadując się że owy rozbitek był Turkiem służącym na storpedowanym przez U-Boota statku angielskim „Star Sion”. Co ciekawe, przed przekazaniem go na ląd Polacy podarowali mu nowe ubranie i całkiem sporą garść pieniędzy – przez co Turek opuścił „Błyskawicę” niemal jak człowiek majętny a nie ledwie uratowany rozbitek. Dokładnie opisał to Wincenty Cygan, marynarz służący wówczas na pokładzie polskiego niszczyciela (za: „Granatowa załoga”):
„Po trzytygodniowych ćwiczeniach znaleźliśmy się samotnie na patrolu na Atlantyku. Zadaniem naszym było topienie łodzi podwodnych. Pozycja okrętu: około pięciuset mil morskich od najbliższych brzegów Irlandii. Pogoda była kiepska. Częste szkwały ograniczały widoczność do kilkuset metrów. Fala była duża. Po przejściu jednego szkwału w pewnym momencie ktoś z obserwatorów zameldował jakiś przedmiot na horyzoncie. Dowódca spojrzał przez lornetkę.
– Rzeczywiście – stwierdził – jest tam coś. Kawałek drzewa, zdaje się.
Czy warto zbaczać z kursu, tym bardziej że mieliśmy już sygnał, by wracać i w drodze powrotnej kontynuować patrolowanie. Po krótkim jednak namyśle dowódca polecił zbadać zameldowany przedmiot. Była to nieduża łódź wiosłowa do góry dnem, a na niej człowiek. Łódź ta z człowiekiem raz zapadała się w kotliny wodne, to znowu ukazywała się na wierzchołkach fal. Człowiek rozpaczliwie machał ręką. Okręt okrążył łódź i zatrzymał się w ten sposób, że zastawił sobą bieg bałwanów podrzucających łodzią. Na stępce łodzi okrakiem siedział rozbitek, którego ubiór stanowiło coś w rodzaju wiatrówki i roboczych spodni marynarskich. Poza tym był boso, za pasem w skórzanej pochwie zatknięta finka. Podano mu linę. Nieszczęśliwiec chwycił za koniec, podciągając się ostatkiem sił do burty. Po angielsku krzyknęliśmy mu z góry, by trzymał się mocno liny, to go podciągniemy na pokład. Człowiek zrozumiał i próbował wykonać polecenie, okazało się jednak, że nie miał na tyle siły, by utrzymać na linie ciężar własnego ciała. Wyrzucono sztormtrap. Przy pomocy ramion ludzi, wychylonych za burtę, wdrapał się na pokład. Zataczał się jak pijany.
Zaprowadzono go natychmiast do izby chorych. Zbadał go lekarz, potem pacjent wysączył pełną szklankę gorzały, a następnie poczęto badać, kim jest i skąd się wziął na przewróconej łodzi. Rozbitek mówił po angielsku gorzej niż my, był jednak zdolny odpowiedzieć na pewne pytania.
– Who are you?
– Turek. Przed wojną żyłem we Francji, a teraz pływałem na angielskim statku.
– Co wiózł ten statek?
– Ewakuowanych Brytyjczyków do Kanady.
– Czy dużo było pasażerów?
Rozbitek nie wiedział dokładnej liczby, ale twierdził, że było wielu.
– Jak to się stało, że z tak dużej liczby ludzi sam tylko ocalałeś?
Na to odpowiedział, że widział jeszcze drugą łódź z rozbitkami, ale zniknęła mu ona gdzieś we mgle.
– Czy był ktoś więcej z tobą w łodzi?
Zamiast odpowiedzi poczerwieniał i zapomniał języka w gębie. Powtórzono mu pytanie. Poczerwieniał jeszcze mocniej i jąkając się, przyznał, że był jeszcze jeden, ale po pierwszym dniu w nocy zasłabł i zsunął się z łodzi.
– Jak długo utrzymywałeś się na wodzie?
– Trzy doby.
Ostatnim pytaniem było:
– Dlaczego statek zatonął?
– Dostał torpedę.
Rozbitka pozostawiono w izbie chorych i dano mu spokój. Czerwienienie i jąkanie się jego wskazywało, prawdopodobnie, na kłamstwo, kiedy mówił o zasłabnięciu i zsunięciu się towarzysza w wodę. Przypuszczaliśmy, że przy pomocy finki wyzbył się współpasażera, stanowiącego niebezpieczny balast. Udowodnić mu kłamstwa nie było można, a jedyny świadek nie żył. Anglicy mówią: Dead man doesn’t talk […]
Pod pokładem tymczasem zawiązała się samorzutna akcja pomocy rozbitkowi. Wśród załogi zebrano dwadzieścia funtów, oficerowie dodali drugie dwadzieścia. Z magazynu mundurowego wydano mu komplet bielizny, buty i robocze kombinezony, któryś z oficerów dał mu cywilne ubranie i kapelusz. Do najbliższego portu, jakim był Belfast w północnej Irlandii, wysłano sygnał radiowy o obecności rozbitka cywila na okręcie. Odpowiedź była: ‘Zostawić go w Londonderry [w Irlandii Północnej]’. Na tę wiadomość mina rozbitka posmutniała.
– Dlaczego nie do Anglii? – pytał, ględząc równocześnie coś niecoś o tym, że nie spodziewa się być szybko tam przewieziony.
Według oficera łącznikowego rozbitek, który jest cywilem, nie może przebywać na okręcie wojennym dłużej niż to jest konieczne. Wytłumaczyliśmy mu, że nie jest w naszej mocy zmienić zarządzenie Admiralicji. Chociaż rozbitek smucił się tą decyzją, lecz ja i Wacek widzieliśmy możliwość odświeżenia naszych starych znajomości. Kiedy okręt zawijał do Londonderry, wciąż nie rezygnowałem z przejażdżki do Belfastu. Los cierpki nie sprzyjał nam. Okręt wszedł tylko na redę i dobił do ropowca. Na ten ropowiec wysadzono rozbitka. Po pobraniu ropy – odkotwiczenie.
Turek, stojąc na pokładzie, rzucał nam ręką pożegnanie. Jakżeż inaczej musiał czuć się teraz i trzy dni temu! Przez trzy doby bez jedzenia, słodkiej wody, snu, trzymając się kurczowo, dosłownie, ostatniej deski ratunku, zalewany zimnymi bałwanami, z szansą ratunku coraz malejącą, zaglądał śmierci w oczy cały czas. Stał teraz na pokładzie ropowca, ubrany od stóp do głowy, z czterdziestoma funtami w kieszeni i – co najważniejsze – pewny życia. Kiedy okręt nasz znalazł się już w odległości piętnastu mil i sylwetka ropowca zaczęła się zacierać, to przez dalmierz wciąż można było widzieć człowieka potrząsającego jedną ręką, a drugą wycierającego oczy.”
Bibliografia: Wincenty Cygan, „Granatowa załoga”.