W czerwcu 1944 r. silne uderzenie Armii Czerwonej w niemiecką Grupę Armii „Środek” wymusiło na Wehrmachcie przejście do odwrotu. Zdaniem niemieckiego porucznika Gottloba Herberta Bidermanna, walczącego wtedy na froncie wschodnim, odwrót Wehrmachtu okazał się wówczas chaotyczny a dla żołnierzy – którym wpajano że mają tylko atakować lub bronić swoich pozycji – stanowił niemal szok. Tak opisał to Bidermann we wspomnieniach pt. „W śmiertelnym boju”:
„23 czerwca 1944 roku, Armia Czerwona uderzyła na Grupę Armii ‘Środek’ na froncie o szerokości czterystu kilometrów. Cały centralny odcinek frontu, od Witebska do Kijowa, stanął w płomieniach. Operując pełnoetatowymi, dobrze wyposażonymi dywizjami, silnie wspieranymi przez broń pancerną, lotnictwo i wyekwipowanymi dzięki ogromnej pomocy materiałowej ze Stanów Zjednoczonych, Armia Czerwona uderzyła na nadwątlone linie niemieckiej obrony pod Rżewem, Smoleńskiem i dalej na południe.
Rosjanie zadawali teraz armii niemieckiej ciosy w taki sam sposób, jak my robiliśmy to im w 1941 i 1942 roku w okresie naszych największych zwycięstw. Z powodu uporu HitIera nasi generałowie nie byli w stanie podejmować niezbędnych działań, zapobiegających okrążaniu całych armii. Ofensywy o niespotykanej skali przebijały się przez nasze najbardziej wysunięte rubieże, pędziły głęboko na nasze tyły i odcinały wielkie skupiska ludzi i sprzętu, zmuszając złapane w sidła jednostki do masowych kapitulacji lub doprowadzając do ich unicestwienia.
W kotle bobrujskim, daleko na południe od naszych pozycji pod Juchnowem, nasze dywizje wpadły w pułapkę, zostały pokonane i zniszczone. Ci, którzy przeżyli te gigantyczne okrążenia z początków lipca 1944 roku, znaleźli się na ciernistej drodze do gułagów i obozów dla jeńców wojennych.
Powody, dla których zawalił się cały centralny odcinek frontu, były oczywiste. Mieliśmy zbyt mało żołnierzy, zbyt mało czołgów i zbyt mało środków, aby utrzymywać pod kontrolą przepastne rejony na wschodzie. Nasi główni decydenci z Berlina uparcie odmawiali zaakceptowania tego faktu. Na tym etapie wojny nie istniały już u nas dywizje, odpowiadające siłą jednostkom, które wywalczyły wcześniejsze zwycięstwa. W pułkach, które uprzednio składały się z trzech batalionów, teraz mieliśmy po dwa znacznie słabsze bataliony. Jednostki saperskie i artyleryjskie doświadczyły podobnego okrojenia, co było wynikiem strat poniesionych w boju i ogołocenia ich z personelu, który posłużył jako uzupełnienia dla dywizji piechoty.
W Niemczech, w granicach samej Rzeszy, w desperackiej próbie utrzymania wielu frontów, naciskanych przez coraz silniejszego przeciwnika, wciąż formowano nowe i nowe jednostki. W tym samym czasie stare dywizje, walczące na froncie od samego początku, nigdy nie otrzymały wystarczających uzupełnień, które mogłyby w pełni zrekompensować ciężkie straty, poniesione przez lata walki. Jednym z największych problemów, z jakimi borykali się żołnierze na poziomie pododdziałów bojowych, był fakt, że większość najbardziej doświadczonych oficerów i podoficerów wyginęła lub została wyeliminowana przez poważne zranienia i nie mogła już służyć razem z nami.
Ponadto, Wehrmacht tak naprawdę nigdy w pełni nie rozwinął ani nie nauczył się taktyki i sposobów dokonywania odwrotu. Niemieckiego żołnierza nauczono, aby postrzegał odwrót wyłącznie jako porażkę, z której nie odniesie żadnych korzyści. Nawet we wcześniejszym okresie, w Reichswehrze, studiowanie tego tematu i włączanie do toku szkolenia owej użytecznej taktyki w celu wykorzystywania jej z korzyścią dla nas, nie było pochwalane. Po 1936 roku z programu nauczania wojskowego wycofano nawet szkolenie w zakresie planowego odwrotu z bojem. Jedyne metody walki, które wbijano nam do głowy, zawierały się w dwóch słowach: ‘atakować’ i ‘stać’. W tym sensie Wehrmacht rozpoczął wojnę nieprzygotowany.
Czerwcowe i lipcowe załamanie się frontu grupy Armii ‘Środek’ doprowadziło do chaosu. Jaskrawym dowodem na bałagan był widok niezliczonych jednostek, które można było dostrzec na drogach i mostach, uciekających do tyłu i sprawiających wrażenie, że są pozbawione dowództwa i nie wiedzą, dokąd idą. W tym samym czasie widziało się inne, osłabione oddziały, które usiłowały przebić się przez te tłumy w kierunku linii frontu, by stawić opór naciskającemu przeciwnikowi.
Niektóre poturbowane jednostki ogarniała panika i płynęły na zachód wielką falą, pieszo i w pojazdach wszelakiej maści. Zamieszanie, spanikowani żołnierze, korkowanie się wszystkich przejezdnych dróg – wszystko to byłoby kiedyś uważane za scenariusz nie do pomyślenia, lecz teraz upadek dyscypliny i załamanie się porządku stały się rzeczywistością.”
Bibliografia: Gottlob Herbert Bidermann, „W śmiertelnym boju”.
Fotografia: kolumna Dywizji Wehrmachtu „Großdeutschland” na froncie wschodnim we wrześniu 1944 r. Na pierwszy planie czołg PzKpfw V Panther. Źródło: NAC / Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa / Gottert.