ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 21 kwietnia 2026

Historia Iranu!

 Role Playing Life 

W Cieśninie Ormuz stoi amerykańska blokada. Dowództwo Centralne USA nadaje przez radio komunikat do każdego kapitana, który pomyśli o przepłynięciu: nie próbujcie przełamywać blokady, jednostki będą zatrzymywane i zajmowane. Dwieście trzydziestu ośmiu irańskich marynarzy wraca właśnie ze Sri Lanki, repatriowanych po tym, jak amerykańska flota zaatakowała ich fregatę. W Teheranie wybuchają "ładunki domowej roboty". Na południu Libanu wojska izraelskie okrążają przygraniczne Bint Dżubajl. Donald Trump mówi, że nie planuje przedłużać rozejmu, który kończy się w przyszłym tygodniu, i w wywiadzie rzuca, że z każdym, kto odmówił mu pomocy przeciwko Iranowi, "nie mamy już takich samych stosunków". Wielka Brytania i Francja rozmawiają po cichu o własnej koalicji bez udziału USA, żeby zabezpieczyć żeglugę w Ormuzie.
Wojna zaczęła się 28 lutego. Amerykanie i Izraelczycy uderzyli razem. Pierwszego dnia operacji, w nalocie na Teheran, zginął ajatollah Ali Chamenei, człowiek, który przez trzydzieści sześć lat był Najwyższym Przywódcą Islamskiej Republiki Iranu. Jego syn Modżtaba, którego przez lata wskazywano jako naturalnego następcę, zniknął z pola widzenia i dziś nikt publicznie nie wie, czy żyje, czy już nie. Rosja, z której Teheran liczył na wsparcie, wykonała symboliczny gest i w praktyce się wycofała. Chiny, nominalnie sojusznik, wyszły z tego jako najwięksi wygrani, bo kupują irańską ropę taniej, niż kiedykolwiek mogliby marzyć, a Iran wykorzystał ich satelitę szpiegowskiego do ataków na amerykańskie bazy.
Brzmi jak koniec świata. A to nie koniec świata, tylko kolejna odsłona bardzo długiej historii. Żeby zrozumieć, co się tam teraz dzieje, trzeba zrobić coś, na co media nie mają czasu. Trzeba cofnąć się o jakieś dwa i pół tysiąca lat.
I przy okazji warto wiedzieć, że Polacy w tej historii byli. Byli konkretnie, fizycznie, w ilości stu dwudziestu tysięcy. Ale to za chwilę.
Zanim powstała Persja
Gdy myślimy "Persja", wyobrażamy sobie złoto, jedwabie, kalifat i pałace. Tymczasem historia tego kawałka świata zaczyna się na bardzo suchym płaskowyżu, między dwoma morzami, które nigdy się ze sobą nie łączą. Morze Kaspijskie na północy. Zatoka Perska na południu. Pomiędzy nimi góry Zagros od zachodu, Elburs od północy, a w środku pustynie, które dla pieszego wędrowca są piekłem, a dla jeźdźca na koniu okazją. Irańska geografia zrobiła z tych ludzi jeźdźców. I na dwa i pół tysiąca lat ustaliła pewną zasadę: Iran jest trudny do podbicia, bo jest schowany. A kto już go podbije, ten ma do czynienia z ludźmi, którzy mają skłonność do przeczekiwania.
Na długo przed Persami mieszkali tu Elamici. Cywilizacja równie stara co sumeryjska, z pismem klinowym własnej odmiany i stolicą w Suzie. Prowadzili długie wojny z Mezopotamią, czasem ją podbijali, czasem ona ich. Gdy w XIII wieku przed naszą erą armia elamicka zdobyła babilońską stelę z Kodeksem Hammurabiego, zabrała ją do Suzy jak trofeum. Dziś jest w Luwrze, ale to już inna opowieść.
Koło IX wieku przed naszą erą, w asyryjskich kronikach, pojawiają się nowe ludy. Medowie i Persowie. Przyszli od północy, z wielkiej migracji indoeuropejskiej, i mówili językiem spokrewnionym z sanskrytem, greką, łaciną, a ostatecznie i z polskim. Ich bogowie to byli dalecy kuzyni bogów wedyjskich. Ich słowa na "ojca", "matkę", "brata" brzmiały zaskakująco znajomo. To są nasi lingwistyczni krewni sprzed trzech tysięcy lat. Dlatego nazwa Iran, pochodząca od Aryanam, kraj Aryjczyków, oznacza tyle co kraj ludzi szlachetnych, szlachetnych w znaczeniu "naszego plemienia". To samo słowo, które potem zostało przechwycone przez niemiecki rasizm i skompromitowane na zawsze, w Iranie oznaczało po prostu: my.
Cyrus. Pierwszy, który chciał być inny
W 559 roku przed naszą erą, w jednym z małych perskich plemion, objął władzę młody człowiek, o którym świat miał jeszcze długo pamiętać. Cyrus. Syn perskiego wodza i medyjskiej księżniczki, wnuk medyjskiego króla, który podobno miał sen, że ten wnuk go obali. Sen się sprawdził. W ciągu dziesięciu lat Cyrus obalił swojego dziadka, wziął Medyjczyków pod swoje dowództwo, a potem ruszył dalej. Podbił Lidyjczyków w dzisiejszej Turcji, co w greckiej pamięci zostało jako koniec bajecznie bogatego Krezusa. Potem wziął Babilon, a wziął go bez wielkiej krwi, bo miejscowi sami otworzyli bramy.
I tu zrobił coś, co było dziwne na tamte czasy. Wydał tak zwany Cylinder Cyrusa, dokument zapisany klinowym pismem na glinianym walcu, w którym ogłosił, że pozwala wysiedlonym ludom wracać do domu. Między tymi ludami byli Żydzi, wywiezieni z Jerozolimy pięćdziesiąt lat wcześniej. Cyrus powiedział: wracajcie i odbudujcie swoją świątynię. Dlatego w Biblii, w Księdze Izajasza, nazwany jest pomazańcem Pana. Pogański król, który dostaje od żydowskiego proroka tytuł masziach. Dzisiaj Cylinder Cyrusa leży w British Museum i bywa nazywany pierwszą deklaracją praw człowieka, co jest pewną przesadą, ale nie bez powodu.
Po Cyrusie był Kambyzes, który dołożył do imperium Egipt. Potem Dariusz Wielki, który zbudował Persepolis, miasto ceremonialne o kolumnach z cedrów libańskich i z podłogą z czarnego marmuru, i który pierwszy próbował napisać coś, co dziś nazwalibyśmy konstytucją imperium. Podzielił państwo na satrapie. Zbudował Drogę Królewską z Suzy do Sardes, ponad dwa tysiące kilometrów przez Anatolię. Wprowadził jednolitą monetę, daryka. I, co ważne, zostawił podbitym ludom ich religie, języki i prawa. Nikt im nie nakazywał stać się Persami. Wystarczyło płacić podatki i nie buntować się.
Dariusza pamiętamy jednak z czego innego. Z Maratonu. Jego następca Kserkses wraca potem pod Salaminę i Termopile. Cała grecka pamięć Zachodu, cała legenda trzystu Spartan, Miltiades, Temistokles, Leonidas, jest zbudowana na tym jednym, bardzo dla Persów marginalnym, odbiciu od wybrzeża, jakim były wojny grecko-perskie. Dla Greków to była cywilizacja kontra barbarzyństwo. Dla Persów, jeśli w ogóle to pamiętali, była to nieudana ekspedycja karna przeciwko buntowniczym miastom na peryferiach. Imperium, które ciągnęło się od Libii do Indusu, miało ważniejsze sprawy.
Aleksander, który spalił Persepolis
I wtedy z Macedonii, z zapadłej kresowej północy, wyszedł młody człowiek, który postanowił pomścić greckie straty sprzed stu pięćdziesięciu lat. Aleksander. Jego ojciec Filip zjednoczył Grecję pod swoim butem, ale to Aleksander w 334 roku przed naszą erą przeprawił się z wojskiem do Azji i w trzech bitwach, nad Granikiem, pod Issos, pod Gaugamelą, obalił Imperium Achemenidów. Ostatni wielki król, Dariusz III, uciekał na wschód, aż go własny satrapa zamordował. Aleksander kazał go pochować z honorami, ożenił się z perską księżniczką, a swoim oficerom kazał brać Persjanki za żony, żeby stworzyć nową, mieszaną elitę.
A potem, podczas pijanej uczty w Persepolis, kazał spalić pałac Dariusza. Powiedzmy to szczerze, to była zemsta za Ateny, które Kserkses spalił sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Zapłacone z nawiązką. Gdy pożar przygasł, płaskowyż perski należał do Greków.
Greckość Iranu trwała potem trzysta lat, przez Seleucydów, następców Aleksandra. To tam, w Baktrii i w Persji, klasyczna kultura grecka spotkała się z irańską, i z tego spotkania narodziły się takie rzeczy jak grecko-buddyjska sztuka z Gandhary. Na monetach z tej epoki spotykamy Apollina obok perskich symboli ognia. To jeden z najmniej znanych rozdziałów historii świata, a dla języka, architektury i filozofii irańskiej naprawdę ważny.
Partowie i Rzym
Koło 247 roku przed naszą erą, z koczowniczego ludu na północ od dzisiejszego Iranu, wychodzi ród Arsacydów i zaczyna powoli odbierać Seleucydom ich perskie posiadłości. Partowie. Mistrzowie konnicy, wynalazcy taktyki, którą Rzymianie nazwali parthian shot, czyli strzelanie z łuku do tyłu w pełnym galopie. W 53 roku przed naszą erą, pod Carrhae w dzisiejszej Turcji, Partowie zrobili Rzymianom rzecz, której Rzymianie nie zapomnieli nigdy. Siedem legionów pod wodzą Krassusa, tego samego, który wcześniej pokonał Spartakusa, zostało wyciętych przez partyjskich łuczników. Sam Krassus zginął. Podobno, choć to pewnie legenda, Partowie wlali mu do gardła stopione złoto, żeby nasycił wreszcie swoją chciwość. Dziewięć orłów legionowych wpadło w ręce wroga. Rzym odzyskał je dopiero za czasów Augusta, drogą dyplomatyczną, i August zrobił z tego wielką propagandę, bo tak naprawdę militarnie Rzym nigdy z Partami nie wygrał.
Potem, od III wieku naszej ery, partyjską dynastię zastąpiła sasanidzka. Iran ostatni raz przed arabskim podbojem stał się sobą. Sasanidzi odbudowali kult Zaratustry jako religię państwową. W Ktezyfonie, nad Tygrysem, pobudowali pałace o łukach tak szerokich, że żaden następny architekt przez tysiąc lat nie potrafił ich przewyższyć. Walczyli z Rzymem i z Bizancjum, wygrywali i przegrywali, a czasem brali cesarzy do niewoli, jak Walerian, którego Szapur I kazał sobie podawać jako podnóżek pod nogi przy wsiadaniu na konia.
I wtedy, w pierwszej połowie VII wieku, z pustyni arabskiej wyszło coś, czego nikt się nie spodziewał.
Islam przychodzi, ale Persja nie znika
W 651 roku w jakiejś prowincjonalnej dziurze w Khorasanie umiera Jazdegerd III, ostatni sasanidzki król. Zostawiają go jego właśni strażnicy, zabija go z chciwości młynarz, u którego się schował. Imperium, które przetrwało Aleksandra, Rzym i tysiąc wojen, upada w ciągu dwudziestu lat, rozbite przez wojska kalifów. Islam wkracza na płaskowyż perski.
I teraz najważniejsza rzecz, która odróżnia Persję od wszystkich innych miejsc, jakie islam podbił. W Egipcie stopniowo zanika język koptyjski, w Syrii aramejski, w Afryce Północnej berberyjski przetrwa tylko w górach. Wszędzie Arabowie narzucają swój język. W Persji nie. Owszem, Persowie przyjmują islam, ale zachowują własny język. Używają tylko arabskiego alfabetu do jego zapisu, co daje perskie pismo, które do dziś wygląda podobnie do arabskiego, ale gramatycznie jest indoeuropejskie, bliższe naszemu niż arabskiemu. A potem robią coś jeszcze ciekawszego. W IX i X wieku, pod lokalnymi dynastiami jak Samanidzi, urządzają perski renesans.
W Buchariiskim dworze pracuje Awicenna, po persku Ibn Sina, lekarz i filozof, którego "Kanon medycyny" przez pięćset lat jest podręcznikiem na uniwersytetach europejskich, w tym w Krakowie. W Tus pisze Firdausi. Zostawia "Szahname", Księgę Królów, sześćdziesiąt tysięcy dwuwierszy o mitycznych i historycznych władcach Iranu, napisane świadomie prawie bez słów arabskich, jako manifest, że perska tożsamość przetrwa. I przetrwa, bo każdy irański szewc w XX wieku umiał zacytować z pamięci kilka fragmentów Firdausiego. W Niszapur żyje Omar Chajjam, matematyk, astronom, autor "Rubajjatów", tych krótkich czterowierszy o winie, czasie i nicości, które potem Edward FitzGerald przetłumaczy w XIX wieku na angielski i wywoła w Europie modę na orientalny spleen.
To jest złota epoka Iranu. Ale trwa, jak zwykle, krótko.
Mongołowie
W 1258 roku wnuk Czyngis-chana, Hulagu, wchodzi do Bagdadu. Zabija kalifa, podobno owijając go w dywan i tratując końmi, żeby nie rozlewać krwi (bo krew kalifa wedle mongolskiego przesądu nie powinna dotknąć ziemi). Zabija też około stu tysięcy mieszkańców Bagdadu. Pali Dom Mądrości, największą bibliotekę świata muzułmańskiego. Mówi się, że Tygrys płynął czarny od atramentu książek wrzuconych do wody. Mongołowie obalają kalifat, który istniał pięćset lat.
W Iranie Mongołowie zostają. Tworzą ilchanat, pierwsze postmongolskie państwo, które stopniowo się iranizuje, przyjmuje islam, zaczyna mówić po persku. Paradoks Iranu jest taki, że każdy kolejny najeźdźca na dłuższą metę stawał się bardziej Persem niż Mongołem. Perska cywilizacja okazała się silniejsza niż mongolska armia. To samo będzie z Turkami.
Potem przychodzi jeszcze jedna katastrofa. Tamerlan, albo Timur Kulawy, Turek z dzisiejszego Uzbekistanu, który w drugiej połowie XIV wieku buduje imperium rozciągające się od Anatolii po Indie. Tamerlan lubił budować z ludzkich czaszek. W Isfahanie kazał ściąć siedemdziesiąt tysięcy głów i ułożyć z nich wieżę. W Delhi sto tysięcy. Po jego śmierci państwo się rozpada, ale zostawia potomków, którzy przeniosą perską kulturę do Indii i stworzą dynastię Wielkich Mogołów, tych samych, którzy potem zbudują Tadź Mahal (napis na Tadż Mahal jest po persku).
Safawidzi. Szyizm państwowy
W 1501 roku, w mieście Tabriz, czternastoletni chłopak o imieniu Ismail ogłasza się szachem. Jest potomkiem mistyków sufickich z prowincji Ardebil, ma w żyłach krew turkmeńską, azerską i grecką, mówi po azersku w domu, po persku w dokumentach. I robi coś, co na zawsze zmienia Iran. Ogłasza, że jego państwo będzie wyznawać szyizm imamicki, czyli ten odłam islamu, który twierdzi, że prawowitymi następcami Mahometa byli Ali i jego potomkowie, a nie sunniccy kalifowie. W świecie islamu szyici byli wtedy mniejszością, kilkanaście procent. W Iranie Ismail ogłasza, że mniejszość staje się obowiązkowym wyznaniem państwowym. Kto nie chce, ten może wyjść.
To jest moment, który do dziś tłumaczy, dlaczego Iran jest taki, jaki jest. Przez następne pięćset lat Iran będzie jedynym dużym szyickim państwem na świecie, otoczonym sunnickimi sąsiadami (osmańska Turcja, sunnickie chanaty środkowoazjatyckie, sunnickie Indie Mogołów). To jest tożsamość narodowa zbudowana na religijnej odmienności. Kiedy dziś Iran wspiera libański Hezbollah, iracką milicję szyicką i Houtis w Jemenie, robi to nie z powodu kaprysu ajatollahów, tylko z powodu pięciusetletniego schematu, który zaczął Ismail Safawida.
Kulminacja Safawidów to szach Abbas Wielki na przełomie XVI i XVII wieku. Przenosi stolicę do Isfahanu i przebudowuje go na jedno z najpiękniejszych miast świata. Meczet Szacha, meczet Lotfollaha, Plac Naqsz-e Dżahan, który znaczy "obraz świata", długi na pięćset metrów, otoczony arkadami. Powiedzenie z tamtej epoki brzmi: Isfahan nesf-e dżahan ast. Isfahan to połowa świata. I rzeczywiście, gdy przyjeżdżali tam europejscy dyplomaci, wracali do Paryża i Londynu z opisami przepychu, w który nikt nie wierzył.
I tu wchodzi pierwszy wątek polski.
Safawidzi i Rzeczpospolita
W XVI i XVII wieku Rzeczpospolita Obojga Narodów i Safawidzki Iran mają wspólnego wroga, Turcję Osmańską. Osmanowie ściskają Europę z południa, Persję z zachodu, obaj z kolei patrzą na siebie nerwowo. To naturalnie sprzyja kontaktom. Wymiana poselstw z Persją zaczyna się w Polsce już za Jagiellonów. W 1474 roku kupiec Catterino Zeno, wysłannik Wenecji, przejeżdża przez Polskę do Persji i z powrotem. W 1602 roku w Krakowie zjawia się perskie poselstwo od szacha Abbasa, szukające sojusznika przeciwko Stambułowi. Król Zygmunt III Waza nie ma głowy do takich rzeczy, bo właśnie walczy ze Szwedami, ale kontakty pozostają.
Najwyraźniejszy ślad tego spotkania to perskie kobierce i pasy kontuszowe. Polska szlachta XVII i XVIII wieku rozkochała się w orientalnej estetyce tak bardzo, że dziś, gdy mówimy "pas kontuszowy" albo "sarmacki kobierzec", mówimy w zasadzie o polskich wariantach wzorów perskich i tureckich. Kobierce z Isfahanu, tkane specjalnie na zamówienie polskich magnatów, z polskimi herbami wplecionymi w perski wzór, są do dziś w muzeach. Nazywa się je kobiercami polonezami. Paradoksalnie francuski "polonaise" wziął się właśnie stąd: zachodni kupcy zobaczyli ten dziwny polsko-perski hybryd i uznali go za polski styl.
Jeszcze wyraźniejszy ślad to hussaria. Skrzydła przy plecach, długie lance, tarcze, zbroje z ornamentów. Całe to widowisko polskiej ciężkiej jazdy ma rodowód częściowo turecko-perski. Polska szlachta uważała się za potomków Sarmatów, mitycznego ludu stepowego, i świadomie sięgała po orientalną estetykę, żeby odróżnić się od Zachodu. Jak patrzymy na portret hetmana Jana Sobieskiego z lat siedemdziesiątych XVII wieku, patrzymy na człowieka ubranego, z perspektywy Paryża, jak perski książę. I to nie przypadek.
Upadek Safawidów. Nadir Szah
Safawidzi padli w 1722 roku, zabici od środka przez własną dynastyczną degenerację i od zewnątrz przez Afgańczyków. A potem wychodzi z prowincji Horasan człowiek, który przez krótką chwilę odbudowuje Iran do rozmiarów, jakich nie miał od Sasanidów. Nadir Szah. Prosty żołnierz, potem dowódca, wreszcie szach. W 1739 roku idzie na Indie, zdobywa Delhi i zabiera z sobą Pawi Tron, wysadzany tysiącami szmaragdów i rubinów, oraz diament Koh-i-Noor, który potem drogą, w którą nie chce mi się wchodzić, trafi na koronę brytyjskiej królowej i dziś tkwi w Tower of London. Nadir Szah, człowiek brutalny do ostateczności, zostaje zamordowany przez własnych oficerów w 1747 roku. Po nim chaos. Potem Kadżarowie, dynastia turkmeńska rządząca od końca XVIII wieku, słaba, skorumpowana, pozbawiona wizji.
Wielka Gra
A wiek XIX jest dla Iranu pechowy, bo to wiek, w którym dwa imperia biorą go w kleszcze. Rosja carska z północy, Wielka Brytania ze strony Indii. Brytyjczycy widzą Iran jako bufor chroniący Indie przed Rosją. Rosja widzi Iran jako ziemię, którą można ugryźć od południa. Obaj tak naprawdę nie chcą Iranu wziąć, bo boją się wojny między sobą, i obaj go paraliżują, biorąc od kadżarskich szachów koncesje gospodarcze. Rosyjski bank w Teheranie, brytyjska koncesja na tytoń, brytyjska koncesja na ropę w 1901 roku (to z niej wyrośnie potem Anglo-Persian Oil Company, przodek BP).
Wewnątrz kraju narasta frustracja. W 1906 roku wybucha Rewolucja Konstytucyjna. Ulice Teheranu wypełniają się kupcami, duchownymi, studentami, kolejarzami. Żądają konstytucji i parlamentu, nazwanego madżlis. Szach się zgadza, potem wycofuje, potem abdykuje. Iran staje się konstytucyjną monarchią, co brzmi dumnie, ale w praktyce oznacza, że w Teheranie można zmienić gabinet, a w Tabrizie i tak rządzą rosyjscy kozacy.
Reza Chan. Żołnierz, który wszedł na tron
Podczas I wojny światowej Iran ogłasza neutralność, ale to nie pomaga. Brytyjczycy i Rosjanie wchodzą i wychodzą, jak chcą. Po wojnie, w 1921 roku, zamach stanu. Prowadzi go oficer Perskiej Brygady Kozackiej, analfabeta z dzieciństwa, który sam się nauczył czytać jako dorosły. Reza Chan. W 1925 roku koronuje się na szacha, obala Kadżarów, przyjmuje nazwisko Pahlawi, od nazwy języka Sasanidów, żeby pokazać, że nawiązuje do starożytnej, przedislamskiej Persji.
Reza Szah modernizuje Iran jak Atatürk modernizuje Turcję. Zakłada szkoły, buduje koleje, otwiera uniwersytet w Teheranie, nakazuje kobietom zdjąć chusty, a mężczyznom nosić europejskie kapelusze (brutalne sceny, gdy na ulicach policja ściąga ludziom kapelusze z głów). W 1935 roku ogłasza oficjalnie, że jego państwo nazywa się odtąd Iran, nie Persja. Jest to sygnał dla świata: jesteśmy krajem ariów, czyli szlachetnych, mamy własną tożsamość.
A potem przychodzi II wojna światowa. I tu pojawia się druga, najważniejsza polska opowieść o Iranie.
1942. Polacy idą przez Persję
W sierpniu 1941 roku alianci, dokładniej Brytyjczycy i Sowieci, wspólnie wkraczają do Iranu i zmuszają Rezę Szaha do abdykacji. Ma proniemieckie sympatie i chcą go zastąpić bardziej ugodowym synem, Mohammadem Rezą Pahlawim, który od teraz jest szachem. Iran staje się "mostem zwycięstwa", tym kanałem, przez który amerykański sprzęt lend-lease płynie na front wschodni. To przez Zatokę Perską, linię kolejową zbudowaną jeszcze przez Rezę Szaha, do portów kaspijskich, i dalej do Stalingradu.
I tym samym mostem, tylko w przeciwnym kierunku, w 1942 roku rusza coś bardzo polskiego.
Przypomnijmy. Gdy Stalin w 1939 roku, w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow, zajął wschodnią Polskę, zaczął deportować ludność na wschód. Do północnej Rosji, na Syberię, do Kazachstanu. Przez dwa lata wywieziono, według różnych szacunków, od trzystu tysięcy do miliona obywateli polskich. Wielu zmarło w drodze. Wielu zmarło w łagrach. Gdy Hitler uderzył na ZSRR w czerwcu 1941 roku, Stalin nagle potrzebował sojuszników. Podpisał układ Sikorski-Majski z polskim rządem na uchodźstwie. Zgodził się, że na terenie ZSRR można utworzyć Polską Armię. Dowódcą został generał Władysław Anders, sam dopiero co wypuszczony z Łubianki.
Polacy z łagrów, wsi zesłaniowych, więzień, kołchozów, potykając się, chorując, głodując, ruszyli na spotkanie z Andersem. Dziesiątki tysięcy nie dotarły. Ci, którzy dotarli, w 1942 roku zostali przez Stalina wyprowadzeni do Iranu, bo Stalin już nie chciał ich karmić. Generał Anders w marcu 1942 roku wynegocjował ewakuację. Druga tura poszła w sierpniu.
W sumie wyszło około stu szesnastu tysięcy Polaków. Siedemdziesiąt osiem tysięcy żołnierzy i trzydzieści siedem tysięcy cywilów. Wśród cywilów osiemnaście tysięcy dzieci. Większość z nich ruszyła przez Morze Kaspijskie, na statkach, które ledwie się trzymały wody, do małego irańskiego portu Pahlewi, dziś Bandar-e Anzali. Polacy nazywali ten port bramą do wolności. Gdy schodzili na ląd, wielu całowało irańską ziemię. Byli brudni, ogoleni z powodu wszy, w łachmanach, w dżerzei łagrowej. Irańczycy zobaczyli kolumnę ludzkich cieni.
I zrobili rzecz, która w tych ciężkich czasach, bo w Iranie był wtedy głód, nie była oczywista. Przyjęli nas.
W Teheranie powstał "Szpital 500 łóżek". W Isfahanie, jednym z najpiękniejszych miast Iranu, stworzono największy polski ośrodek dziecięcy. Przyjechało tam najpierw dwustu pięćdziesięciu sierot 10 kwietnia 1942 roku. Potem ich liczba rosła i rosła, aż doszła do dwóch tysięcy sześciuset osób, głównie dzieci. Nie nazywano tego sierocińcem, tylko "internatem", żeby nie przypominać dzieciom, że ich rodzice nie żyją. Powstało dwadzieścia jeden takich zakładów. Otwarto szkoły, drukowano podręczniki, wydawano gazetkę szkolną "MY" (to jedyne polskie pismo szkolne wydawane wtedy w Iranie). Polska profesura z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, ocalała z zesłania, założyła w Teheranie Towarzystwo Studiów Irańskich i w szczerym obłędzie zaczęła robić tam badania naukowe.
Irańczycy, zwyczajni mieszkańcy Isfahanu, nie brali od polskich dzieci pieniędzy w sklepach. Traktowali je ciepło. W listach i wspomnieniach z tamtej epoki, które dziś wiszą w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, padają zdania typu: "Iran okazał się dla nas ziemią wolności". To powiedziała Maria Gabiniewicz, która trafiła do Isfahanu jako ośmiolatka. Jej ojciec zaginął. Braci wojna rozrzuciła. Ona miała pierwszą komunię w sukience zszytej z białej koszuli nocnej.
Nie wszyscy przeżyli. W Iranie w czasie tych kilku lat umarło około dwóch tysięcy dziewięciuset Polaków. Większość z wycieńczenia, chorób, skutków łagrów, których organizm już nie wytrzymał, choć jedzenia było dużo. Najwięcej pochowano na Cmentarzu Dulab w Teheranie, który jest dziś największym polskim cmentarzem wojennym na Bliskim Wschodzie. Leży tam tysiąc dziewięćset trzydzieści siedem polskich mogił. Sześćset trzydzieści dziewięć w Bandar-e Anzali. Osiemnaście na ormiańskim cmentarzu w Isfahanie.
Z żołnierzy, którzy przyszli do Iranu razem z cywilami, powstał Drugi Korpus Polski. Wyszli z Iranu przez Irak, Palestynę, Egipt, do Włoch. To oni 18 maja 1944 roku zdobyli Monte Cassino.
A w Iranie zostało coś, czego się mało mówi. Została pamięć. W Teheranie do dziś jest ulica Warszawska (perskie Khiaban-e Varsho). W Isfahanie, w pobliżu dawnego obozu, stoi pamiątkowa tablica. Polskie groby są pielęgnowane, oficjalnie, przez państwo irańskie. W 2012 roku grupa dawnych "dzieci Isfahanu", wtedy już siedemdziesięcioletnich staruszków, przyjechała do swojego miasta i została przyjęta z honorami.
Gdy dziś czytamy nagłówek "Iran grozi" albo "Iran zamyka cieśninę", warto pamiętać, że w tym samym Iranie zostało kilka tysięcy polskich mogił i osobista wdzięczność kilku pokoleń Polaków. To jest poziom historii, który się w newsach nie pojawia.
Biała Rewolucja i SAWAK
Wróćmy do Mohammada Rezy Pahlawiego. Od 1941 do 1953 roku młody szach rządził słabo. Prawdziwą władzę miał parlament. W 1951 roku premierem został Mohammad Mosaddegh, starszawy nacjonalista z arystokratycznej rodziny, który nacjonalizował Anglo-Iranian Oil Company. Odebrał Brytyjczykom ropę, co zostało w Teheranie powitane radośnie, a w Londynie raczej nie. Brytyjczycy nałożyli embargo. Iran przestał eksportować ropę. Gospodarka się zatrzymała.
W 1953 roku CIA i brytyjski MI6, działając razem pod kryptonimem "Ajax", zorganizowały w Teheranie zamach stanu. Mosaddegh został aresztowany. Szach, który wcześniej uciekł za granicę, wrócił triumfalnie. Od tej chwili Iran stał się pro-zachodni, zbrojny w amerykański sprzęt, z SAWAK-iem (tajną policją) szkoloną przez CIA i Mossad. Mohammad Reza ogłosił "Białą Rewolucję", reformę rolną, prawa wyborcze dla kobiet, analfabetom dostęp do szkoły. Modernizacja szła, ale w sposób, który wściekał wieś, duchownych, bazar. Bogaci się bogacili, biedni też, ale mniej, a w telewizji leciały programy o szachu i jego żonie, jakby żyli na Marsie.
W 1963 roku duchowny z Qom, sześćdziesięcioletni Rouhollah Chomeini, publicznie zaatakował Białą Rewolucję. Został aresztowany, wypędzony, najpierw do Turcji, potem do Iraku, potem, w 1978 roku, do Paryża.
Z Paryża zaczął nadawać kazania, które docierały do Iranu na kasetach magnetofonowych. Kasety okazały się medium, którego SAWAK nie umiał skontrolować. Na ulicach pojawiły się wreszcie tłumy. W styczniu 1979 roku szach uciekł z Iranu. 1 lutego Chomeini wylądował w Teheranie na pokładzie Air France. Witały go miliony.
Islamska Republika Iranu została ogłoszona 1 kwietnia 1979 roku. 4 listopada tłum studentów zaatakował ambasadę USA w Teheranie i wziął pięćdziesięciu dwóch zakładników. Trzymał ich czterysta czterdzieści cztery dni. To jest początek obecnego konfliktu z Ameryką.
Wojna iracko-irańska. Osiem lat
W 1980 roku Saddam Husajn, widząc, że Iran jest w rewolucyjnym chaosie, uderzył. Myślał, że wojna potrwa kilka miesięcy. Potrwała osiem lat, zginęło około miliona ludzi po obu stronach. Saddam używał gazu bojowego, sarinu i iperytu, produkowanego częściowo w zakładach, których sprzęt pochodził z Zachodu. Iran wykorzystał falangę nastoletnich ochotników, którzy szli na irackie miny dając im pierwszeństwo. Żaden z agresorów niczego nie zdobył. W 1988 roku Chomeini wypił "kielich trucizny", jak to nazwał, i zgodził się na zawieszenie broni. Rok później, latem 1989, umarł.
Po nim Najwyższym Przywódcą został wtedy jeszcze mało znany Ali Chamenei, ten sam, który został zabity 28 lutego 2026 roku.
Od Rafsandżaniego do Mahsy Amini
Lata dziewięćdziesiąte to prezydentura Rafsandżaniego, pragmatyka, który próbował otwierać gospodarkę. Potem Mohammada Chatamiego, reformatora, który mówił o "dialogu cywilizacji". Kobiety w tym okresie miały więcej oddechu. Kino irańskie, z reżyserami takimi jak Abbas Kiarostami i Asghar Farhadi, zdobyło światową sławę. Potem, w 2005 roku, wygrywa Mahmud Ahmadineżad, populista z twardego skrzydła, który zaprzecza Holokaustowi i przyspiesza program atomowy. W 2009 roku wybucha Zielona Rewolucja po sfałszowanych wyborach. Policja strzela na ulicach Teheranu. Na YouTube krąży nagranie śmierci młodej kobiety, Nedy Agha-Soltan. Reżim przetrwał.
W 2015 roku prezydent Hassan Rouhani, umiarkowany, podpisuje z sześcioma światowymi mocarstwami umowę atomową JCPOA. Iran ogranicza wzbogacanie uranu, Zachód znosi część sankcji. To jest jeden z największych sukcesów dyplomatycznych tamtej dekady.
W 2018 roku Donald Trump, w pierwszej kadencji, wycofuje Amerykę z umowy. Sankcje wracają. Rial, irańska waluta, traci połowę wartości w ciągu miesiąca. Handel się zamyka. Iran czuje się oszukany i zaczyna znów wzbogacać uran.
W 2022 roku w Teheranie policja moralna aresztuje dwudziestodwuletnią Kurdyjkę Mahsę Amini za niewłaściwie założony chimar. Trzy dni później Mahsa umiera w komisariacie. Wybucha ruch "Kobieta, Życie, Wolność". Setki ofiar, tysiące aresztowanych. Protesty nie obaliły reżimu, ale wyrwały z niego ostatnią legitymizację wśród młodych.
W 2024 i 2025 roku sytuacja eskaluje. Izrael i Iran wymieniają bezpośrednie uderzenia rakietowe. Hezbollah dostaje ciężkie ciosy. Hamas traci przywództwo w Strefie Gazy. Asad upada w Syrii, co jest ogromnym osłabieniem całej "Osi Oporu", którą Iran budował przez trzydzieści lat. I wreszcie 28 lutego 2026 roku, o świcie, Amerykanie razem z Izraelczykami uderzają w obiekty atomowe w Fordow, Natanzu, Isfahanie (tak, Isfahan znów) i w Teheranie. Chamenei ginie w jednym z pierwszych nalotów.
Wróćmy do kwietnia 2026
I jesteśmy z powrotem tam, skąd zaczęliśmy. Rozejm zaczyna się kruszyć. Trump mówi, że nie przedłuży. Iran próbuje grać kartą europejską, żeby zrobić na złość Waszyngtonowi, i dzwoni do Paryża i Berlina. Włochy i Wielka Brytania odmówiły wysłania wojsk. Pakistan, w zdumiewającym zwrocie historii, jest głównym mediatorem. Rosja obeszła się z Iranem raczej chłodno. Chiny zarabiają na rozlanej krwi. A o tym, kto będzie następnym Najwyższym Przywódcą, na razie nikt nie wie. Modżtaba Chamenei, syn Alego, typowany przez lata, zniknął. W Teheranie detonują "ładunki domowej roboty". Na ulicach są i protesty, i kolejki po benzynę, i manifestacje poparcia dla reżimu.
Iran może się w najbliższym roku rozpaść. Może się umocnić. Może wyłonić nowego przywódcę, który pójdzie w stronę bardziej świeckiego państwa. Może pojawić się grupa generałów IRGC, którzy przejmą władzę militarną. Każdy z tych scenariuszy jest na stole. Jedno jest pewne. Cokolwiek się tam stanie w najbliższych miesiącach, ten kraj nie zniknie. Przeszedł przez Aleksandra, Arabów, Mongołów, Tamerlana i osiem lat wojny z Saddamem. Przeczekał osiem dynastii i trzy imperia globalne, które go chciały. Iran trwa w jednej zasadzie: nie ma daty.
Co z tego zostaje dla Polaka
Trzeba to powiedzieć wprost. Iran to nie jest jakiś egzotyczny, odległy kraj, o którym czyta się tylko w kontekście geopolitycznych gierek. Nasze historie, polska i irańska, nie są sobie obce. Są perskie wzory w skarbcu wawelskim i polskie nazwiska na teherańskich nagrobkach. Jest ulica Warszawska w stolicy Iranu. Jest dwóch i pół tysiąca polskich grobów, do których osiemdziesiąt lat po wojnie irańskie państwo pozwala przychodzić polskim delegacjom. Jest pamięć kilku pokoleń ludzi, którzy w najgorszej chwili życia dostali w Iranie chleb bez pytania.
Jeśli dzisiejsze bombardowania Teheranu i zabity Chamenei robią wrażenie, zrobi je jeszcze, że dokładnie w tym samym mieście, osiemdziesiąt lat temu, polskie dzieci pierwszy raz w życiu jadły się do syta po wyjściu z łagrów. Oba te zdania są prawdziwe w tym samym czasie. I oba są o jednym miejscu.
Iran ma teraz trudny moment. Ale on miał już trudne momenty setki razy. To, co najciekawsze w tej cywilizacji, to fakt, że potrafi się cofnąć, wchłonąć najeźdźcę, przetrawić go i ruszyć dalej. Czy tym razem będzie inaczej, zobaczymy.
W najbliższych miesiącach patrząc na wieczorne wiadomości, warto jednak mieć w głowie ten jeden obraz: ośmioletnia dziewczynka w sukience uszytej z białej koszuli nocnej, w pierwszej komunii, w Isfahanie w 1943 roku. Bo to też jest Iran.
Pokaż mniej

SS Nomadic Pomocniczy statek transatlantyku RMS Titanic.

 Na po-morskim szlaku

 


Jak wiecie, dzisiaj w nocy (z 14 na 15 kwietnia) była rocznica zatonięcia Titanica.
Miał ten sam kształt, barwy i dokładnie 1/4 długości Titanica. Przewoził pasażerów i pocztę na Titanica.
Wtedy nie było portów zdolnych do obsługi Titanica, stąd potrzebna była mniejsza jednostka. Obsługiwał port w Cherbourgu.
Nomadic to jedyna zachowana jednostka floty White Star. Zbudowany w stoczni Harland and Wolff na pochylni 1, obok transatlantyków Titanica i Olimpica (pochylnia 2 i 3). Zwodowany w kwietniu 1911 roku. Jest jedynym zachowanym statkiem zaprojektowanym przez Thomasa Andrewsa, który zaprojektował również transatlantyki.
Ma 67 m długości, 11 m szerokości. Miał 5 pokładów, 14 osób załogi i mógł zabrać do 1000 pasażerów. Prędkość eksploatacyjna wynosiła 12 węzłów. Statek był podzielony na pomieszczenia przeznaczone odpowiednio dla 1, 2 i 3 klasy. Do przewożenia pasażerów klasy 3 przeznaczony był głównie statek SS Traffic, który zabierał również bagaże i zaopatrzenie. Nomadic przewoził głównie pasażerów klasy 1 i 2. Dla pasażerów klasy 3 przeznaczono na nim niewielki obszar na rufie na dolnym pokładzie. Wyposażenie statku było zbliżone do standardów panujących na transatlantykach. Płytki podłogowe na statku SS Nomadic, które nadal możemy zobaczyć na statku, miały ten sam wzór, co w salonie jadalnym 1 klasy na RMS Titanic.
SS Nomadic mógł przewozić 400 pasażerów pierwszej klasy, 500 pasażerów drugiej klasy, podczas gdy Titanic mógł pomieścić 833 pasażerów pierwszej klasy, 614 pasażerów drugiej klasy i 1006 pasażerów trzeciej klasy.
W kwietniu 1912 roku Nomadic wykonał swoje najsłynniejsze zadanie, przewożąc podekscytowanych pasażerów 1 i 2 klasy z nabrzeża w Cherbourgu na Titanica, który był zacumowany na głębszej wodzie. W dniu 10 kwietnia 1912 roku Nomadic przetransportował dokładnie 274 pasażerów do RMS Titanic na dziewiczy rejs liniowca, w tym milionera Johna Jacoba Astora IV z żoną Madeleine, Sir Cosmo Duff Gordon z żoną, Lady Duff-Gordon (projektantka mody) milionerkę Margaret Brown i potentata wydobywczego Benjamina Guggenheim.
Podczas I wojny światowej został zarekwirowany przez rząd francuski i służył jako pomocniczy trałowiec. Potem wrócił do żeglugi cywilnej. Swoje zadania spełniał do 1934 roku, kiedy to Cherbourgu otwarto pogłębiony i powiększony port, co umożliwiło liniowcom cumowanie przy nabrzeżu, zamiast kotwiczenia na głębszej wodzie. Zmieniono nazwę na Ingenieur Minard i podczas II wojny światowej ponownie wszedł do służby. W 1940 brał udział w ewakuacji Cherbourga, a następnie został zarekwirowany przez Królewską Marynarkę Wojenną, stacjonował w porcie Portsmouth, gdzie działał jako statek mieszkalny.
Później pływał jako statek pomocniczy transatlantyków np. Queen Mary i Queen Elizabeth. W 1968 roku został wycofany z eksploatacji. Przez kilka lat niszczał, a następnie został kupiony przez osobę prywatną. Powrócił do nazwy Nomadic i został przekształcony w pływającą restaurację. W 1974 roku przeniesiony do Paryża na Sekwanę. Z czasem właściciel statku popadł w kłopoty finansowe, a statek zaczął znów niszczeć. Przejęty przez władze portu w Paryżu w 2002 i odholowany do Hawru. 3 lata później statek wystawiono na sprzedaż, a w przypadku braku chętnych miał trafić na złom.
Stowarzyszenia i grupy miłośników Titanica rozpoczęły zbiórkę pieniędzy na wykup statku. Kampania zyskała również poparcie polityczne rządu Irlandii Północnej. Został kupiony za 250001 EUR, a cena wywoławcza wynosila 250000. 12 lipca 2006 roku statek wrócił do Belfastu na barce.
W swojej karierze Nomadic gościł wielu znanych pasażerów w tym Marie Curie, Charlie Chaplina i Elizabeth Taylor oraz Richarda Burtona.
Został odrestaurowany. Obecnie udostępniony do zwiedzania, więc do grona ważnych i znanych gości możecie dołączyć i Wy 😉
Udanego weekendu.
Fot: strona i facebook ss Nomadic




„Krajowy przemysł #OZE w polityce energetycznej – niewykorzystany potencjał czy świadome pominięcie?”

https://fb.watch/GDi19H9oaa/ 

Niektóre kraje już zacierają ręce, że u nas nie pada.

https://fb.watch/GDf2vU7Ne4/ 

Wielu z nas uważało, że susza nam nie grozi. Teraz nawet w mediach głównego nurtu coraz częściej mówi się o suszy właśnie. Ja o tym informował, ostrzegałem przed taką sytuacją już w ubiegłym roku. Na moim niezależnym portalu znajdziecie mnóstwo informacji na ten temat - sprawdźcie.
Niektóre kraje już zacierają ręce, że u nas nie pada. Więc kto zarobi na suszy?
Posłuchajcie!
Porady rolnicze na moim niezależnym portalu:
Jeśli chcesz uzyskać więcej informacji o narzędziach, które zbudowałem dla rolnictwa, kliknij poniższy link:
lub napisz sms na numer: 735055488