W gabinecie, komendant już na nich czeka.
Został poinformowany wewnętrzną linią.
Trzy razy się upewniał u sekretarki, czy dobrze wygląda.
Samochód podjeżdża.
Wchodzi trzech.
Aryjskość aż bije po oczach.
Butni, hardzi, aroganccy.
Idealnie skrojone mundury i buty na glanc.
Najstarszy stopniem podaje mu dokument.
- Zapałętała się do was nasza więźniarka. Nie powinna tu być, bo nie skończyliśmy z nią. A ten, co ją tu wysłał, już jest na froncie wschodnim.
Komendant czyta.
Sprawdza pieczątki.
Wszystko ok.
Gestapowcy nie zwracają na niego uwagi.
Lecz komendant chce się jeszcze upewnić.
Trzeba zadzwonić do Warszawy.
Podnosi słuchawkę i cisza.
Idzie do sekretariatu, podnosi słuchawkę, a tam też cisza.
- Coś nie tak, komendancie?
Pyta najstarszy stopniem nawet się do niego nie odwracając.
- Nie, nie. Wszystko w porządku.
Nakazuje sprowadzić więźniarkę.
Mija trochę czasu – Gestapowcy dobrze się bawią, opowiadając sobie kawały.
W końcu – dwóch kapo przyprowadza tę, po którą Gestapo przyjechało.
Komendant do końca życia zapamięta jej oczy – nie było w nich strachu.
Było PRZERAŻENIE!
Zaczyna się wyrywać jak szalona.
„Może dobiegnę do drutów?” - myśli.
Na Pawiaku miała ampułkę z cyjankiem, która dodawała jej odwagi, bo wiedziała, że w każdej chwili może jej użyć.
Tu jej nie ma.
W końcu jeden z kapo wali ją mocno po żebrach.
Wrzucają ją do samochodu, jak worek kartofli.
Jeden Gestapowiec siada po lewej, drugi po prawej stronie.
Najwyższy rangą – z przodu.
Ruszają.
„Jak uciec? No, JAK UCIEC?! Nie przeżyję znów przesłuchań na Szucha! Nie przeżyję Pawiaka!”
Jadą parę kilometrów.
Kątem oka zauważa, że ten siedzący po lewej stronie gestapowiec, ściąga czapkę, luzuje krawat i rozpina koszulę.
To samo robi ten z prawej.
A najwyższy rangą, siedzący na przednim siedzeniu, już też bez czapki, odwraca się do niej z pięknym uśmiechem.
Śmieją się też jego oczy...
„Pani Ireno. Proszę się już nie bać. Jest pani bezpieczna. Dostaliśmy rozkaz odbicia pani z Majdanka i rozkaz wykonaliśmy. Teraz jedziemy do przygotowanej kryjówki.”
Nie wierzy uszom.
Wszystko zostało powiedziane w nienagannej polszczyźnie.
Uwierzy, gdy za parę chwil obejmą ją ramiona męża.
„Organizacja zadziałała. Specjalnie wezwaliśmy chłopaków z Pomorza, by mieć 100% pewność, że ich nie znasz. No i perfekcyjnie mówią po niemiecku. Wszystko się udało. Teraz odpocznij.”
Odpoczywa.
Ale potem - wyruszają do Warszawy.
Irena natychmiast zgłasza się do dowództwa - "Dajcie mi jakąś pracę. Nie usiedzę tak bezczynnie!"
Dowództwo się waha.
Tyle przeżyła!
Ale wie, że z Nią się nie dyskutuje.
Dostaje zatem zadanie...
"Gdzieś po Mokotowie lata sowiecka radiostacja. Proszę spróbować ją namierzyć."
Irena jest świetnie wyszkolona.
Ma ogromny zmysł obserwacji i zapamiętywania najdrobniejszych szczegółów.
No i ma coś, z czym trzeba się urodzić - bardzo wysoki iloraz inteligencji.
Zabiera się do pracy.
Zbiera fakty, łączy przypadkowe spostrzeżenia, układa w całość.
... i pewnego dnia nie wraca do domu.
Jest dokładnie 04.10.1943 r.
To się NIGDY nie zdarzyło - zawsze wracała do domu przed godziną policyjną.
Mąż jest bardzo zaniepokojony...
Z samego rana stawia całą warszawską organizację na nogi.
"Znajdźcie ją!"
Znaleźli.
W... kostnicy przy szpitalu przy ul. Oczki.
Jej ciało znaleziono na Polu Mokotowskim.
Mąż ogląda uważnie ciało.
Strzał w tył głowy.
Metoda katyńska.
Kto zabił?
Gwardia Ludowa?
Armia Ludowa?
Tajny agent NKWD?
W każdym razie - zapewne ktoś od komunistów.
Prawdy już nigdy chyba nie poznamy.
Została pochowana na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, pod nazwiskiem Barbara Zawisza (kwatera 148-5-4).
Irena Iłłakowiczowa z domu Morzycka, ps. „Irena”, „Barbara Zawisza”.
Polka.
Patriotka.
Podporucznik Narodowych Sił Zbrojnych.
Agentka wywiadu Organizacji Wojskowej Związku Jaszczurczego i NSZ.
Czyż Jej życiorys nie nadaje się na scenariusz filmowy?