BICIE ZA WSKAZANIE MIEJSCA ZAKOPANIA OFIAR LUDOBÓJSTWA
W dniu 30.07.1944 r. w Żernicy Wyżnej miał miejsce akt ukraińskiego ludobójstwa. Jak to się odbywało, można przeczytać tutaj:
https://suozun.org/dowody-zbrodni-oun-i-upa/n_wyciagali-na-zywca-oczy/
Po wkroczeniu Armii Czerwonej i powstaniu polskiej Milicji Obywatelskiej udało się dokonać ekshumacji. Miejsce ukrycia zwłok wskazały dwie ukraińskie dziewczyny. W jakiś czas potem zostały one ukarane przez bojówkę UPA brutalnym biciem:
„Gdzieś na początku stycznia 1945 r. przyszło do Żernicy Wyżnej w nocy około 50 banderowców [...] poszli i pobili [...] Annę Biłą i Pazię Popowycz.
Annę Biłą i Pazię Popowycz pobili za to, że pokazywały milicji miejsce zakopania tych zabitych przez UPA”
Tak było w styczniu 1945 r. A jak jest w 2025 roku, po 80 latach?
ILUSTRACJA: Premier Morawiecki i doktor Popek trudzą się przy ustawianiu krzyża upamiętniającego ofiary ukraińskiego ludobójstwa OUN-UPA.
PYTANIE KONTROLNE nr 1: Dlaczego nie ma koło nich ani jednego Ukraińca, obywatela Ukrainy, czy to w charakterze obserwatora, czy też wyciągającego pomocną dłoń?
Na podstawie zaistniałych (w podobnych lub nawet identycznych okolicznościach) faktów można odpowiedzieć tak: Ukraińcy, obywatele Ukrainy boją się. Ci, którzy ośmielili się pomagać, lub nawet tylko aprobująco asystować przy stawianiu polskich krzyży, są TERAZ zastraszani. Funkcjonariusze, „smutni” panowie, „odwiedzają” ich, grożą wieloletnim więzieniem po postawieniu zarzutów „zamachu na integralność terytorialną państwa”.
POLSKO-UKRAIŃSKA WSPÓŁPRACA ANTYBANDEROWSKA
jest możliwa! Od sierpnia do listopada 1946 r. Polacy i Ukraińcy z Żernicy Wyżnej i okolic, działając wspólnie, solidarnie i narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony OUN-UPA, a jednocześnie w zagrożeniu więzieniem ze strony UBP, pomogli zdezerterować z bandy UPA Ukraińcowi (Petro Kowyk).
Wspólne działanie obejmowało:
ukrywanie (przed banderowcami i komunistami), plus odzież i żywność dla „dezertera”,
zdobycie wyciągu metrykalnego od księdza ukraińskiego,
uzyskanie metryki od księdza polskiego,
wyrobienie dokumentów jak dla Polaka... i zakończyło się sukcesem – Petro Kowyk wyjechał na zachodnie ziemie Polski.
W 1946 r. wyjazd na zachodnie ziemie Polski oznaczał dla Ukraińca ratunek przed OUN-UPA, przed śmiercią. Oznaczał normalne życie.
I co wy na to, „potępiacze” operacji wojskowej Wisła?
PYTANIE KONTROLNE nr 2: W dokumencie tutaj opublikowanym występują dwie skrajne grupy Ukraińców:
a/ zbrodniarze – ludobójcy, banderowcy, oraz
b/ tacy jak uciekający z UPA Petro Kowyk i bite przez OUN-UPA ukraińskie dziewczęta Anna Biła i Pazia Popowycz.
Kto z Państwa stanąłby po stronie grupy a/ ?
Kto z Państwa stanąłby po stronie grupy b/ ?
Po czyjej stronie stanęliby politycy obecnie rządzący w Polsce ?
Kto nie wierzy, że Polacy i Ukraińcy mogą razem działać przeciwko banderyzmowi, niech sprawdzi, przeczyta
DOKUMENT ARCHIWALNY
IPN Rz 072/1, t. 31, k. 242-244. Maszynopis w języku ukraińskim. Nie znającym tego języka oferujemy polskie tłumaczenie.
IPN Rz 072/1, t. 31, k. 242. Strona 1.
„Sprawa nr …......
Dnia 9.03.1947 r.
Olszanickij Mychajo
Protokół
Personalia:
Olszanickij Mychajło, syn Iwana i Anny, urodzony 29.12.1908 r. w Żernicy Wyżnej, powiat Lesko, rzymski katolik, Polak, niepiśmienny, żonaty, 4 dzieci w wieku od 3 do 19 lat, rolnik, 8 morgów pola, zamieszkały w Żernicy Wyżnej, powiat Lesko.
Olszanickiego Mychajła zatrzymano w dniu 6.03.1947 r. na podstawie materiałów MO z Hoczwi z dnia 24.01.1945 r. nr 39/45, oraz zeznań Wilszanieckiej Anny w protokole z dnia 2.03.1947 r. sprawa nr 11/47, gdzie zeznaje, że on wyrobił dokumenty dezerterowi z oddziału „Stacha” Kowykowi Petrowi z Żernicy Wyżnej, kiedy jeszcze był w oddziale, a potem uciekł i wyjechał na zachód.
Zeznania:
Urodziłem się w Żernicy Wyżnej, do szkoły nie chodziłem, pisać nauczyłem się w wojsku. Od dziecięcych lat, aż do czasu dopóki nie poszedłem do wojska, mieszkałem przy rodzicach i pracowałem na gospodarstwie.
W 1931 r. poszedłem służyć w wojsku, do 49 pułku piechoty w Kołomyi, gdzie po 6 miesiącach służby przeszedłem do plutonu artylerii. W wojsku służyłem półtora roku. Po powrocie z wojska pracowałem na gospodarstwie, już z żoną, bo ożeniłem się przed wojskiem w 1928 roku.
W 1935 r. zbudowałem sobie nowy dom i oddzieliłem się od brata Petra, na nowe gospodarstwo. Od wtedy, aż do wybuchu wojny w 1939 r., zajmowałem się gospodarstwem.
Kiedy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna, poszedłem do wojska do 2 pułku podhalańczyków w Sanoku, skąd pojechałem na front pod Katowicami, tutaj byłem przez tydzień, a potem wycofaliśmy się aż pod Sandomierz. Tutaj po rozbiciu trafiłem do niemieckiej niewoli. Z Sandomierza, po tygodniu czasu, Niemcy przygnali mnie razem z innymi do Krakowa, gdzie byłem 4 miesiące w obozie na Dąbiu. Po czterech miesiącach zwolniono mnie do domu, gdzie przybyłem w styczniu 1940 r. Po powrocie z niewoli, przez cały czas niemieckiej okupacji, pracowałem na gospodarstwie.
Gdzieś na początku sierpnia 1944 r. Niemcy zaczęli się wycofywać, robił się ruch, że nadchodzą bolszewicy, jak również szła plotka, że nadchodzą Ukraińscy Powstańcy (UPA), którzy przedtem zabijali Polaków na Wołyniu, a teraz będą zabijać także tutaj, dlatego Polacy cywile zaczęli się ukrywać, w nocy nie spali w domu, tylko w dzień kręcili się koło domu. Ja także zacząłem ukrywać się przed nimi.
Pewnej niedzieli, gdzieś w połowie sierpnia 1944 r., nadeszła grupa uzbrojonych ludzi, w liczbie około 150 osób, oni pędzili ze sobą ponad 10 sztuk bydła, i około 12 osób (mężczyzn) cywilów. Wśród tych cywilów rozpoznałem organistę ze Średniej Wsi Gryzieckiego. Wtedy pomyślałem sobie, że to na pewno Ukraińscy Powstańcy. Wtedy uciekłem z domu na pole. Na drugi dzień, kiedy ci powstańcy odeszli w kierunku Baligrodu, wróciłem do domu, tutaj dowiedziałem się od Wołodymyra Seredenśkiego z Żernicy Wyżnej, że tych ludzi, których prowadzili wczoraj partyzanci UPA, zamordowano w lesie od strony Baligrodu, a syn organisty, Gryziecki Roman, uciekł. Po tygodniu do Żernicy Wyżnej przyszła druga grupa UPA w liczbie około 200 osób, i kwaterowali około 3 tygodni, przez cały czas ukrywałem się, do domu zachodziłem ukradkiem.
Podczas tego kwaterowania UPA w mojej wsi cieszyli się i chodzili razem, starając się im o żywność, Skurczak Antin”
IPN Rz 072/1, t. 31, k. 243. Strona 2.
„Nowyj Mychajło i Ołeksa Łuczkiw.
Gdzieś przy końcu sierpnia lub na początku września 1944 r., gdy zaczął zbliżać się bolszewicki front, to UPA odeszła z naszej wioski gdzieś w góry, i ja już przestałem się ukrywać. Kiedy już przyszli bolszewicy, to powstała milicja w Hoczwi, do której wstąpił także syn organisty ze Średniej Wsi, Gryziecki Roman, który uciekł z rąk tej UPA z żernickiego lasu. Kiedy milicja z Hoczwi wykopywała zabitych przez UPA 12 mężczyzn ze Średniej Wsi, którzy byli pochowani w żernickim lesie, był z nimi także Gryziecki Roman.
Z Żernicy zabrali, żeby pokazały gdzie są pochowani zabici, Annę Biłą i Pazię Popowycz, które miały widzieć, jak ich zakopuje UPA. Wtedy Gryziecki, kiedy szedł do lasu, zawołał mnie, żebym popatrzył na tych zabitych, więc z nimi poszedłem. Po drodze opowiadał mi, jak i kogo banderowcy chcieli tam zabić, a on ściągnął sznury z rąk, i zaczął uciekać. Przy tym go zranili, dostał dwie kule w żebra z lewej strony, i jedną w nogę, gdy schwytał na polu konia, i na koniu uciekł. Ja mu opowiadałem, że ja wtedy też się bałem, i w domu wtedy też nie przebywałem.
Gdzieś przy końcu listopada 1944 r. szedłem do Hoczwi, żeby przekazać jedzenie Nowemu Mychajłowi z Żernicy Wyżnej, który wtedy był aresztowany w Hoczwi na milicji. Tam wtedy pytali, czy Mychajło Nowyj chodził z bronią z UPA, ja odpowiedziałem, że z bronią go nie widziałem, tylko słyszałem od Kateryny Ciklinśkiej, że Nowyj Mychajło, Skurczak Antin i Łuczkiw Ołeksa znali się z tymi z UPA i dostarczali tam żywność. Wtedy więcej o nic mnie nie pytali, zabrałem chustkę, w której przyniosłem jedzenie dla Nowego Mychajła, i poszedłem do domu.
Gdzieś na początku stycznia 1945 r. przyszło do Żernicy Wyżnej w nocy około 50 banderowców, przyszli do domu brata Petra, pobili go i jego żonę, następnie poszli i pobili także Annę Biłą i Pazię Popowycz. Annę Biłą i Pazię Popowycz pobili za to, że pokazywały milicji miejsce zakopania tych zabitych przez UPA, a za co pobili brata, nie wiem. Wtedy szukali także mnie, ale mnie w domu nie było, bo bałem się banderowców.
Na trzeci dzień po tym poszedłem na milicję do Hoczwi poradzić się, czy mógłbym przesiedlić się dokądś z Żernicy Wyżnej, bo bałem się banderowców. Na to Kaczmarek z Hoczwi, który był przy milicji, powiedział, żebym wytrzymał do wiosny, a na wiosnę zabiorę się do dworu w Hoczwi.
Przy tym opowiadałem, jak banderowcy byli w Żernicy Wyżnej, oraz że pobili wtedy Annę Biłą, Pazię Popowycz i brata Petra, i za co.
To wszystko zastępca komendanta zapisał, i ja pod tym się podpisałem.
Wtedy o nic więcej mnie nie pytali.
Od tego czasu więcej na milicji w Hoczwi nie byłem, aż gdzieś w połowie marca 1945 r. poszedłem do Hoczwi, żeby otrzymać przepustkę do Sanoka. Wtedy komendant milicji Bachowski zapytał, czy nie przechodzą przez Żernicę Wyżną banderowcy, ja odpowiedziałem, że nie było już dawno, tylko poprzedniej nocy szło około 150 osób, nadeszli z góry wioski i poszli w dół wioski. Wtedy więcej o nic nie pytali. Od wtedy ja więcej niczego meldować nie chodziłem, bo w kwietniu schwytali mnie banderowcy, dali mi 25 buków, żebym więcej nie chodził do Hoczwi na milicję.
Na trzeci dzień po tym przyszli do mnie Skurczak Antin i Nowyj Mychajło, oraz powiedzieli mi, żebym już nie bał się nocować w domu, nie chodził na milicję, a banderowcy nie będą nic mówić, za co oni zaręczyli. Od wtedy ja już nigdy nie chodziłem meldować, niczego nie meldowałem.
O tego czasu zacząłem handlować bydłem i świniami, i prawie co tydzień jeszcze z Ołeksą Witiwiakiem jeździłem do Sanoka lub Leska.
Podczas tego handlu nikt nic nie mówił mi o śledzeniu banderowców, i nikt o banderowców nie pytał.
Gdzieś tak w sierpniu 1946 r. przyszedł do Żernicy Wyżnej brat mojej żony Kowyk Petro, który był przy sotni, jakiej – nie wiem. On wtedy chciał chleba, i skarżył się, że jest mu bardzo źle, kąsają go wszy, oraz powiedział, że będzie uciekać. Powiedziałem mu, że niech robi jak chce, na co on odpowiedział, że Baczynśkyj Petro jedzie na zachód, i on by z nim”
IPN Rz 072/1, t. 31, k. 244. Strona 3.
„pojechał, tylko żeby można było otrzymać metrykę od polskiego księdza, na co odpowiedziałem, że metrykę dla niego mogę dostać, na tym rozmowę zakończyliśmy, bo na niego czekali koledzy. Przy tym mówił mi, że kwaterują gdzieś koło Bukowca, w której sotni, on nie mówił, ja także tego nie wiedziałem.
Gdzieś na dwa miesiące po tym jego matka Kowyk Anna powiedziała, że syn Petro uciekł od banderowców i przechowuje się w Żerdence u swojej ciotki, jak ona się nazywa – nie wiem, ona prosiła mnie i moją żonę prosiła, żeby wyrobić dla syna metrykę od polskiego księdza w Hoczwi, on wyrobi sobie dokumenty i wyjedzie na zachód. Odpowiedziałem jej, że metrykę dla niego mogę dostać, tylko niech postara się o metrykalny wyciąg od ukraińskiego księdza. Na drugi dzień jego matka przyniosła metrykalny wyciąg od ukraińskiego księdza z Żernicy Wyżnej. Następnego dnia z tą metryką poszedłem do Hoczwi do polskiego księdza i na podstawie tego wyciągu dostałem polską metrykę, którą po przyniesieniu oddałem mamie Petra. Co on zrobił z tą metryką, ja nie wiem, jego mama mi mówiła, że wyrobił sobie polskie dokumenty, z którymi gdzieś w listopadzie 1946 r. wyjechał na zachód. Zanim wyrobił sobie dokumenty, z Żerdenki przeniósł się do Hoczwi, do swojego krewnego, wujka. Czy on był, zanim wyjechał na zachód, na „bezpieczeństwie”, nie wiem, w Żernicy Wyżnej, kiedy uciekł od banderowców, nie widziałem go i z nim nie byłem. Z zachodu do mnie nic nie pisał.
W sprawie Kowyka Petra z „bezpieczeństwa” z Leska nikt ze mną nie rozmawiał. Na „bezpieczeństwie” w Lesku nikogo nie znam, oprócz Woźnego Mychajła z Hoczwi, bo on jest z sąsiedniej wsi. Byłem z nim wszystkiego jeden raz w Lesku w jednej restauracji, gdzie wypiliśmy po dwa kieliszki gorzałki, ze mną był także Ołeksa Witiwiak z Żernicy Wyżnej. O banderowcach nic z nim nie rozmawialiśmy, i on nas nic o to nie pytał.
Była wtedy z nim jedna dziewczyna, średniego wzrostu, blondynka, okrągła czerwona twarz, cienki nos, ubrana: biała sukienka w czerwone i czarne kwiaty, żółtawy sweter, na głowie chustka, biała z czerwonymi obrzeżami, obuta w czarne buty na niskich obcasach z cholewkami, białe skarpetki zawinięte na cholewki, do nas mówiła po ukraińsku.
Woźnyj prosił nas, żebyśmy tę dziewczynę zabrali na furmance do Hoczwi, co uczyniliśmy. W Hoczwi ona zeskoczyła na skrzyżowaniu koło karczmy, skrzyżowanie Berezka, Baligród, Cisna w kierunku Bachlowy, mówiła, że do domu będzie jeszcze miała 5 kilometrów. Piliśmy wtedy w restauracji Jarosewycza. Było to gdzieś w czerwcu 1946 r.
Z milicji z Leska znam Syrwatkę, który był powiatowym komendantem MO, teraz od dwóch miesięcy go nie widuję, Tabacznyka, który jest teraz komendantem MO w Hoczwi, ci dwaj niekiedy pytali mnie, czy przychodzą banderowcy do Żernicy, ja odpowiadałem, że czasami przychodzą, ale oni nigdy nie pytali mnie o nich coś więcej.
Gdzieś w lecie 1946 r., gdy byłem w Lesku, spotkał mnie na ulicy koło „Rolnika” Kril Iwan z Żernicy Wyżnej, zapytałem go, co robi w Lesku, odpowiedział, że był w „bezpieczeństwie” i tam kazali mu pisać dziennik, a on nie wiedział, co robić, bo boi się, żeby go nie powiesili banderowcy.
Spostrzeżenia: Kiedy zatrzymywano Olszanickiego Mychajła, on zaraz w domu stawił silny opór.
Kiedy go przesłuchiwano, absolutnie nie chciał nic mówić. Kiedy zmuszono go do mówienia, zaczął zeznawać. Jego zeznania są na wskroś kłamliwe, i nie jest możliwe, żeby każdego razu, kiedy spotykał się z pracownikami MO czy UBP, oni dokładnie nie wypytywali go o banderowców.
Witiwiak Ołeksa z Żernicy Wyżnej, który pił razem z Olszanickim Mychajłem w restauracji Jarosewycza w Lesku, gdzie był z nim także Woźnyj Mychajło z Hoczwi (pracownik UBP), teraz siedzi w więzieniu, aresztowany jeszcze jesienią 1946 r. za kupowanie towaru dla banderowców.
„Mars”.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz