Eryk Stankunowicz: Panie prezesie, jak się robi dzisiaj biznes w Polsce?
Henryk Siodmok: Ciężko. Z koniunktury korzysta w pełni tylko niewielka liczba dużych przedsiębiorstw.
Przesadza pan.
Pan mówi o nielicznych przykładach. W Polsce mamy 2,6 mln podmiotów gospodarczych. Wie pan, ile osiąga roczne przychody powyżej miliarda złotych, które pozwalają finansować wydatki na innowacje i skutecznie konkurować za granicą? Zaledwie 428. Przy czym krajowe przedsiębiorstwa prywatne stanowią tu mniejszość. Dominują firmy zagraniczne i Skarbu Państwa.
Ale potem ta piramida się spłaszcza i na kolejnych poziomach polskich prywatnych firm jest coraz więcej.
Według danych MF 4,5 tysiąca firm osiąga roczne przychody w przedziale 100 milionów – miliard złotych. Następne około 4,5 tysiąca w przedziale 50 milionów – 100 milionów. To jest ta strefa, która korzysta z koniunktury. Względnie jeszcze 65 tysięcy firm mających roczne przychody w przedziale 5 milionów – 50 milionów. Cała reszta najczęściej ledwie wiąże koniec z końcem.
Jakie są tego powody?
Niestety polityka państwa, co mówię z przykrością, bo liczyłem, że akurat ten rząd zmieni warunki dla biznesu. Owszem, bardzo się stara, czego np. przykładem konstytucja dla biznesu. Mimo to po dwóch latach nadal mamy jedne z najwyższych obciążeń regulacyjnych dla przedsiębiorstw w Europie. Małych firm nie stać na kancelarie prawnicze, optymalizację podatkową i wszystkie te zabiegi, którymi chronią się duże spółki. Dlatego odczuwają ten ciężar szczególnie boleśnie.
Źródłem problemu są podatki?
Generalnie wszelkie daniny. Na przykład składki ZUS cały czas rosną, w tym roku stanowią już 1350 złotych. Jeżeli dodamy do nich podatek dochodowy, to wyjdzie nam, że małe firmy oddają od 35 do 70 proc. swoich przychodów państwu w formie danin. Nie są w stanie ponosić pełnych obciążeń nakładanych na pracę. Zatrudnia się ludzi, z góry zakładając, że część wynagrodzenia trzeba im będzie płacić pod stołem. Szacuję, że na około 18 milionów ludzi zatrudnionych w Polsce w ten sposób wynagradzanych jest od 6 do 9 milionów osób. Tysiąc dostają oficjalnie, a tysiąc do ręki, w kopercie. Mówimy o wspieraniu biznesu, a w praktyce stosujemy prohibicję przedsiębiorczości.
Mocne stwierdzenie.
Ale konieczne. Jeżeli przedsiębiorca i pracownik od samego początku łamią prawo, to w jaki sposób mamy rozwijać te przedsiębiorstwa? To nie jest tak, że przedsiębiorcy nie chcą płacić podatków. Tylko stwórzmy system, w którym ich płacenie nie będzie karą. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób mamy rozwijać w Polsce przedsiębiorczość.
Rozumiem, że opowiada się pan za modelem gospodarczym…
… umożliwiającym małym firmom szybszy rozwój, uwalniającym potencjał milionów polskich przedsiębiorców. Z podmiotów, które dominują w polskiej gospodarce, należy maksymalnie zdjąć obciążenia administracyjne, żeby mogły się skupić na rozwijaniu swojego biznesu. Mamy jeden z najbardziej konkurencyjnych rynków w Europie. Z zagranicznymi podmiotami rywalizujemy tanią pracą, innowacjami operacyjnymi w logistyce, marketingu, organizacji sprzedaży. Kapitałem z nimi nie wygramy, przewagi technologiczne mają tylko nieliczni. Natomiast możemy wygrywać w obszarze regulacyjnym.
Przejdźmy na poziom konkretów. Ma pan jakieś propozycje?
Nie ja, tylko my. Jest cała grupa ekspertów i parlamentarzystów, którzy od lat opowiadają się za zmianą systemu podatkowego. Organizacje takie jak Centrum im. Adama Smitha, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Instytut Jagielloński, a w Sejmie zespół posła Adama Abramowicza. Nie można zmieniać jednego podatku, na przykład CIT czy PIT, w oderwaniu od pozostałych. Zacznijmy od opodatkowania pracy, gdzie narzut wynosi 64 proc. z dołu (lub 39 proc. z góry). I składa się z ośmiu danin: PIT i siedmiu składek na ubezpieczenia społeczne. W ich miejsce proponujemy wprowadzić jedną daninę w wysokości 25 proc. funduszu płac. Firma wypłaca tysiąc złotych – państwo dostaje 250 zł. Wszystkie daniny płaci pracodawca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz