Są ich już setki, za dwa lata będą pewnie tysiące. To nie przypadek, a skutek działalności naszych sąsiadów.
Działają tu dwa mechanizmy:
1) Bezpośredni: Niemcy poprzez agenturę wpływu, naciski, itd. doprowadzają do umieszczenia niemieckiego napisu. Czasem sami go finansują, ale ostatnio już raczej każą nam płacić.
2) Pośredni: Niemcy przez 35 lat wytworzyli w niektórych Polakach przeświadczenie, że napisy trzeba „przywracać”, bo tak jest tolerancyjnie, europejsko, bo są naszymi przyjaciółmi itd.
A czemu to wszystko służy?
1) Znaczenie terenu - jak pies moczem. Zarówno Polacy, jak i inni mają mieć wtłoczone w głowy, że to ziemie odwiecznie niemieckie, a polskie tylko tymczasowo.
2) Wytwarzanie w Polakach przeświadczenia, że są narodem rzekomo niższym i dlatego mają przede wszystkim dbać o konserwację dorobku cywilizacyjnego narodu wyższego.
3) Sianie defetyzmu wśród polskich patriotów („wszytko bez sensu, już się tu Niemiec rozpanoszył, nic nie poradzimy”).
Sprawa nie ogranicza się do napisów na budynkach. Pojawia się pełno tablic pamiątkowych, pomników, nazw ulic, „patronów tramwajów”. W auli UWr zamiast Orła powieszono portret króla-zaborcy.
Jednocześnie z Auschwitz, z gmachu Ministerstwa Klimatu itd. znikają upamiętnienia polskich bohaterów. Z Muzeum 2WŚ podobnie.
Takie znakowanie przestrzeni jest bardzo ważne. Dlatego za Hitlera skuwano we Wrocławiu stu-, dwustuletnie polskie napisy - do dziś nieprzywrócone. Dlatego w Berlinie nie ma pomnika polskich ofiar, a jedynie kamień w krzakach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz