ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

𝗠𝗮𝗿𝗸𝗼 𝗕𝗲𝘇𝗿𝘂𝗰𝘇𝗸𝗼

🇵🇱🇺🇦 𝗠𝗮𝗿𝗸𝗼 𝗕𝗲𝘇𝗿𝘂𝗰𝘇𝗸𝗼 𝗶 𝗭𝗮𝗺𝗼𝘀́𝗰́. 𝗨𝗸𝗿𝗮𝗶𝗻́𝘀𝗸𝗶 𝗴𝗲𝗻𝗲𝗿𝗮ł, 𝗼 𝗸𝘁𝗼́𝗿𝘆𝗺 𝗣𝗼𝗹𝘀𝗸𝗮 𝗽𝗼𝘄𝗶𝗻𝗻𝗮 𝗽𝗮𝗺𝗶𝗲̨𝘁𝗮𝗰́. [OPINIA]

Dziś niewiele osób wie, że w 1920 roku polskiej niepodległości bronili nie tylko Polacy. Po naszej stronie walczyli także żołnierze Ukraińskiej Republiki Ludowej — ludzie, którzy przegrali własne państwo, ale nie przestali walczyć z tym samym rosyjsko-bolszewickim imperium, które szło wtedy na Warszawę.

Jednym z takich ludzi był 𝗠𝗮𝗿𝗸𝗼 𝗕𝗲𝘇𝗿𝘂𝗰𝘇𝗸𝗼 — ukraiński generał, dowódca 6. Siczowej Dywizji Strzelców. Człowiek, którego nazwisko powinno być w Polsce znacznie lepiej znane, bo jego historia pokazuje coś bardzo ważnego: czasem sojuszników poznaje się nie po wielkich deklaracjach, tylko po tym, kto stoi obok, gdy nadchodzi naprawdę trudny moment.

Historia lubi gubić nazwiska ludzi, którzy stali w miejscach naprawdę ważnych. Marko Bezruczko jest jednym z nich. Nie dlatego, że sam „wygrał wojnę” albo „uratował Warszawę”, bo historia rzadko działa tak prosto. Ale dlatego, że jego żołnierze byli częścią tego wysiłku, bez którego zwycięstwo 1920 roku wyglądałoby inaczej.

A takim momentem był sierpień 1920 roku.

Polska walczyła o przetrwanie. Armia Czerwona parła na Zachód, Warszawa stała się punktem, od którego zależało nie tylko istnienie odrodzonej Rzeczypospolitej, ale być może także los znacznej części Europy. W tym samym czasie 1. Armia Konna Siemiona Budionnego — jedna z najbardziej rozpoznawalnych i groźnych formacji bolszewickich — próbowała przebić się przez południowo-wschodnią flankę frontu.

𝗡𝗮 𝗷𝗲𝗷 𝗱𝗿𝗼𝗱𝘇𝗲 𝘀𝘁𝗮𝗻𝗮̨ł 𝗭𝗮𝗺𝗼𝘀́𝗰́.

I właśnie tam pojawił się Bezruczko.

To nie była wielka, romantyczna scena z podręcznika. To była twarda wojskowa robota: obrona miasta, wykorzystanie umocnień, organizacja ognia, utrzymanie pozycji, powstrzymanie kawalerii, która przy innym rozwoju wydarzeń mogła znacząco skomplikować sytuację Polski. Ukraińscy żołnierze Bezruczki walczyli tam razem z polskimi oddziałami, nie jako dekoracja sojuszu, nie jako przypis do cudzej wojny, tylko jako realna siła na froncie.

𝗭𝗮𝗺𝗼𝘀́𝗰́ 𝗻𝗶𝗲 𝗯𝘆ł 𝘁𝘆𝗹𝗸𝗼 𝗹𝗼𝗸𝗮𝗹𝗻𝘆𝗺 𝗲𝗽𝗶𝘇𝗼𝗱𝗲𝗺. Był jednym z tych miejsc, gdzie historia skręca nie przez wielkie przemówienia, ale przez decyzje oficerów, wytrzymałość żołnierzy i kilka dni walki, które później łatwo streścić jednym zdaniem, ale których wtedy nikt nie przeżywał jako „epizodu”.

Budionny nie zdołał osiągnąć tego, czego potrzebowała bolszewicka ofensywa. Jego armia została zatrzymana, wciągnięta w walki i pozbawiona swobody działania. Późniejsze starcie pod Komarowem okazało się dla 1. Armii Konnej katastrofą, po której jej znaczenie bojowe wyraźnie spadło. To oczywiście nie znaczy, że jeden człowiek sam wygrał wojnę. Historia rzadko jest tak prosta. Ale znaczy coś innego: 𝗕𝗲𝘇𝗿𝘂𝗰𝘇𝗸𝗼 𝗶 𝗷𝗲𝗴𝗼 𝘇̇𝗼ł𝗻𝗶𝗲𝗿𝘇𝗲 𝗯𝘆𝗹𝗶 𝗰𝘇𝗲̨𝘀́𝗰𝗶𝗮̨ 𝘇𝘄𝘆𝗰𝗶𝗲̨𝘀𝘁𝘄𝗮, 𝗼 𝗸𝘁𝗼́𝗿𝘆𝗺 𝘄 𝗣𝗼𝗹𝘀𝗰𝗲 𝗰𝗶𝗮̨𝗴𝗹𝗲 𝗼𝗽𝗼𝘄𝗶𝗮𝗱𝗮 𝘀𝗶𝗲̨ 𝘇𝗯𝘆𝘁 𝗷𝗲𝗱𝗻𝗼𝗻𝗮𝗿𝗼𝗱𝗼𝘄𝗼.

Bo lubimy pamiętać rok 1920 jako wielką polską opowieść. I słusznie — była to jedna z najważniejszych chwil w naszej historii. Był Piłsudski, było kontruderzenie znad Wieprza, była Warszawa, Radzymin, Ossów, ogromny wysiłek państwa, armii i społeczeństwa. Ale właśnie dlatego ta opowieść nie staje się słabsza, kiedy dopiszemy do niej Ukraińców. 𝗢𝗻𝗮 𝘀𝘁𝗮𝗷𝗲 𝘀𝗶𝗲̨ 𝗽𝗿𝗮𝘄𝗱𝘇𝗶𝘄𝘀𝘇𝗮.

Ukraińcy nie byli wtedy tylko tłem. Ukraińska Republika Ludowa, choć słaba, wykrwawiona i rozdarta wojną, próbowała wyrwać się spod rosyjskiej dominacji. Petlura zawarł sojusz z Polską, bo rozumiał, że bolszewicka Rosja nie przynosi Ukrainie żadnego wyzwolenia, tylko nową formę podporządkowania. Piłsudski zawarł ten sojusz, bo rozumiał, że niepodległa Ukraina może być jednym z warunków bezpieczeństwa Polski.

Bezruczko był praktycznym wymiarem tej polityki. Nie hasłem. Nie pomnikiem. Nie akademią ku czci. Był oficerem, który w konkretnym miejscu i konkretnym czasie dowodził ludźmi walczącymi przeciw temu samemu imperium, które zagrażało Polsce.

I w tym jest coś bardzo gorzkiego.

Bo Ukraina wtedy własnej niepodległości nie utrzymała. Sojusz polsko-ukraiński okazał się zbyt słaby wobec siły bolszewików, zmęczenia wojną, nieufności między narodami i późniejszej logiki traktatu ryskiego. Żołnierze Armii URL, którzy walczyli u boku Polski, trafili potem do obozów internowania. 𝗣𝗼𝗹𝘀𝗸𝗮 𝗼𝗰𝗮𝗹𝗮ł𝗮. 𝗨𝗸𝗿𝗮𝗶𝗻𝗮 𝘇𝗼𝘀𝘁𝗮ł𝗮 𝗻𝗮 𝗱ł𝘂𝗴𝗼 𝘄𝗰𝗶𝗮̨𝗴𝗻𝗶𝗲̨𝘁𝗮 𝘄 𝘀𝗼𝘄𝗶𝗲𝗰𝗸𝗶𝗲 𝗶𝗺𝗽𝗲𝗿𝗶𝘂𝗺.

To jest ten fragment historii, który nie pasuje do prostych patriotycznych laurek. Bo przypomina, że zwycięstwo jednych może iść obok klęski drugich. I że pamięć o sojuszniku nie powinna kończyć się wtedy, kiedy przestaje być politycznie wygodna.

𝗗𝗹𝗮𝘁𝗲𝗴𝗼 𝗕𝗲𝘇𝗿𝘂𝗰𝘇𝗸𝗼 𝗷𝗲𝘀𝘁 𝘁𝗮𝗸 𝘄𝗮𝘇̇𝗻𝘆. Nie tylko jako postać z wojskowej historii 1920 roku, ale jako symbol tego, że polskie bezpieczeństwo nigdy nie było oderwane od losów Ukrainy. Wtedy było to widać pod Zamościem. Dziś widać to na zupełnie innych mapach, przy innych technologiach, innych frontach i innych nazwiskach, ale logika pozostaje podobna.

Jeśli Ukraina walczy o własną wolność, to nie jest to dla Polski obca wojna z dalekiego świata. To jest sprawa naszego regionu, naszej historii i naszego bezpieczeństwa. Można i trzeba rozmawiać o trudnych sprawach między Polakami a Ukraińcami. O Wołyniu, o pamięci, o ekshumacjach, o prawdzie historycznej, o interesach gospodarczych i o błędach polityków po obu stronach. Ale nie wolno przy tym zgubić rzeczy podstawowej: 𝗥𝗼𝘀𝗷𝗮 𝗯𝘆ł𝗮 𝗶 𝗽𝗼𝘇𝗼𝘀𝘁𝗮𝗷𝗲 𝘁𝘆𝗺 𝗶𝗺𝗽𝗲𝗿𝗶𝘂𝗺, 𝗸𝘁𝗼́𝗿𝗲 𝗻𝗮𝗷𝗯𝗮𝗿𝗱𝘇𝗶𝗲𝗷 𝗸𝗼𝗿𝘇𝘆𝘀𝘁𝗮 𝗻𝗮 𝘁𝘆𝗺, 𝗴𝗱𝘆 𝗣𝗼𝗹𝗮𝗰𝘆 𝗶 𝗨𝗸𝗿𝗮𝗶𝗻́𝗰𝘆 𝘄𝗶𝗱𝘇𝗮̨ 𝘄 𝘀𝗼𝗯𝗶𝗲 𝘄𝘆ł𝗮̨𝗰𝘇𝗻𝗶𝗲 𝘄𝗿𝗼𝗴𝗼́𝘄.

Marko Bezruczko nie wymazuje trudnej historii polsko-ukraińskiej. Nie sprawia, że znikają krzywdy, spory i dramaty. Ale przypomina, że była też inna historia: wspólnej walki, wspólnego frontu i ludzi, którzy w najważniejszym momencie nie pytali, czy opłaca się bronić Polski przed bolszewikami. 𝗕𝗿𝗼𝗻𝗶𝗹𝗶. I dlatego warto o nich pamiętać.

Nie po to, żeby budować tanią polityczną legendę. Nie po to, żeby zamieniać historię w pocztówkę o braterstwie bez cieni. Tylko po to, żeby uczciwie powiedzieć: w 1920 roku byli Ukraińcy, którzy walczyli po stronie Polski przeciw rosyjskiemu bolszewizmowi. A jednym z najważniejszych z nich był generał Marko Bezruczko.

Czasem historia nie potrzebuje wielkich dopisków. 𝗪𝘆𝘀𝘁𝗮𝗿𝗰𝘇𝘆 𝗽𝗿𝘇𝘆𝘄𝗿𝗼́𝗰𝗶𝗰́ 𝗻𝗮𝘇𝘄𝗶𝘀𝗸𝗼 𝗰𝘇ł𝗼𝘄𝗶𝗲𝗸𝗮, 𝗸𝘁𝗼́𝗿𝗲𝗺𝘂 𝗻𝗮𝗹𝗲𝘇̇𝘆 𝘀𝗶𝗲̨ 𝗽𝗮𝗺𝗶𝗲̨𝗰́. Mam nadzieję, że chociaż odrobinę przybliżyłem historię jednego z nich. 

𝗦𝗲𝗯𝗮𝘀𝘁𝗶𝗮𝗻 𝗣𝗶𝗲𝗸𝗮𝗿𝗲𝗸
kulturoznawca, studiujący również historię, ukrainoznawstwo, rosjoznawstwo i projektowanie produkcji gier wideo. Krakus z Nowej Huty, ojciec, radny, społecznik. Pisze o historii, polityce, mieście, technologii, AI, humorze i trochę o życiu.

Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz zostawić reakcję, skomentować albo udostępnić dalej i puścić w świat. W taki sposób też mi podziękujesz i dasz motywację do kolejnych tekstów. 

#MarkoBezruczko #Bezruczko #Zamość #BitwaWarszawska #Rok1920 #Polska #Ukraina #Historia #Geopolityka #Petlura #SymonPetlura #ArmiaURL #SojuszPolskoUkraiński #Budionny #Komarów #Niepodległość #Bezpieczeństwo #EuropaŚrodkowoWschodnia #Pamięć #RacjaStanu #SebastianPiekarek #SPiekarek #OkiemHutasa

Victoria Drummond

**⚙️ Kobieta, która 37 razy oblała egzamin na głównego inżyniera – nie dlatego, że nie znała odpowiedzi, ale dlatego, że egzaminatorzy nie mogli zaakceptować kobiety na tym stanowisku. Podczas II wojny światowej uratowała statek spod bomb, a Wielka Brytania nigdy jej nie uznała**

Victoria Drummond urodziła się w 1894 roku w Szkocji. Nazwana na cześć królowej Wiktorii, swojej matki chrzestnej. Wychowana w zamku. Oczekiwano, że dobrze wyjdzie za mąż i będzie żyć spokojnie. Wybrała smar i silniki. Gdy ogłosiła, że chce być inżynierem morskim, jej ojciec uznał, że tydzień w warsztacie samochodowym wyleczy ją z tych nonsensów. Pracowała tam przez dwa lata. Potem przeniosła się do stoczni w Dundee – jedyna kobieta wśród 3000 mężczyzn.

Był rok 1916. Rok bitwy nad Sommą. Rok, w którym kobiety w większości zawodów były nadal uważane za nienaturalne. Victoria nie przejmowała się tym. Praktykowała, uczyła się wieczorami, pracowała ciężej niż ktokolwiek. W 1922 roku dostała swoją pierwszą posadę – dziesiąty inżynier na statku do Australii. W 1926 roku uzyskała dyplom drugiego inżyniera – pierwsza certyfikowana brytyjska kobieta-inżynier morski. Ale nikt nie chciał jej zatrudnić jako drugiego inżyniera. Pracowała jako piąty inżynier – trzy stopnie poniżej tego, co osiągnęła.

Następnie postanowiła zdobyć certyfikat głównego inżyniera. Przystąpiła do egzaminu w 1929 roku. Oblała. Przystąpiła ponownie. Oblała. I znowu. I znowu. Przystępowała do tego egzaminu 37 razy w ciągu następnej dekady. Za każdym razem Brytyjska Izba Handlowa uznawała ją za niezdaną. Nie dlatego, że jej odpowiedzi były błędne. Po prostu nie mogli znieść myśli o kobiecie kierującej maszynownią.

Do 1939 roku spędziła dekadę głównie na lądzie, pracując dorywczo. Potem wybuchła II wojna światowa. Statki potrzebowały inżynierów. Victoria próbowała się zaciągnąć. Wielka Brytania nadal mówiła nie. Podjęła więc pracę na obcym statku – SS Bonita, zarejestrowanym w Panamie.

Sierpień 1940. Środek Atlantyku. Niemiecki bombowiec dostrzegł statek. Atak nastąpił bez ostrzeżenia. Bomby spadały. Bliskie trafienia rozrywały rury w maszynowni. Woda zalewała kotły. Mężczyźni spanikowali. Victoria kazała im wyjść. Potem została. Sama w maszynowni wypełniającej się parą i wodą, z bombami eksplodującymi wokół statku, zrobiła to, czego – jak twierdziła Wielka Brytania – kobieta nigdy nie mogła zrobić. Otworzyła wtryskiwacze paliwa i przepustnicę pary. Przeciążyła silniki poza ich granice. SS Bonita nigdy nie osiągnęła prędkości większej niż 9 węzłów. Victoria osiągnęła 12,5 węzła. Ta dodatkowa prędkość pozwoliła kapitanowi lawirować między bombami. Ta dodatkowa prędkość uratowała życie każdego na pokładzie. Odmówiła opuszczenia stanowiska do czasu zakończenia ataku.

Za odwagę otrzymała MBE i Lloyd's War Medal for Bravery at Sea – pierwsza kobieta-inżynier, która je otrzymała.

Gdy wojna się skończyła, można by sądzić, że Wielka Brytania wreszcie doceni to, co udowodniła. Można by się mylić. Spróbowała jeszcze raz uzyskać brytyjski certyfikat głównego inżyniera. Izba Handlowa powiedziała jej, że musi ponownie przystąpić do egzaminu – po raz 38 – w wieku 51 lat. Odmówiła. Zamiast tego zdała panamski egzamin na głównego inżyniera – który był anonimowy, więc egzaminatorzy nie znali jej płci. Zdała za pierwszym podejściem.

Przez następne 17 lat pływała jako główny inżynier – głównie na zaniedbanych statkach pod obcymi banderami, ponieważ brytyjskie firmy żeglugowe nadal nie chciały jej w pełni zaakceptować. Jej ostatni rejs, w wieku 66 lat, odbyła na zardzewiałym statku z Hongkongu. To była kobieta, którą Wielka Brytania uznała za niewykwalifikowaną. Kobieta, której matką chrzestną była królowa Wiktoria. Kobieta, która utrzymała statek w ruchu pod niemieckimi bombami.

Przeszła na emeryturę w 1962 roku po 40 latach na morzu. Zmarła w Boże Narodzenie 1978 roku. Wielka Brytania ma teraz tablicę pamiątkową i salę wykładową nazwaną jej imieniem. Uznanie przyszło zbyt późno.

Ale to, co wydarzyło się w maszynowni SS Bonita, gdy bomby spadały wokół statku – jak Victoria czuła się, gdy została sama, co myślała, gdy otwierała przepustnicę, i co powiedziała kapitanowi, gdy atak się skończył – jest historią, którą trzeba usłyszeć w całości.

Ciąg dalszy tej niezwykłej opowieści o kobiecie, która nigdy się nie poddała, czeka na Ciebie w komentarzach. 👇

⚙️⛴️💪🇬🇧🌟

Wesprzyj nas, klikając LUBIĘ TO i UDOSTĘPNIAJĄC ten post, aby zmotywować nas do tworzenia jeszcze większej liczby wspaniałych i interesujących historii.

"Żywe Torpedy"

29 czerwca 1939 roku w Warszawie miała miejsce przysięga tak zwanych "Żywych Torped" -żołnierzy -ochotników chcących poświęcić się misji samobójczej w walce przeciwko Niemcom. Mieli oni służyć w piechocie i lotnictwie. Do końca sierpnia 1939 roku szeregi tej formacji zasiliło 4700 osób w wieku od 18 do 28 lat, w tym 150 kobiet. 
O utworzenie takiej formacji apelowali do władz wojskowych na łamach "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" Władysław Bożyczko, Edward Lutostański i Leon Lutostański, którzy pisali:

"Chcemy dać swoją odpowiedź Hitlerowi na jego żądania. (...) Wzywamy wszystkich tych Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za Ojczyznę, jednak nie w szeregach armji razem ze wszystkimi, lecz w charakterze żywych torped z łodzi podwodnych, żywych bomb z samolotów, w charakterze żywych min przeciwpancernych i przeciwczołgowych" - pisali.
  "Każda zmarnowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Każdy okręt nieprzyjacielski, czołg, pancerka, może i tak kosztować życie kilkunastu żołnierzy, zaś jeden człowiek zdecydowany może oddać tylko jedno swoje życie, jako żywy pocisk, czy w torpedzie, bombie lub minie. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić i tem samem zaoszczędzi życie innym żołnierzom, zniszczy zaś wielu wrogów" - przekonywali.
  "W ten sposób chcemy oddać nasze życie w ręce Marszałka Polski Śmigłego-Rydza, ażeby zużytkować je jak najskuteczniej w obronie Ojczyzny. Proszę nie myśleć, że my to robimy z jakiejś rozpaczy, czy czegoś podobnego. Ja jestem urzędnikiem państwowym, szwagier jest pracownikiem miejskim, drugi szwagier jest masarzem, zarabiamy nieźle, jesteśmy silni i zdrowi. Tylko nie wiemy, gdzie się mają zwracać kandydaci" 
Chociaż na ten apel utworzony został w 1939 roku referat do spraw żywych torped, to po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku nie został on wykorzystany w pełnym zakresie. Samobójczych ataków podjęli się m.in. żołnierze tak zwanego "batalionu śmierci" z 2 Pułku Strzelców Podhalańskich czy mieszkańcy Warszawy, którzy w trakcie obrony miasta samobójczymi atakami nękali gniazda niemieckich karabinów maszynowych.
Tak o tym wydarzeniu pisał również miesięcznik "Kobiety w pracy"
Do Plutonu "Żywych Torped", bohaterów zdecydowanych na oddanie życia Ojczyźnie, który liczy już 307 bohaterów, zgłosiło akces 27 kobiet, w tym matki rodzin, urzędniczki, nauczycielki, uczennice gimnazjum. Piszą: „Mam 35 lat. Jeden obowiązek spełniłam: wychowałam już trzy istoty, które nauczyłam kochać najserdeczniej po Bogu - Ojczyznę. Proszę przyjąć mnie w szeregi "Żywych Torped", a zrobię wszystko, co i rozkaże Wódz Naczelny. Gdy Polska w potrzebie - ja, żona, matka, jestem gotowa". „Nie mogąc stanąć w szeregach obrońców z karabinem w ręku, pragniemy w inny sposób dać dowód miłości Ojczyzny i znaleźć się wśród tych, którzy jako «żywe torpedy» będą niszczyć armię nieprzyjacielską. Wiem zbyt dobrze, że z «żywej torpedy» nie ma powrotu. Mimo to jednak chcę poświęcić swoje młode życie, by chociaż w minimalnej części przysłużyć się świętej naszej Ojczyźnie."
Fot. Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

WIDZISZ EFEKT MOJEJ PRACY!
WESPRZYJ MNIE KWOTĄ 5 ZŁ NA
https://suppi.pl/https-wwwfacebookcom-historiapolskidzienpodniu
DOCHÓD PRZEZNACZAM NA LECZENIE MOJEGO SERCA.

Wpłat można też dokonywać na numer konta 
42 1940 1076 5881 9071 0000 0000

BLIK NA NUMER 667 111 748 

ADMINISTRACJA NIE ODPOWIADA ZA TREŚĆ KOMENTARZY.

Włoch odpowiada na pytania

https://www.facebook.com/share/r/1CQoHeev8B/

niedziela, 28 czerwca 2026

28.06.1943 r. - koło kol. Abramowiec pow. Kowel, Ukraińcy dokonali mordu na pięcioosobowej rodzinie Daszkiewiczów;

 

- we wsi Iwańczyce Nowe pow. Łuck, upowcy zamordowali 2 rodziny polskie liczące 11 osób. 2 starsze małżeństwa, rodziców z synem i jego 18-letnią żonę w ciąży Irenę Papowszek, którą torturowali przez 2 dni oraz 2 małych dzieci (rodzeństwo ww. syna). Rodziny te wróciły do wsi po ucieczce do Łucka, namówione przez znajomych Ukraińców do powrotu; - w kol. Świszczów pow. Dubno, zamordowali co najmniej 13 Polaków, w tym 18-letnią dziewczynę; - we wsi Metelno pow. Łuck, Ukraińcy zamordowali Władysława Szewczyka; - w miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów, zastrzelili 25-letnią Zofię Stankiewicz, wdowę ze wsi Hurby; - we wsi Tajkury pow. Zdołbunów, zamordowali 37-letnią Polkę, Petronelę Szczypek z Nowaszowskich. Ktoś się waży krzyknąć -"Slava Ukrainie, Herojam slava, Smert' Lacham!"? No, właśnie...

70 rocznica wybuchu Powstania w Poznaniu.

 

Stanisława Sobańska lat 18, brała udział w próbie rozbicia katowni UB przy ul. Kochanowskiego. Postrzelona w nogę podczas walk. A później tradycyjne tortury : bicie żelaznym prętem po całym ciele, odbite nerki, wybite zęby. Po wyjściu na wolność przeszła kilka operacji, nigdy nie wróciła do pełni zdrowia. Wieczna Chwała Bohaterom ! #KomunistyczneZbrodnie ##Czerwiec56 Niedziela, godzina 22, kończę pracę, gaszę światło i wychodzę ze Szkoły. Uff. buycoffee.to/kasjopea

28.06.1943 r.

 

- w odwecie za pomoc udzielaną Żydom, niemiecka żandarmeria dokonała pacyfikacji wsi Cisie (powiat miński), w czasie której rozstrzelano 25 Polaków i 3 Żydów. Rodzina Bylickich, za ukrywanie Żydów, została uhonorowana tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Paradoks polega na tym, że rodzinę Bylickich na śmierć wydali sami Żydzi...