miniatury - poszukiwania
jako pochodna określonego zbioru informacji w nie określonej rzeczywistości
ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.
wtorek, 4 sierpnia 2026
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Jerzy Lewszecki
W listopadzie 1953 roku kpt. Jerzy Lewszecki – uczestnik wojny obronnej 1939, były jeniec niemieckich obozów i oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – został wysłany z amerykańskiego ośrodka Camp King na tajną misję do PRL. Wyposażony w broń, aparat fotograficzny, fałszywe dokumenty, 12 tysięcy złotych oraz atrament sympatyczny w postaci rozpuszczalnych pigułek przedostał się do kraju wpław przez Nysę.
Misja zakończyła się niepowodzeniem. W marcu 1954 roku został aresztowany, oskarżony o działalność wywiadowczą i skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 2 sierpnia 1955 roku.
Chodaczków Wielki – niegdyś jedna z najbogatszych polskich wsi na Podolu
w s p o m n i e n i a z k r e s ó w 048 – MILCZĄCE MURY CHODACZKOWA WIELKIEGO
– położony jest wśród łagodnych wzgórz, około 15 kilometrów na południowy zachód od Tarnopola. Przez wieś leniwie płynie niewielki potok wpadający do Seretu. Latem pola pszenicy, rzepaku i słoneczników tworzą niezwykły obraz podolskiej ziemi – pełnej światła, przestrzeni i wspomnień. Na wzgórzu nad wsią stoją ruiny kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Pocieszycielki. Dawniej jego dzwony zwoływały wiernych na modlitwę, dziś pozostały tylko milczące mury – świadkowie dawnego życia i tragedii mieszkańców.
MURY ZOSTAŁY, WIEŚ ZAMORDOWANO
Był 16 kwietnia 1944 roku. Chodaczków Wielki stał się miejscem jednej z największych tragedii polskiej ludności na Podolu. Wieś została zaatakowana przez ukraiński 4. Pułk Policyjny SS, podporządkowany formacji SS „Galizien”, przy współudziale ukraińskich struktur nacjonalistycznych związanych z OUN-UPA.
Mimo obrony miejscowej polskiej samoobrony napastnicy zdobyli wieś. Podpalano domy, wrzucano granaty do zabudowań i strzelano do uciekających mieszkańców. Zginęły całe rodziny – kobiety, dzieci i starcy. Liczbę zamordowanych Polaków szacuje się na około 862 osoby. Dzwony ocalały, ale wieś zamordowano.
ŚWIĄTYNIA WIARY I PAMIĘCI
Pierwszy murowany kościół w Chodaczkowie powstał po 1879 roku. Świątynię konsekrowano w 1890 roku, a później rozbudowano. Po zniszczeniach I wojny światowej parafianie wznieśli nowy kościół w stylu art déco, ukończony i poświęcony w 1934 roku. Projektantem był Tadeusz Schneider. Po wojnie, po wysiedleniu Polaków, kościół zamieniono na szkołę dla traktorzystów, a później na magazyn ziarna i nawozów. Ocalała figura św. Józefa, ukrywana przez jedną z dawnych parafianek, dziś znajduje się u sióstr józefitek w Tarnopolu. Z czasem zawalił się dach, zniszczono wnętrze i pozostały jedynie surowe, lecz pełne historii ruiny.
KAMIENIE, KTÓRE WOŁAJĄ O PAMIĘĆ
Samotne mury wciąż górują nad podolskimi polami. Przez puste okna wpada światło, a wiatr niesie szelest traw tam, gdzie kiedyś rozbrzmiewały modlitwy i śpiew wiernych. Obok ruin znajduje się zbiorowa mogiła pomordowanych mieszkańców. To miejsce nie jest już tylko zabytkiem – to sanktuarium pamięci.
Kiedy staje się przy tych murach, można niemal usłyszeć echo dawnych dzwonów, głosy dzieci i kroki ludzi, których już nie ma. Pozostały kamienie, ale one pamiętają.
Chodaczków Wielki nie woła o zemstę. Woła o pamięć. Bo dopóki ktoś zapali tu znicz i wspomni tych, którzy odeszli – dopóty ta kresowa wieś będzie żyła w ludzkich sercach.
fot Ryszard Fraczek
zapraszam na mój kanał YouTube gdzie więcej filmów z moich wędrówek po kresach https://www.youtube.com/@kresydzisiaj
Z kart historii miasta ...
Pracownia Dokumentacji Dziejów Miasta Sokołów Podlaski
03. 08. 1919 r. w Sokołowie Podlaskim, na placu przed kościołem św. Michała Archanioła zorganizowany został wielki wiec Związku Ludowo-Narodowego. Zgromadzeniu, w którym według relacji miało wziąć udział blisko 2 tys. mieszkańców zarówno naszego miasta jak i prowincji przewodził działacz ZLN, poseł na Sejm Ustawodawczy, Julian Szymborski. W trakcie licznych tego dnia przemów głos zabrali także posłowie: Władysław Skup ze Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Witold Teofil Sztaniskis ze ZLN oraz redaktor naczelny „Zorzy”, Karol Wierczak. Wśród poruszanych tego dnia tematów znalazły się m.in. polityka wewnętrzna i zewnętrzna kraju u progu jego niepodległości a także sprawy rolne, które jak zapisał redaktor „Zorzy” znalazły uznanie wśród zebranych. Zgromadzenie zakończono potrzebą powołania kół Związku Ludowo-Narodowego w regionie co miało nastąpić w najbliższej już przyszłości.
Znalezione w sieci:
Nie zaczepiaj ludzi po pięćdziesiątce. To nie jest grupa wiekowa. To stan skupienia materii.
To ostatnie pokolenie, które wychowało się bez psychologów dziecięcych, coachów emocji, aplikacji do medytacji i instrukcji obsługi życia.
Mieli pięć lat i już po odgłosie klucza przekręcanego przez matkę w zamku wiedzieli, czy dziś będzie spokój, czy lepiej zniknąć z pola widzenia.
W wieku siedmiu lat dostawali klucz na sznurku, garnek z zupą i krótką instrukcję: Obiad odgrzej. Gaz zakręć. Domu nie spal.
Nikt nie pytał, czy są gotowi na taką odpowiedzialność. Byli. Bo nie mieli wyboru.
Ich placem zabaw było wszystko, czego współczesny sanepid natychmiast by zakazał. Place budowy, rzeki, tory kolejowe, trzepaki i drzewa wyższe niż zdrowy rozsądek.
Przeżyli.
Kolana zszywał czas, a nie prywatna klinika. Na każde skaleczenie obowiązywała jedna procedura medyczna: Nie umarłeś? To biegnij dalej.
Jedli chleb z cukrem, pili wodę z ogrodowego węża lub ulicznego saturatora i lody kupowane od człowieka, którego nikt nigdy nie kontrolował. Ich mikrobiom wygląda dziś jak jednostka specjalna.
Alergie? Pewnie były. Po prostu nikt nie organizował z ich powodu konferencji prasowych.
Potrafią usunąć plamę z trawy, smaru, błota, atramentu i krwi. Nie dlatego, że oglądali poradniki w internecie. Dlatego, że alternatywą było spotkanie z rodzicami, którego wspomnienia zostają na całe życie.
Dorastali z radiem tranzystorowym, czarno białym telewizorem, gramofonem, magnetofonem szpulowym, kasetami przewijanymi ołówkiem i telefonem, którego nie dało się zabrać do łóżka.
Dzisiaj słyszą, że młode pokolenie przeżywa dramat, bo przez dwadzieścia minut nie działało WiFi.
Poważnie.
Prawo jazdy robili po to, żeby jeździć. Wsiadali do Malucha albo Syrenki i jechali przez pół Polski bez klimatyzacji, bez GPS, bez ABS i bez przekonania, że producent samochodu odpowiada za ich bezpieczeństwo.
Mapa papierowa, termos z herbatą, jajka na twardo i wiara, że jeśli droga się skończy, to ktoś wskaże następną.
I zawsze ktoś wskazywał.
W instrukcji obsługi auta były wskazówki jak regulować luz zaworów, a producent nie ostrzegał, aby nie pić elektrolitu z akumulatora.
To ostatnie pokolenie, które zna świat bez internetu, bez mediów społecznościowych i bez konieczności dokumentowania każdego obiadu.
Wybierają numery telefonów z pamięci. Pamiętają urodziny bez aplikacji. Pamiętają ludzi, którzy przychodzili z wizytą bez wcześniejszego wysłania pięciu wiadomości z pytaniem, czy można.
Do dziś potrafią naprawić niemal wszystko taśmą izolacyjną, drutem, kombinerkami i odrobiną zdrowego rozsądku. A gdy coś naprawdę się zepsuje, najpierw próbują to naprawić, a dopiero potem wpisują pytanie do wyszukiwarki.
To pokolenie nie miało dzieciństwa w jakości 4K.
Miało za to prawdziwe.
Nie potrzebowali bezpiecznych stref, trigger warningów ani certyfikowanych specjalistów od budowania poczucia własnej wartości. Wystarczył jeden tekst ojca: Jak skończysz, to wróć.
I wracali.
Dlatego naprawdę nie warto zaczepiać ludzi po pięćdziesiątce.
To ludzie z czasów, gdy bateria była tylko w latarce, chmura wisiała nad głową, a inteligentny był człowiek, nie telefon.
Całość przeżyli bez aktualizacji systemu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)