ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 22 września 2026

Decyzja Langnera okazała się tragicznym błędem w ocenie wiarygodności przeciwnika.

 Mateusz Historyk

„Wy jesteście Słowianie” – bronił Lwowa przed Niemcami. Dlaczego oddał miasto Sowietom? 🇵🇱
Leopolis semper fidelis – Lwów zawsze wierny. Miasto, które stawiło skuteczny opór Ukraińcom w 1918 i 1919 roku, a w 1920 roku nie skapitulowało przed bolszewikami i którego obrońcy zapisali jedną z najpiękniejszych kart wojny polsko-bolszewickiej, we wrześniu 1939 roku znalazło się w dramatycznym położeniu. Z jednej strony nacierał Wehrmacht, z drugiej pojawiła się Armia Czerwona.
Lwów nie został zdobyty przez Niemców. Gdy 17 września Związek Sowiecki zaatakował Polskę, sytuacja obrońców zmieniła się jednak całkowicie. Dowodzący obroną miasta gen. Władysław Langner musiał zdecydować: walczyć dalej, próbować się przebijać czy poddać miasto jednemu z dwóch agresorów? 22 września wybrał Sowietów. Tego dnia skapitulował Lwów.
Najpierw trzeba powiedzieć jasno: obrona Lwowa była aktem żołnierskiego bohaterstwa. Od 12 września polskie oddziały odpierały niemieckie ataki, mimo przewagi przeciwnika w uzbrojeniu i wsparciu lotniczym. Wehrmacht nie zdobył miasta w wyniku zwycięskiego szturmu. Kiedy pod Lwów dotarła Armia Czerwona, polska załoga znalazła się między dwoma przeciwnikami. Pierwsze oddziały sowieckie pojawiły się pod miastem w nocy z 18 na 19 września, a wkrótce rozpoczęły się rozmowy dotyczące kapitulacji.
Langner nie podejmował decyzji z przekonaniem, że może jeszcze odwrócić losy wojny. Oceniał sytuację Polski jako beznadziejną i obawiał się, że dalsza obrona przyniesie śmierć ludności cywilnej oraz zniszczenie miasta. Uważał, że obowiązkiem dowódcy jest ograniczenie strat. W takim rozumowaniu można znaleźć pewną logikę. Nie oznacza to jednak, że jego decyzja była trafna.
Największy problem dotyczył tego, komu Langner zdecydował się zaufać. Związek Sowiecki nie był już neutralnym państwem, które pojawiło się pod Lwowem przypadkiem. Od 17 września był agresorem prowadzącym działania przeciwko Polsce. Mimo to Langner uznał, że kapitulacja przed Sowietami może być mniej niebezpieczna niż dalsza walka lub poddanie się Niemcom.
Według relacji ppłk. Kazimierza Ryzińskiego Langner miał powiedzieć: „Z Niemcami prowadzimy wojnę – miasto biło się z nimi przez 10 dni. Oni, Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy jesteście Słowianie”. Sens tej wypowiedzi wydaje się prosty: skoro Niemcy są Germanami, a Rosjanie i Polacy Słowianami, to w sytuacji wyboru między dwoma agresorami lepiej oddać miasto „Słowianom”.
Jeżeli taki sposób rozumowania rzeczywiście odegrał rolę w decyzji Langnera, był to błąd nie tylko polityczny, ale przede wszystkim błąd w rozpoznaniu przeciwnika. Wspólnota języka czy pochodzenia nie oznacza jeszcze wspólnoty interesów. Polacy i Rosjanie to Słowianie, ale państwo sowieckie nie kierowało się żadnym „braterstwem Słowian”. Kierowało się własnym interesem, ideologią i imperialną polityką. 17 września Armia Czerwona nie wkroczyła do Polski jako „słowiański brat”, lecz jako drugi agresor.
Tragizm tej decyzji polegał również na tym, że Sowieci przedstawili Langnerowi konkretne warunki kapitulacji. Gwarancje dotyczące losu polskich oficerów mogły przekonać dowódcę, że poddanie miasta nie będzie oznaczało represji wobec jego żołnierzy. Szybko okazało się jednak, że sowieckim obietnicom nie można ufać. Wielu oficerów, którzy po kapitulacji Lwowa trafili do sowieckiej niewoli, zostało osadzonych w Starobielsku, a następnie zamordowanych w Charkowie w ramach zbrodni katyńskiej.
Dwa dni po kapitulacji Langner rozmawiał z Siemionem Timoszenką i Nikitą Chruszczowem. Jak później relacjonował, Chruszczow zapewniał go, że Związek Sowiecki dotrzymuje zobowiązań i że oficerowie zostaną wypuszczeni na wolność. Tak się nie stało. Decyzja Langnera okazała się tragicznym błędem w ocenie wiarygodności przeciwnika.
Ma również ważny wymiar propagandowy. 22 września podpisano „Protokół ogłoszenia o przekazaniu miasta Lwowa Armii Czerwonej”. Kluczowe było słowo „przekazanie”. Sowieci mogli mówić o „przekazaniu” Lwowa, zamiast o przejęciu miasta przez armię państwa, które kilka dni wcześniej zaatakowało Polskę. Dawało to możliwość przedstawiania całej operacji jako uporządkowanego aktu, a nie zajęcia polskiego terytorium przez agresora.
Nie należy oczywiście twierdzić, że Langner świadomie chciał dostarczyć Sowietom materiału propagandowego. Jego celem było zakończenie beznadziejnej sytuacji militarnej i ocalenie miasta oraz żołnierzy. Skutki decyzji mogły być jednak zupełnie inne niż jego intencje. Akt „przekazania” Lwowa mógł zostać wykorzystany do tworzenia obrazu, w którym Armia Czerwona nie występowała jako agresor, lecz jako siła przejmująca władzę w sposób uporządkowany i pozornie zgodny z wolą polskiej załogi.
Było to wygodne dla szerszej sowieckiej narracji. Związek Sowiecki przedstawiał swoją agresję jako „wyzwolenie” ziem zamieszkanych przez Ukraińców i Białorusinów. Zamiast mówić o napaści na istniejące państwo polskie, propaganda przedstawiała wkroczenie Armii Czerwonej jako akt historycznej sprawiedliwości. Kapitulacja Lwowa i jego „przekazanie” mogły zostać wpisane w tę narrację. Nie oznaczało to oczywiście żadnego rzeczywistego uznania przez Polskę sowieckich praw do miasta, ale propagandowo było użyteczne.
Co więcej, kapitulacja Lwowa nie mogła już przesądzić o losie terytorium Polski. Ten los został w zasadniczej mierze określony przez działania obu agresorów i ich wcześniejsze porozumienia. 22 września, tego samego dnia, w którym Lwów został „przekazany” Armii Czerwonej, w Brześciu nad Bugiem odbyła się wspólna niemiecko-sowiecka defilada. Był to symboliczny obraz sytuacji: Polska znajdowała się między dwoma najeźdźcami, którzy dokonali podziału jej terytorium. Decyzja Langnera mogła wpłynąć przede wszystkim na sposób zakończenia obrony miasta i los jego obrońców, nie mogła natomiast odwrócić strategicznego wyniku wojny.
Dlatego trzeba rozdzielić ocenę obrońców Lwowa od oceny decyzji ich dowódcy. Żołnierze, którzy przez dziesięć dni odpierali niemieckie ataki, zapisali piękną kartę w historii polskiego oręża. Langner podejmował decyzję w sytuacji, w której nie było dobrego wyjścia.
Jego błąd nie polegał na tym, że nie przewidział zwycięstwa – takiego zwycięstwa w tej sytuacji nie było. Polegał na tym, że w sytuacji bez dobrego rozwiązania uznał jednego z dwóch agresorów za przeciwnika, któremu można zaufać. Chciał ocalić ludzi i miasto, ale błędnie ocenił państwo, któremu powierzył ich los. Uwierzył w gwarancje, których druga strona nie zamierzała respektować, i – jeśli relacja o jego słowach trafnie oddaje jego sposób myślenia – przypisał znaczenie polityczne wspólnocie słowiańskiej, która w rzeczywistości nie miała żadnej mocy powstrzymania sowieckiej polityki.
🚨 Nie każda klęska zaczyna się od przegranej bitwy. Czasami zaczyna się od błędnego rozpoznania przeciwnika.

Trzy pałace

 Dariusz Kosieradzki

- pałac pierwszy PATRYKOZY Budzik Czasu część 42 odc. 2 Od Taborównej córki Patrykoskiego, przez Dyszów i Dowojnów w kierunku Kolegiaty, a dalej do Wężów, ale nie z Wężów tylko z Krynicy, czyli XVI wiek i długie pazury Diabła
Po śmierci Stanisława Tabora Patrykoskiego syna Bogusława (ok. 1500) dobra Patrykozy, a raczej prawa do nich z powodu braku męskich potomków przeszły na jego córkę, której imienia nie znamy, podobnie jak nie znamy imienia żony Tabora, a jej matki, bo w źródłach na których bazujemy nie są one wymienione. Ani jedno, ani drugie. Co to za źródła zapytacie? A tak już odpowiadamy. To taki jakby Stary i Nowy Testament dla naszego regionu, tyle że nie religijny a historyczny, jedno i drugie zebrane i spisane stosunkowo nie dawno, bo w 2006 i 2015, ale to nie zmienia faktu że oba dzieła są Wielkiej i Starożytnej dla nas Wagi i Rangi. Chodzi oczywiście o publikacje pt. Sokołów Podlaski. Dzieje miasta i okolic oraz Monografię Parafii w Kożuchówku, czyli nasze bazy wyjściowe. Autorzy interesujących nas fragmentów, a dotyczących rzecz jasna Patrykoz mimo braku tych imion o których mowa wyżej przekazują szereg innych i kluczowych wiadomości. Ale jest istotny w tym szkopuł, różnią się w tym czyją żoną była owa, jedyna spadkobierczyni Stanisława Tabora Patrykoskiego tj. Taborówna. O co chodzi...bo wcale nie jest to taki drobiazg.
Zb. Wąsowski podaje u siebie, że była ona żoną Jakuba Dowojnowicza, syna też Jakuba "Dowojny", który był starostą drohickim i który po śmierci swojej żony, czyli Taborówny miał w 1505 r. upomnieć się o dobra patrykozkie w contrze do Dyszów Dybowskich, bo i ci rościli sobie do nich prawa. I tu mamy zagwozdkę, bo w książce "Dzieje Sokołowa..." T. Jaszczołt z kolei podaje, że Taborówna była żoną...kogo? Ano właśnie. Miała być żoną Stanisława Dysza z Dybowa i to dlatego Dybowscy się w dziejach Patrykoz pojawiają. Co do jednego obaj autorzy się zgadzają, tak czy siak, gdy obie strony zaczęły się spierać o ten majątek Taborówna już nie żyła. Jak wiemy już, ostatecznie Patrykozy, a na pewno ich większość przejęli potem Dowojnowiczowie. I kolejna ciekawostka, bo w 1518 r. występuje już jako ich właściciele nie jeden a aż trzech braci, prócz wymienionego Jakuba syna Jakuba, jeszcze Jerzy i Andrzej. Jak to się ma do schedy mężowskiej po zmarłej? Najwyraźniej jakieś późniejsze rozdania. Z kolei ów Jakub Dowojnowicz syn starosty drohickiego Jakuba Dowojny też przecież zszedł bezpotomnie (klątwa czy co?), a Patrykozy przejął jego bratanek, tyle że jeszcze innego brata o którym nie było wcześniej u nas mowy, chodzi o Stanisława syna Jakuba starosty drohickiego i jego potomka w osobie Stanisława syna Stanisława Dowojnowicza i są to już lata 40 XVI w.
Wróćmy jednak do Taborówny i ogarnijmy to jej zamążpójście stwierdzając że nie mogła być "jednocześnie" czy też "po kolei" żoną Dysza Dybowskiego i Dowojnowicza. Dlaczego zapytacie. No dobra. Owszem może i mogła ale jako wdowa po jedynym z nich, a przecież wiadomo, że gdy obaj zaczęli się wadzić o Patrykozy, ta już nie żyła, a oni tak. Więc co? Ewidentnie. Nie mogła. Oj diabeł 😈 tu ogonem nieźle namieszał i chyba wiemy który diabeł, ten co tkwi w szczegółach, względnie ten z Legendy o Czarnym Baranie (czy aby to nie ten sam jednak?)...i długie pazury ma te monstrum z piekła rodem, że sięgnęło nie tylko przez przestrzeń ale i przez zasłony czasu i czy to nie On miał jakiś wpływ, a może był bezpośrednią przyczyną sprzedania Patrykoz Kolegiacie Warszawskiej przez owego bratanka Jakuba Dowojnowicza, czyli Stanisława syna Stanisława Dowojnowicza, bo dobra te w 1547 r. w jej imieniu nabyli kanonicy Jan Wojsławski i Stanisław Samborski i Kościół roztoczył swoją opiekę nad nawiedzoną okolicą? A tak na poważnie, to trzeba przyznać i schylić się z pokorą nad niełatwą i żmudną pracą historyków, którzy nierzadko mają do czynienia z odległymi czasami o których źródeł jest stosunkowo niewiele i to podziurawionych jak sito, a takie coś złożyć do logicznej kupy to już prawdziwe wyzwanie dla intelektu. A błędy wiadomo że się zdarzają różnych powodów, zwykłych i niezwykłych.
A co z Patrykozami? Podsumujemy. Po 1505 r. przeszły w ręce przedstawicieli rodu Dowojnowiczów i do 1547 r. w nich pozostawały. Potem jakiś czas były w rękach kościelnych, by w drugiej połowie XVI w. najpierw stopniowo a potem całościowo zostać przejęte przez inny, miejscowy ród szlachecki korzeniami z Węży, czyli ród Wężów h. Ślepowron i w spisie podatkowym z 1580 r. już jest wymieniany przy Patrykozach. Znamy nawet dokładną datę roczną nabycia przez nich Patrykoz, to 1574 r. i miał je nabyć Marcin Wąż, podsędek ziemski drohicki.
A co z Taborówną zapytacie? To Dybowska Dyszowa, czy Dowojnowa? No właśnie, problem w tym że i my do końca tego nie wiemy, chociaż chcielibyśmy obstawić tę ostatnią możliwość. Na wszelki wypadek zapytaliśmy już tam gdzie trzeba i czekamy na jasną odpowiedź. Jak tylko ją otrzymamy i wy się dowiecie. A teraz pora na dalsze dzieje Patrykoz, bo działo się tu, oj działo.
Dariusz M. Kosieradzki
PS. A może Patrykoska - Dyszowa była matką, a Taborówna - Dowojnowa córką? Lub na odwrót? To wyjaśniałoby całe te zamieszanie z Dyszami Dybowskimi i Dowojnami w Patrykozach, a my mielibyśmy przysłowie "dwie pieczenie na jednym ogniu"? Przyznacie, że to ciekawa koncepcja nieprawdaż? Ach, jak ja przepadam za takimi teoriami i hipotezami, a one? One, przepadają za mną. Pełna wzajemność uczuć parahistorycznych. Tak. Na to wygląda.





22.09.1942 r. w Sokołowie Podlaskim we wczesnych godzinach porannych rozpoczęła się akcja likwidacyjna miejscowego getta.

 Pracownia Dokumentacji Dziejów Miasta Sokołów Podlaski

Z kart historii miasta ...
Niemcy realizując plan ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej doprowadzili do otoczenia terenu tzw. dzielnicy żydowskiej. Zaskoczeni mieszkańcy nie spodziewali się, że wydarzenia, które rozegrały się już w tak wielu innych miasteczkach dotkną także i ich. Prezes Judenratu wręcz zapewniał swoich podopiecznych, że do tego nie dojdzie. Twierdził, że ma zapewnienie od starosty Ernsta Gramssa, że sokołowscy Żydzi są mu potrzebni. Ten ranek miał w bestialski sposób zweryfikować ile warte są niemieckie zapewnienia. A termin, jaki wybrano nie był przypadkowy. Dzień wcześniej tj. 21 września wypadało żydowskie święto Jom Kipur. Bezduszni mordercy wiedzieli, że ten dzień Żydzi spędzają na modlitwie, że do miasta z tej okazji przybędzie wiele ukrywających się po wsiach osób. Wykorzystali to. Modlący się do późnych godzin, niczego się niespodziewający Żydzi zostali zaskoczeni rankiem. Większość początek bezwzględnej akcji zastał jeszcze w łóżkach. Nagłe wybudzenie, powstałe w skutek strzałów czy wybuchów granatów spowodowało jedno. Wybuchła panika. Ludzie w popłochu biegali bez celu, szukając kryjówki, która mogłaby dać odrobinę nadziei na przetrwanie, która uchroniłaby ich przed śmiercią czy też wywózką do Treblinki o ile w tym stwierdzeniu można zauważyć jakąkolwiek różnicę.
Poniżej przedstawiamy relację jednego z uczestników akcji likwidacyjnej, naocznego świadka tamtych wydarzeń.
Relacja Ruwena Figowego
Pamiętam, że akcja ta rozpoczęła się rano. To było we wrześniu 1942 roku. Rano usłyszeliśmy strzały i krzyki ze wszystkich stron getta. Ja, jako członek Służby Porządkowej (Ordnungsdienst), wyszedłem na ulicę i zobaczyłem biegających esesmanów, którzy wyciągali Żydów z domów, bardzo często ich przy tym rozstrzeliwując. Po kilku minutach widziałem kilkadziesiąt ciał leżących obok siebie. Udało mi się dotrzeć do gminy żydowskiej, gdzie zgromadzili się wszyscy członkowie Judenratu oraz Służby Porządkowej. Nieznany mi esesman wyznaczył mnie do zbierania zwłok. Przez 2 dni, podczas trwania całej akcji zbierałem razem z 4 innymi członkami Służby Porządkowej zwłoki i ładowałem je na wozy. Ciała zwożono na plac w getcie, gdzie znajdował się duży dół, z którego później (po około roku jak opowiadali mi Polacy), zostały przewiezione do Węgrowa i tam spalone w pobliżu cmentarza żydowskiego. W getcie zamordowano wówczas około 2 000 Żydów. Akcja ta została przeprowadzona przez esesmanów należących do obozu zagłady w Treblince, przeprowadzona pod dowództwem SS-Sturmführera Theodora von Eupena, którego widziałem później w Treblince.
Oprócz nazwiska von Eupen nie znam żadnych innych nazwisk Niemców, którzy brali udział w akcji. Pamiętam jedynie niemieckiego esesmana, którego nazywano pseudonimem „Pfeifer” (od niem. pfeifen tj. gwizdać) a to, dlatego, że podczas zabijania Żydów stale gwizdał. Jego prawdziwego nazwiska nie znam. Był wysokim, szczupłym, blondynem, miał piegi na twarzy i na dłoniach. Wiek około 25 lat. Co do tych dwóch niemieckich esesmanów, pamiętam, jak von Eupen zastrzelił z pistoletu Żydówkę wraz z jej dzieckiem. Stało się to pierwszego dnia akcji. Przed budynkiem gminy żydowskiej esesmani przygotowywali grupę Żydów do wywózki do Treblinki. Ja sam byłem zajęty zbieraniem zwłok. Nagle zobaczyłem z odległości 10 metrów, jak do von Eupena podeszła Żydówka z dzieckiem na ręku i pokazała dokumenty uprawniające ją do wyjazdu za granicę. Słyszałem, jak von Eupen powiedział: „Jeśli zostawisz tu dziecko, zwolnię cię z transportu”. Żydówka zgodziła się na to, po czym von Eupen nakazał zanieść dziecko do grupy Żydów siedzącej z boku. Gdy matka to zrobiła, wyciągnął pistolet i zastrzelił najpierw dziecko, a następnie matkę. Dziecko to było dziewczynką w wieku około 3 lat. Zdarzenie to widziałem na własne oczy. Po tym zdarzeniu von Eupen odszedł, a ja załadowałem ciała dziecka i Żydówki na wóz.
Gmina żydowska w Sokołowie Podlaskim znajdowała się na Małym Rynku. Drugiego dnia akcji zajmowałem się zbieraniem zwłok na tym właśnie placu. W pewnym momencie znajdowałem się tam w pobliżu zamkniętego podwórza, z którego Niemcy właśnie wyciągali z kryjówki żydowską rodzinę składającą się z około 10 osób. Podwórze to było zamknięte otaczającymi je budynkami i przez szeroką bramę, z odległości 15–20 metrów, widziałem, jak von Eupen stał przed tą rodziną i własnoręcznie strzelił do Żydówki, której kurczowo trzymała się trójka jej dzieci. Gdy von Eupen zabił tę Żydówkę wraz z jej 3 dzieci, zastrzelił ze swojego pistoletu po kolei pozostałych członków rodziny. Po tym, jak ci Żydzi zostali zabici, osobiście załadowałem ich na wóz i zostały wywiezione do wspólnego grobu. Nazwiska tej rodziny dzisiaj już nie pamiętam. Oprócz tych 2 incydentów nie widziałem więcej, jak von Eupen rozstrzeliwał Żydów w Sokołowie Podlaskim. Jeśli chodzi o „Pfeifera”*, to przypominam sobie 2 morderstwa, których się dopuścił.
Pierwszy incydent miał miejsce pierwszego dnia Akcji na ulicy Rogowskiej. Przejeżdżałem wtedy moim wozem, na którym znajdowały się zwłoki zamordowanych Żydów. Nagle na ulicy Rogowskiej zatrzymał mnie esesman, który wskazał na podwórze, z którego należało zabrać zwłoki. Udałem się na to podwórze wraz z grupą Służby Porządkowej [Ordnungsdienst], która razem ze mną zbierała zwłoki i zobaczyłem tam, jak przy wejściu do mieszkania przy schodach stał „Pfeifer” i trzymał stopę na zwłokach leżącego na ziemi Żyda. W ręku trzymał karabin i celował do kolejnego Żyda, który właśnie schodził po drabinie ze strychu. Nagle usłyszałem strzał z karabinu i w tym samym momencie zobaczyłem, jak Żyd spada z drabiny. Ten Żyd został zabity strzałem z karabinu.Załadowaliśmy zwłoki obu Żydów na wóz. Po załadowaniu tych zwłok udaliśmy się w wyznaczone miejsce, a „Pfeifer” ruszył w dalsze poszukiwania Żydów
Pamiętam, że noc z pierwszego na drugi dzień akcji spędziłem ze wszystkimi innymi członkami Służby Porządkowej w pokoju domu należącego do budynku gminy żydowskiej. W tym pokoju ukrywało się również kilku Żydów, którzy zostali tam schowani przed Niemcami przez Służbę Porządkową. Zabronione mieli opuszczanie tego pokoju. Gdy następnego dnia zrobiło się już zupełnie widno, jeden z członków Służby Porządkowej o nazwisku Bronicki, wraz z jednym z ukrywających się u nas Żydów wyszedł z pokoju, aby przynieść wodę. Zostali oni jednak dostrzeżeni przez „Pfeifera”, który przywołał ich do siebie gwizdem. Gdy usłyszałem gwizd, udałem się do otwartego okna na pierwszym piętrze. Kiedy podszedłem do okna, z odległości około 30 metrów zobaczyłem następujące zdarzenie:
„Pfeifer” pokazał palcem na ścianę budynku gminy żydowskiej, dokąd mieli się udać. Gdy stali przy ścianie odwróceni twarzami, podszedł z karabinem w ręku i nagle usłyszałem strzał, po czym zobaczyłem, jak Bronicki upada na ziemię i jak z jego roztrzaskanej głowy zaczyna płynąć krew. Stojący obok niego furman zaczął uciekać, ale Pfeifer go dogonił i powalił kopnięciem na ziemię. Furman próbował stanąć na kolana, trzymając się przy tym obiema rękami za głowę, po czym SS-man z bardzo bliskiej odległości strzelił do niego z karabinu i trafił go od tyłu w pośladki / dolną część ciała, tak, że później odkryłem u niego dużą ranę. Następnie Feifer odszedł. Jeszcze tego samego dnia brałem udział w załadunku zwłok Bronickiego i furmana.
Wracając do akcji likwidacyjnej: drugiego dnia akcji zostałem wraz z pozostałymi członkami Służby Porządkowej (Ordnungsdienst) wywieziony do obozu w Treblince. Razem z kilkoma innymi członkami Służby Porządkowej zostałem przydzielony do obozu pracy. Pracowałem tam w tak zwanym „Scheißkommando” [komando sanitarnym / latrynowym], a podczas likwidacji obozu w Treblince wskoczyłem do głębokiej betonowej studni i przebywałem w niej aż do wkroczenia Rosjan, którzy nadeszli po jednym dniu.

Moneta sprzed 1000 lat z nazwą Polski

 

Kolega słusznie przytoczył dziś tę monetę sprzed 1000 lat z nazwą Polski. Czy ukraiński wiceminister w polskim rządzie, pan , jest w stanie wskazać monetę z napisem „Ukraina”, która ma więcej niż 35 lat?

Ale pokój bez sprawiedliwości to zepsucie.

 

Tłumaczenie z języka angielski
Chrześcijaństwo nie jest religią pacyfistyczną. Ludzie uwielbiają wykręcać „nadstaw drugi policzek”, jakby Chrystus mówił swoim uczniom, by byli słabi, bojaźliwi i bezradni wobec zła. Nie o to chodziło. Chrystus uczył samokontroli, nie tchórzostwa. Chodziło o osobistą pokorę, nie o oddawanie swojego domu, swojego ludu czy swojej wiary w ręce niegodziwości. Chrześcijaństwo nigdy nie było pacyfistyczne. Stary Testament jest pełen mężczyzn Boga, którzy walczyli o sprawiedliwość: Jozue, Dawid, Gedeon i Machabeusze. Nowy Testament nie wymazuje tej rzeczywistości. Kiedy Paweł napisał, że władcy „nie na próżno noszą miecz”, jasno dał do zrozumienia, że siła, właściwie użyta, jest ustanowiona przez Boga, by karać zło i chronić niewinnych. Wielcy Ojcowie Kościoła to rozumieli. Augustyn i Tomasz z Akwinu obaj nauczali, że sprawiedliwa wojna nie jest grzechem. Chrześcijanin może – i czasem musi – walczyć, gdy sprawiedliwość i niewinni są atakowani. To nie jest żądza krwi. To obowiązek. Miłowanie wroga nie oznacza poddania się mu. Oznacza odmowę nienawiści do niego, nawet gdy go powstrzymujesz. Istnieje różnica między miłosierdziem a moralnym samobójstwem. Sam Chrystus był cichym przed swoim Ojcem, ale nigdy przed złem. Ganił hipokrytów, wywrócił stoły i głosił prawdę bez kompromisów. Współczesna idea, że chrześcijanie powinni siedzieć cicho i pozwolić, by niegodziwość zwyciężyła, jest całkowicie obca Pismu. W Apokalipsie Chrystus powraca nie jako pacyfista, lecz jako zwycięski Król. Jego szata jest zanurzona we krwi i wyrusza na czele armii niebios. To nie jest łagodna ewangelia. To sąd i zwycięstwo. Dziś wielu myli cichość ze słabością. Zbyt wiele kościołów głosi poddanie się w imię pokoju. Ale pokój bez sprawiedliwości to zepsucie. Zło nie zatrzymuje się, bo się do niego uśmiechasz. Zatrzymuje się, gdy ludzie wiary stają twardo. Chrześcijaństwo wzywa do odwagi, dyscypliny i obrony prawdy. Wzywa mężczyzn, by byli wojownikami światła, nie tchórzami ukrywającymi się za fałszywym pokojem. Chrześcijanie nie są powołani do cichego życia pod butem niegodziwości. Jesteśmy powołani do oporu wobec zła, stania po stronie tego, co słuszne, i wierności Chrystusowi, Barankowi, który powróci jako Lew. 🏴󠁧󠁢󠁥󠁮󠁧󠁿
Oceń to tłumaczenie: