To plastikowa karta lojalnościowa Berlina — działa tylko przy niemieckiej kasie.
On nie ma kręgosłupa, bo nigdy nie musiał go mieć. Wystarczył telefon z Berlina, faks z Brukseli i mikrofon od TVN-u. Tusk to produkt — syntetyczny, wypolerowany, bez śladów pochodzenia. Gotowy do eksportu, gotowy do zdrady. I zdradzał zawsze. Równo. Z rozmysłem. Bez emocji.
To człowiek, który przez całe życie nauczył się jednego: jak wyglądać jak Europejczyk i mówić tak, żeby nie ponosić żadnej odpowiedzialności.
Gdy Polska się podnosiła z kolan — on podawał Niemcom klucz do kłódki. Gdy trzeba było bronić granicy — milczał. Gdy Rosja zabijała prezydenta w błocie smoleńskim — ściskał ręce z Putinem i pił wódkę z Ławrowem.
Jak przychodzi co do czego — to tylko ślizga się po powierzchni, jak robak po wypranej fladze.
On nie zna pojęcia lojalności. Ani wobec ludzi, ani wobec historii, ani wobec czegokolwiek poza samym sobą. Polska to dla niego tylko kod rabatowy, którym się posługuje, żeby dostać lepsze miejsce przy stole. Ale nie naszym stole. Ich stole. Tam, gdzie mówi się po niemiecku, myśli po belgijsku, a gardzi po polsku.
Nie buduje niczego, bo nie potrafi. Nie rozumie siły, bo się jej boi. Nie zna ryzyka, bo całe życie był miękkim pionkiem w cudzej grze. I właśnie dlatego wrócił: nie po to, by coś zmienić — tylko żeby przypilnować, by nic się nie zmieniło.
Tusk to nie premier. To kałuża, w którą Polska wdepnęła po raz drugi. Tyle że tym razem wiemy, w co wchodzimy.
I jeśli nie przestaniemy udawać, że to tylko „spór polityczny”, to zostaniemy w tym błocie razem z nim.
Bo Tusk nie ma programu. On ma instrukcję obsługi. Napisaną w języku, którego nie uczą w żadnej polskiej szkole, bo nie ma w nim słów takich jak „niepodległość”, „godność” czy „granica”. Są tylko wyrażenia typu „harmonizacja”, „dostosowanie”, „zarządzanie ryzykiem”. To język ludzi, którzy nigdy nie budowali, tylko korygowali cudze ambicje.
Tusk nie wrócił, żeby przejąć władzę. On wrócił, żeby przejąć kontrolę. Żeby nikt już nie zadawał niewygodnych pytań. Żeby wszystko znowu płynęło w jednym kierunku. Żeby Polska wróciła do roli, którą dla niej przewidziano: podwykonawcy, przedłużenia rynku, strefy buforowej.
On nie musi straszyć. On nie musi nawet przekonywać. Wystarczy mu przewaga mediów, procedur i zmęczonego społeczeństwa, które chce świętego spokoju. I ten spokój właśnie oferuje — martwy, gładki, sterylny. Taki, w którym już nic nie boli, bo nic nie znaczy.
Jego rządy to nie dramat. To wygaszanie. To powolna eutanazja narodu, który miał dość walki i zgodził się na istnienie bez znaczenia. Tusk nie podbije Polski. On ją zamortyzuje. Rozcieńczy. Odłoży na później.
Gdy mówi o Polsce, brzmi jak księgowy, który rozlicza stratę. Gdy mówi o historii, brzmi jak urzędnik, który nie zna nazw własnych przodków. Gdy mówi o przyszłości, brzmi jak człowiek, który wie, że sam jej nie zbuduje — ale zrobi wszystko, by nikt inny też nie mógł.
Tusk to koniec marzenia o państwie poważnym. To koniec języka ambicji. Zostaje tylko administracja — sprawna, chłodna, i całkowicie obca.
Zostaje tylko on — człowiek, który nigdy nie walczył o Polskę, bo całe życie walczył z Polską.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz