ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 24 sierpnia 2025

Ukraińskie wspomnienia

TARAS „BULBA” BOROWEĆ „NIE BRAŁ W TYM UDZIAŁU”

W kolejnej partii „dokumentów i wspomnień” przygotowanej przez świętej pamięci Petra Makarenkę prezentowana jest postać Tarasa „Bulby” Borowcia, tak jak został zapamiętany przez 3 osoby:

Ukraińca nie zaangażowanego po żadnej ze stron ukraińskiej wojny domowej;

Ukraińca, zwolennika „Bulby”, „bulbowca”;

Ukraińca, przeciwnika „Bulby”, „banderowca”.

„WALKA” Z POLSKĄ LUDNOŚCIĄ

w relacji banderowca wyglądała następująco:

„[…] Walczyliśmy całą noc. Wpadamy do kolejnego polskiego domu, ściągamy wszystkich z pieców. O tak zaczęliśmy ich bić. A następnie biliśmy przez trzy dni i trzy noce. [...] szkołę. Rozbiliśmy armatami. Kościół [...] został wzięty szturmem. Polacy rzucili się do ucieczki

[…]

Bulba nie brał w tym udziału […]”

„MY NIE AKCEPTOWALIŚMY TERRORU”

Podwładny „Bulby” zapamiętał, że:

„Powodem zmiany nazwy armii była konfrontacja z banderowcami na tle kwestii polskiej. My nie aprobowaliśmy terroru”

„Dlaczego poszliśmy na konflikt z ruchem banderowców? Po pierwsze, ze względu na ich taktykę i strategię – masowy terror. Po drugie, banderowcy stali wówczas na skrajnie nacjonalistycznych stanowiskach: „zniszczymy każdego, kto nam szkodzi”. A Bulba i my, jego towarzysze, staraliśmy się budować Ukrainę na wzór europejskich demokracji”

Świętej pamięci Petro Makarenko włączając do swojej książki opublikowane poniżej trzy relacje pozwala czytelnikowi samodzielnie dojść do prawdy, że odpowiedzialność za masowe mordy na ludności polskiej oraz za niezwykle okrutne mordowanie rodzi ukraińskich nie spoczywa na bulbowcach.

ILUSTRACJA nr 1: Taras „Bulba” Boroweć pozuje do fotografii w 1942 roku.

ILUSTRACJA nr 2: Wojsko Tarasa „Bulby” Borowcia w 1941 roku (Sicz Poleska) było sprzymierzone z Niemcami Hitlera, częściowo wzięło udział w Holokauście.

Kontynuujemy uwalnianie efektów pracy świętej pamięci Petra Makarenki z żelaznej klatki cenzury, z niewoli słowa, udostępniamy kolejny przetłumaczony na język polski fragment książki „niepożądanej” na Ukrainie.

TRZYNASTA CZĘŚĆ KSIĄŻKI NIEPOŻĄDANEJ NA UKRAINIE

Fragmenty z książki Walerija Wojtowycza

„Mój drogi Stepaniu”

Josyp Łypynśkyj,
wieś Trudy, rejon sarneński,
obwód rówieński

WSPOMNIENIA CHUTORSKIEGO DON KICHOTA

Mój dom stoi na samym skraju chutoru Trudy. Za ogrodem płynie rzeka, a za nią Butejskie. Nieco na prawo leży Mielnica. Ta część po tej stronie – to już polska część chutoru. Nieco dalej na południowy zachód znajdowała się posiadłość najbogatszego tutaj polskiego rolnika, Kubowycza. Teraz tego wszystkiego już nie ma. A mój dom został zupełnie sam, bo wszyscy chłopi pościągali się na jedną ulicę i powstała wieś Trudy, i dopiero na rozporządzenie przewodniczącego Stepańskiej rady wiejskiej, Wasyla Dikała, całkowicie wykarczowali mój sad, ale pozostawili dom, bo przyjechał z Kijowa mój najstarszy syn Stepan. który pracował tam jako lekarz (nawiasem mówiąc, on i Dikał byli kolegami z klasy) i nie pozwolił, żeby posiadłość została całkowicie splądrowana. Więc teraz żyję jak samotnik w wieku 88 lat. Moja żona zmarła kilka lat temu. Dobrze, że moja młodsza córka przyjechała z Równego, żeby się mną zaopiekować.

Zapoznałem się z Tarasem Bulbą zimą 1940-41 roku. Wtedy przyjechał do naszego chutoru. Przyjechał z Pohulanki z Kudrą. Zachodzą do mnie.
Hryć Kudra, który był bardzo zaufaną osobą Tarasa, pyta:
— Czy można u was przenocować?
— Nocujcie na zdrowie. — mówię.
Rozłożyli się na nocleg. Wystawiliśmy warty. Stoję na warcie przede wszystkim ja. Boroweć, a potem i Kudra odpoczywają w domu. W nocy spadł ogromny śnieg. Ci ludzie musieli się gdzieś podziać na wypadek jakiejś rewizji czy obławy. Przecież wszędzie wokół są bolszewicy i jeśli oni gdzieś się ruszą, od razu ich złapią po śladach, a w domu także niebezpiecznie. Przecież to nie las. Ale i las w taką pogodę – to nie ratunek. Przypomniałem sobie, że w Butejkach, za Mielnicą, są takie malutkie budyneczki. Boroweć mówi:

— Chodźmy do tych budyneczków i przenocujmy tam drugą noc. A jeszcze i jutro spędzimy tam dzień. Przecież wszędzie wokół enkawudziści, a w Stepaniu aż się od nich roi. Jak ktoś zobaczy i doniesie, to oni od razu się tu zjawią.
Taras i Hryć poszli. Wujaszkowie z Butejek właśnie składali siano do budyneczków.
Borowiec i Kudra we dwóch wleźli na siano. Ale trzeba zatrzeć ślady na śniegu, które prowadzą prosto tutaj. Ścinam wielka gałąź sosny i ciągnę ten odłamany konar za sobą, zacierając ślady na śniegu. Takim sposobem przychodzę do nich.

— Oto i Don Kichot przybył — zażartował Bulba.
Pobyłem z nimi i wróciłem z tą gałęzią do domu. Ona jeszcze raz zatarła i ich, i moje własne ślady. A to, że ślad po złamanym konarze pozostał, mało kogo mogło by zdziwić: ktoś go potrzebował, więc ciągnął po śniegu, żeby było mu lżej. Po pobycie w tych budyneczkach, obaj konspiratorzy poszli sobie dalej, ale dokąd, nie powiem: do mnie nie wrócili.
Nadeszła ciepła wiosna 1941 roku. Kudra i Boroweć znów do mnie przyszli. Trzeba odwieźć Tarasa ze Stepania do Berezna.

Umówiliśmy się, gdzie i kiedy mam się z nim tam spotkać, i oni poszli. Kto miałby jechać, jak nie Josyp Płatonowycz, pan Łypynśkyj. A konia mam, że ho, ho! W Stepaniu wsadziłem go na furmankę. Dobrze znam drogę do Berezna. A jego rodzinna wieś i dom w niej są tylko osiem kilometrów po drugiej stronie od Bereznego. A tam już on sam dobrze zna drogę. Zajechaliśmy trochę w bok na Bereżnicę: zachodził do kogoś w tej wsi. Potem powróciliśmy na Małyńsk, bo inaczej nie można dostać się do Berezna. Małyńsk to przecież stacja kolejowa. Roi się tam od Sowietów, bo jest tam radziecki garnizon. Bulba mnie ostrzega:

— Jeśli ktoś zapyta, dokąd jedziecie, powiedz, że jedziesz do Berezna na jarmark. Jak się okazało, nie na próżno. Podjeżdżamy do Małyńska. Zatrzymuje nas radziecki oficer i prosi o podwiezienie. Mam duszę na ramieniu. Bo Bulba ma granat wystający spod marynarki zza pasa, a z tyłu po prawej stronie sterczy pistolet kalibru dwunastka. Jeśli Sowiet to zobaczy, to będzie koniec Tarasowi, będzie koniec Płatonowyczowi. Czyż ja nie trzymałem w rękach lejce: nie nadawałem się do walki. Jednak czerwony wysiadł, podziękował i odszedł sobie. A mi jakby kamień z serca spadł. Pojechaliśmy za Berezno. Tam, tuż za miastem, czekali już na niego gospodarze. Dali moim koniom owies. Pożegnałem się z nimi, a także z Bulbą. Nakarmiłem obficie konie, napoiłem je i hajda do Stepania. Po około półtorej godzinie byłem już w swoim miasteczku, bo moje konie są najszybsze w całym chutorze. Spotkałem go dopiero latem 1943 roku. Naszych partyzantów w Trudach, na uroczysku Masynka i w butejskim lesie było wtedy pełno. Przyszli do mnie zza rzeki i mówią:

— Dajcie, wujaszku, posłuchać radia.
Ja rzeczywiście je miałem. Można było słuchać wszystkiego, co chciałeś: wtedy nie było ani Niemców, ani Sowietów. Wolność!
Dałem im radio. Posłuchali i odeszli. Przychodzą znowu, tym razem z Borowciem. Postawili kufer, na nim radio. A mój Bogdanko (to młodszy syn) chodzi maleńki i się popisuje. Boroweć był wtedy w dobrym nastroju.
Wspomniał historię z wyprawą do Berezna. I opowiedział mi inną detektywistyczną historię, która przydarzyła mu się tego samego lata, wkrótce po wyprawie do Berezna. Tylko ta podróż okazała się bardziej niebezpieczna i ryzykowna niż nasza.

Przed samą wojną musiał dostać się do Klesowa i jeszcze do jakiejś sąsiedniej wsi. Zapomniałem jej nazwy. Nie było furmanki. Musiał więc iść do Klesowa pieszo. W chutorach za Horyniem mieszkali Polacy. Oto co mi opowiedział:

Minąłem Odrynki. To jeszcze ukraińska wieś. Dochodzę do następnej, już polskiej wsi. A tam jest radziecki garnizon. Wygląda na to, że zbierają się iść do Sarn, skąd przybył. To nie była prawdziwa wieś, tylko chutor. Gdzie się w nim podziać? Wskoczyłem do ogrodu. Rosła tam wysoka tyczkowa fasola. Za tyczkami nic nie widać. Zwaliłem się na ziemię, bo wzrost niemały, nawet za fasolowymi tyczkami mogą zobaczyć. Ziemia tam mokra. Między grządkami są głębokie bruzdy, żeby woda tam spływała. Leżę w tej wodzie po same uszy. Naciągnąłem na siebie pędy fasoli i mówię sam do siebie:

— Tu, panie Boroweć, nawet żaba cycka ci da. Nie wyplątasz się z biedy.
Jeden ogród, a dookoła nie ma nic więcej.
A komuchy biegają, kręcą się, krzyczą wokół niego. Jeden z nich mówi:
— Mówię ci, że on tu był.
— Tak ci się zdawało — mówi drugi.
— Gdzie on się podział? — pyta trzeci.

Potupali i poszli, a ja leżałem tam ponad godzinę, co prawda w ciepłej wodzie. Bo kto mógł wiedzieć, jak daleko odeszli, czy nie czekają gdzieś za rogiem. Dopiero kiedy upewniłem się, że na chutorze nie pozostał już nikt z przybyszów, wtedy ruszyłem dalej swoją drogą. Ostatni raz widziałem Tarasa Bulbę również w 1943 roku. To było w Zołotolinie. Jego armia się rozrosła. Miał mnóstwo problemów. Więc tym razem nie rozmawialiśmy. Po prostu tylko się przywitaliśmy.

Ołeksij Nykytenko, wieś Antonówka, rejon włodzimierecki.
Zarejestrowano w szpitalu obwodowym w Równem.

W PRACY SZTABOWEJ

Kilka słów o sobie. Ja, Ołeksij Nykytenko, urodziłem się w 1922 roku w chutorze Konotopy w rejonie sarneńskim. Chutor należy do rady wiejskiej Wyrka.
Z Huty do Konotopów niedaleko, ręką podać. Uczęszczałem więc od pierwszej do szóstej klasy do szkoły w Stepańskiej Hucie. Siódmą klasę ukończyłem w Stepaniu. Następnie uczyłem się w gimnazjum w Sarnach. W 1939 roku ukończyłem dziewiątą klasę. Podczas okupacji niemieckiej ukończyłem gimnazjum w Kostopolu. Potem, podczas formowania oddziałów powstańczych wiosną 1943 roku, trafiłem do zgrupowania Tarasa Bulby-Borowcia.

Od tego czasu aż do końca wojny, czyli od 1942 roku aż do rozwiązania UNRA, utrzymywałem bezpośredni kontakt z Bulbą i jego najbliższym otoczeniem. Po Siczy Poleskiej była UPA, a potem UNRA. Powodem zmiany nazwy armii była konfrontacja z banderowcami na tle kwestii polskiej. My nie aprobowaliśmy terroru.

Przez długi czas wydawaliśmy podziemną gazetę „Hajdamaka”. Należałem do jej redakcji. Redaktorami byli Zubatyj i Mitrynga. Był czas, kiedy prowadziliśmy rozmowy z radzieckimi partyzantami. To była zgrupowanie Miedwiediewa, i był moment, kiedy szef sztabu oddziału Miedwiediewa, Łukin, prowadził rozmowy z naszą UNRA. Uzgodniliśmy, że żadna ze stron nie będzie atakować drugiej. Ale wkrótce potem nasz dowódca Zubaty został przeszyty serią z automatu i trafił do szpitala. Na szczęście wyzdrowiał i wrócił do naszych szeregów.

Pracowałem głównie w redakcji. Znajdowała się ona wówczas pod Ludwipolem. To było w lesie niedaleko wsi Gruszówka. Redakcja mieściła się w ściśle tajnej kryjówce. Mieliśmy maszynę rotacyjną. Uruchamiano ją ręcznie. Dużo pisałem do gazety. To było moje główne zajęcie. Trzeba było więc zbierać najświeższe i, co bardzo ważne, najistotniejsze z naszego punktu widzenia informacje. Wierzyliśmy w słuszność naszych działań.

Kilka ogólnych wrażeń o Tarasie Bulbie. Był wysoki, szczupły, blondyn, przystojny, fascynujący. Potrafił doskonale rozmawiać z ludźmi, miał dar trafiania do serc wszystkich. Po jednej czy drugiej porażce potrafił uspokoić człowieka, a nawet większy pododdział wojskowy, i wprawić w dobry nastrój. Byłem przy sztabie aż do końca, czyli tak długo, jak istniała UNRA. Moimi najbliższymi współpracownikami we wspólnej walce i pracy byli Mitrynga, Smorodśkyj i Zubatyj.

Kiedy zaczęła się nasza konfrontacja z banderowcami, wyruszyliśmy z rejonu stepańskiego do rejonu ludwipolskiego. Tutaj atmosfera była dla nas bardziej sprzyjająca. Przez Słucz dotarliśmy do Bystrycz. To rodzinna wieś Tarasa Borowcia. Stacjonował tam niemiecki garnizon. Rozpędziliśmy go. Ale dla pewności przenieśliśmy się do wsi Wilia. W Pustomytach banderowcy o mało co nas nie rozbroili. Zatrzymaliśmy się na noc w pobliżu Wilii. Niektórzy po prostu rozmieścili się na polu, a inni spali pod stertami na słomie. Wczesnym rankiem zaatakowała nas polsko-bolszewicka partyzantka. Zginęło wtedy sześć osób, w tym Mitrynga. Zabitych udało się przewieźć przez Słucz i pochować w jednej z nadbrzeżnych wsi.

Z natury Bulba był osobą bardzo spokojną, delikatnie mówiąc – flegmatyk. Tacy ludzie doskonale nadają się do pracy w konspiracji, ponieważ w żadnych okolicznościach nie dają się wyprowadzić z równowagi. Często schodził do naszej kryjówki i obserwował, jak kompletowaliśmy i drukowaliśmy gazetę. Czasami brał złożone arkusze i skrupulatnie robił korektę naszego „Hajdamaki”.

Nigdy nie stronił od zwykłych żołnierzy. Zawsze znajdował z nimi wspólny język. Był dowcipny i pomysłowy, zwłaszcza gdy trzeba było komuś nadać pseudonim. Czasami śpiewaliśmy. Najczęściej – „Boże wielki, jedyny”. Ale też inne, szczególnie wesołe piosenki. Mieliśmy przewoźną kuchnię w stylu radzieckim. Obiad w niej był jednakowy dla wszystkich, zgodnie z tradycją armii ukraińskiej, od zaporożców aż po strzelców siczowych. Dlaczego poszliśmy na konflikt z ruchem banderowców? Po pierwsze, ze względu na ich taktykę i strategię – masowy terror. Po drugie, banderowcy stali wówczas na skrajnie nacjonalistycznych stanowiskach: „zniszczymy każdego, kto nam szkodzi”. A Bulba i my, jego towarzysze, staraliśmy się budować Ukrainę na wzór europejskich demokracji.

Chcieliśmy też rozwiązać problem panów na swój sposób. Planowaliśmy rozdzielić ziemię między chłopów, żeby nie było wielkich właścicieli ziemskich. To by rozwiązało problem panów. W wolnym czasie Bulba często bywał wesoły. Uwielbiał śpiewać i śpiewał dobrze. Ale nadszedł czas, gdy nie było nam do śpiewu. Prawie wszyscy stanęli przeciwko nam: i Niemcy, i Polacy, i czerwoni, i swoi.

Ci ostatni pojmali kilku naszych przywódców, zabrali ich do wsi Postojne i tam trzymali jak jakichś aresztantów. Skończyło się na tym, że pięciu z nas przywieziono do miejscowej szkoły i tam zamknięto jako więźniów. To była już jesień. Niemcy intensywnie bombardowali sąsiednią wieś Japołot', w pobliżu której zgromadziło się dużo powstańczego wojska. Wielu naszych ludzi zaczęło się rozchodzić do domów. Nas mimo wszystko wypuścili z aresztu. Przebiłem się do sztabu, który w tym czasie, wraz z głównodowodzącym, znajdowała się przy sotni Muchy. Ale Taras Bulba, rozważywszy całą złożoność naszej ówczesnej sytuacji, podjął już decyzję o rozwiązaniu UNRA. Pomimo całego swojego romantyzmu, był człowiekiem trzeźwo myślącym w polityce. Nie chciał daremnego rozlewu krwi, jak to miało miejsce w przypadku rozwiązania Siczy Poleskiej. Słuchałem również jego ostatniego przemówienia do swoich żołnierzy. Ponieważ na jego temat nagrałeś wspomnienie mojego przyjaciela i kombatanta Antona Żdaniuka, nie będę zabierał waszego czasu, zwłaszcza że ten wywiad odbywa się w bardzo nietypowych warunkach, za co przepraszam. Dziękuję za dźwiękowy list od mojej żony.

Jak widzicie, trafiłem do szpitala i dobrze zrobiliście, że mnie tu znaleźliście. Szkoda tylko, że przyszło nam rozmawiać na korytarzu tego oddziału szpitalnego, gdzie przeszkadzają nam moi nadmiernie ciekawi towarzysze z sali i wszelkiego rodzaju urządzenia, jak odkurzacze czy coś w tym stylu, które co minutę strasznie terkoczą. Ale pocieszające jest to, że do wczoraj czułem się bardzo źle, a dziś czuję się, jakby coś się ze mną stało: jestem w swojej najlepszej obecnie formie. Na koniec powiem, że pomimo całego humanizmu naszego programu wojskowego i politycznego, ja, jak większość moich towarzyszy broni, musiałem wypić najbardziej gorzki kielich do dna. Studiowałem przez około trzy lata we Lwowskim Instytucie Medycznym, ale zostałem aresztowany i skazany na długoletnie więzienie. Zostałem zwolniony w związku z pierwszą amnestią polityczną po śmierci Stalina, po czym kontynuowałem naukę w Instytucie Medycznym, ale już w Winnicy. Przez wiele lat pracowałem jako lekarz w miejscowości Antonówka w obwodzie włodzimierskim, gdzie obecnie mieszkam z rodziną.

Danyło Nemczuk,
wieś typu miejskiego Stepań

NAPOLEON TAK PATRZYŁ NA MOSKWĘ

Rozmawiałem z Tarasem Bulbą tak samo, jak rozmawiam z wami. Spotkałem się z nim przypadkowo. Bulba to Boroweć ze wsi Bystrycze. Byłem w tej wsi, znam ją. Wieś jest ogromna. Daleko od Słuczy, w kierunku Ludwipola. Kiedy wybuchło powstanie, biegaliśmy jak zające. Byłem w lesie, ukrywałem się przed Niemcami. Były ich tysiące. Idę z lasu już do domu. To właśnie opowiem o Bulbie.

Znalazłem się w chutorze Trudy. A on właśnie wyszedł z domu. Byli z nimi jego zwolennicy – bulbowcy. Wśród nich byli moi znajomi, Witraki, albo po nazwisku Hoży. On wyszedł i stoi, obserwuje. Polacy zaatakowali wieś Butejki. Palą wieś. Podszedłem do grupy i mówię do Bulby: „Tak Napoleon patrzył na Moskwę, gdy płonęła”. Nic mi nie odpowiedział. Dopiero później dowiedziałem się, że on zaoferował pomoc Dubowemu, ale ten odmówił i wypędził Polaków z Butejek własnymi siłami.

A ja wtedy pomyślałem, że skoro Polacy palą wieś, to wszyscy Ukraińcy powinni iść i wyzwolić swoich braci Ukraińców, co by tam nie było. To była niewielka polska banda, którą szybko odparli. Ale sprawa z Polakami na tym się nie skończyła.

Zalali nam sadła za skórę nie tylko w Butejkach. Pamiętam coś takiego. Niedaleko od nas leży duża wieś Kryczylsk. A za Kryczylskiem Horyń, łąka i las. W lesie zebrali się Polacy. Mieszkańcy Kryczylska poszli kosić trawę na łące. Uzbrojeni Polacy wybiegają z lasu i dawaj strzelać. Ludzie pouciekali z kosami. Niektórzy uciekli, inni nie. Jeszcze jeden przypadek, który sam widziałem. Nad Słuczą leży ukraińska wieś o nazwie Billja. Polacy z lasu napadają na wieś. Kto uciekł ze wsi, przeżył, a kogo ze wsi schwytali, to rozstrzelali. Tak wtedy walczyli.

Mój dowódca Dubowyj (później do niego dołączyłem), opuszczając Derażne, napisał do Polaków następujący list: „Idziemy przeciwko wspólnemu wrogowi (Sowieci właśnie rozpoczęli ofensywę po Stalingradzie), więc zjednoczmy się”. Polacy zaczęli szydzić, mówiąc, chłopy pokój zawrzeć z Polakami. I zaczęli się przechwalać: „Chłopi! Chłopi będą siedzieć w błocie, a my będziemy chodzić w złocie!”. Dubowyj odpowiedział im, że powinniśmy walczyć razem przeciwko wspólnemu wrogowi, a nie być wrogami dla siebie. Polska jest tak samo pod bronią jak Ukraina. Czy więc nie lepiej byłoby skierować tę broń wspólnie przeciwko Niemcom i Moskalom?

Tymczasem Polacy zaczęli chwalić się swoją stolicą, Hutą Stepańską. Wsie wokół Huty należały do nich. Zbiegli się z całego północnego Wołynia. A Ukraińcy stamtąd, kto mógł, pouciekali. Połączenia między Polakami rozciągały się aż do samej Słuczy, aż do Ludwipola. O, Polacy honorowi, znam ich, dobrze mówiłem po polsku. Nasi mieli dość rozlewu naszej krwi z ich strony. Ukraińcy ruszyli na Hutę. Od Sarn idzie Jarema ze swoim doborowym oddziałem, od strony Derażnego – Dubowyj, a Kora – z Kryczylska.

Szli walcząc całą noc. Strzelanina w lesie. Zabili jednego naszego chłopca. W nocy zaczęliśmy atakować również od Wyrki. Walczyliśmy całą noc. Wpadają do kolejnego polskiego domu, ściągają wszystkich z pieców. O tak zaczęliśmy ich bić. A następnie biliśmy przez trzy dni i trzy noce. W centrum Huty stała murowana szkoła. Wycelowaliśmy w szkołę. Rozbiliśmy ją armatami. Kościół, w którym było najwięcej Polaków, został wzięty szturmem. Polacy rzucili się do ucieczki na wszystkie strony: na Rudnię, Stepań, Janową Dolinę, Rafałówkę itd., ale wszędzie zostali przestrzelani. W pobliżu Japołota chłopcy Dubowego zasiedli w wąwozie i tam zatrzymali Polaków. Niemcy ze zbiegłymi Polakami uciekli ze Stepania. Stepań stał się stolicą wolnego państwa ukraińskiego.

W tych walkach zginęło wielu ludzi. Ale Bulba nie brał w nich udziału. Rozmawiałem z nim tylko raz, kiedy spoglądał na Butejki tak, jak Napoleon patrzył na Moskwę.”

Brak komentarzy: