17 ᴡʀᴢᴇśɴɪᴀ - Kᴏɴɪᴇᴄ ᴘʀᴢʏsᴢᴇᴅᴌ ᴢᴇ ᴡsᴄʜᴏᴅᴜ
Wszystko zaczęło się 17 września 1939 roku...
Kiedy 17 września 1939 roku sowieckie hordy ruszyły by "wyzwolić" Ukrainę i Białoruś od białopolaków i otoczyć bratnią ludność opieką w obliczu wojny. Naczelny Wódz, Edward Rydz-Śmigły wydał dyrektywę ogólną by nie walczyć z sowietami.
"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii"
W efekcie wprowadziło to jedynie zamieszanie i ogólny bezład. Resztki sił Wojska Polskiego na wschodzie kraju były paraliżowane sprzecznymi decyzjami oficerów. Do części oddziałów rozkaz nigdy nie dotarł, inni uważali go za prowokację i nie wierzyli w prawdziwość dyrektywy, jeszcze inni świadomie postanowili go zignorować. Wbrew poleceniom wodza zamierzali stawić czoła najeźdźcy, w zgodzie ze swoim sumieniem i poczuciem obowiązku. Część wojska natomiast podążyła za wezwaniem Rydza-Śmigłego.
Armia Czerwona przekraczając polską granicę nie napotkała większego oporu. Jedynie lokalnie oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza cofając się walczyły z przeważającym wrogiem. Należy sobie uświadomić, że na wschodniej granicy dnia 17 września stały tylko oddziały KOPu i to dosyć nieliczne. 25 batalionów piechoty i 7 szwadronów kawalerii, łącznie 12 tysięcy żołnierzy. Przeliczając na linię granicy, było to około 8 żołnierzy na kilometr. Sowieci ruszyli wielką ofensywą: ponad 617 tysięcy żołnierzy, 4.959 dział i moździerzy, 4.736 czołgów i 3.298 samolotów. Mimo miażdżącej przewagi polscy żołnierze i ludność cywilna, jak również niestety młodzież i dzieci, potrafili skutecznie i dotkliwie stawić opór agresorowi. Grodno i Lwów przysporzyło bolszewikom wiele trudności i wysiłku broniąc się przez kilka dni, czego nie było w sowieckich scenariuszach.
Wilno stawiło krótki i raczej spontaniczny opór, w większości prowadzony przez cywilów harcerzy i studentów. Dlaczego więc wspominam dziś o tych wydarzeniach? Właśnie dlatego. Dlatego że od początku skazana na niepowodzenie walka została podjęta instynktownie. Bo poświęcenie tych ludzi było wielkie i zostało krwawo okupione. Dlatego, iż należy pamiętać również o bohaterach tych mniejszych i mniej sławnych batalii, ponieważ ich życie było tyle samo warte co żołnierzy w innych miejscach krwawiącej Polski. Poza tym Wilno było jednym z pierwszych polskich miast na Kresach, które utonęło w fali bolszewizmu.
Wrzesień 1939 roku był ostatnim polskim miesiącem w historii Wilna i Kresów wschodnich. Polskość zakończyła się w krwawy i bolesny sposób, pamiętajmy więc o tych którzy oddali życie w tamtych dniach za "straconą sprawę". Wilno nigdy już nie wróci w granice naszej ojczyzny, ale zawsze Polska będzie w nim żywa. Chociażby poprzez cmentarz na Rossie. Nie jest on ani imponująco wielki, ani nie grzeszy przepychem. Jest tam jednak jedna rzecz, która kazała bronić go Kopistom przed sowietami. Mianowicie znajduje się na nim mogiła Marii Piłsudskiej w której złożono również, wyjęte po śmierci serce jej syna, Marszałka Józefa Piłsudskiego. Gdy się wybierzecie do Wilna każdy przewodnik was tam zaprowadzi, opowiadając jednocześnie historię ostatniej warty honorowej. Jest to dość niejasna sprawa traktowana przez niektórych historyków jako legenda. Pomimo domniemanych świadków, ciężko ustalić poprawność wydarzeń.
Według Wilnian trzech żołnierzy pełniło wartę honorową do samego kończa przy Mauzoleum Marszałka i w jego obronie oddali swoje życie. Piotr Stacirowicz, szeregowy WP, Wincenty Salwiński, kapral WP i Wacław Sawicki, szeregowy WP. Ich groby znajdują się również na Rossie. Tak naprawdę nie wiadomo jednak czy byli to żołnierze KOPu z oddziału "Troki" którzy polegli w walce na cmentarzu, czy jednak faktycznie ostatni trzej "gwardziści serca marszałka."
Krótka historia polskich Kresów pełna jest poświęcenia i ofiary dla ojczyzny. Tym bardziej, iż przeważnie w obronie tej ziemi stawała młodzież i dzieci. Bohaterowie, którzy nie powinni być żołnierzami i nie powinni walczyć, a jednak stawali wielokrotnie twarzą w twarz ze śmiercią. Dla mnie symbolem walki za ojczyznę na wschodzie kraju zawsze będą "Orlęta" i to nie tylko te lwowskie, bo było ich znacznie więcej...
*****
Kiedy sowiety wkroczyły na ziemie polskie, naprzeciw stały jedynie "odchudzone" oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza, generała Wilhelma Orlik-Ruckemanna. Często przypisuje się tym żołnierzom niewielką wartość bojową i traktuje jak wojska rezerwy. Było wręcz przeciwnie, formacje KOPu składały się z dobrze wyszkolonych i o wysokim morale żołnierzy. Problem polegał jednak na tym, że po ataku Niemiec na Rzeczpospolitą część żołnierzy przeniesiono na zachód. Szacunkowo w dniu 17 września na wschodzie znajdowało się 12.000 zamiast 17.000 KOPistów. Należy jeszcze wspomnieć, że granica między Polską a Rosją wynosiła ówcześnie 1407 km. Daje to 8,5 żołnierza na km. Rosjanie w pierwszym dniu, przeszli przez granicę siłą 467.000 żołnierzy 5.500 czołgów. Później liczebność krasnoarmiejców wzrosła do 620.000 ludzi.
Żołnierze Ruckenmanna stawiali opór od pierwszych godzin, niejednokrotnie skutecznie opóźniając marsz sowietów. Jednak w obliczu takiej przewagi musieli się cofać. Widząc to Ruckemann postanowił przebić się w stronę Warszawy i połączyć z siłami generała Kleeberga. Udało mu się ściągnąć oddziały z dwustu kilometrowego odcinka frontu, z resztą jednostek nie było łączności. Ruckemann zarządził koncentrację swoich sił nad Styrem i dzieląc je na trzy grupy, około 20 - 22 września, rozpoczął przemieszczanie w stronę stolicy. Zgrupowanie liczyło około 9.000 żołnierzy. KOPiści w trakcie marszu nieustannie musieli toczyć na swoich skrzydłach potyczki z Rosjanami i dywersantami, wskutek czego ich liczba stopniała do 4.000. Wilchelm Orlik-Ruckemann był jedynym polskim dowódcą, który stawiał czynny opór sowietom, gdy marszałek Rydz-Śmigły uciekł do Rumunii wydając, wprowadzający zamęt, rozkaz bierności wobec Rosjan.
Skutki jego odezwy były w wielu przypadkach katastrofalne. W trakcie odwrotu już w okolicach Szacka miał miejsce incydent, którego skutki można przypisać właśnie rozkazowi marszałka. Relację zdał podporucznik rezerwy Stanisław Łukasiewicz, zastępca dowódcy 1 baonu KOP "Sarny".
"W czasie postoju w Szacku, gdy w godzinach rannych kukuruźniki rozpoczęły dokonywanie rozpoznania naszych wojsk, zwróciłem się do spotkanego w miejscu zakwaterowania mojej kompanii majora, nazwiska nie pamiętam, mógł to być mjr Amon albo mjr Korpal ze sztabu baonu, o pozwolenie zestrzelenia tych samolotów. Miałem cekaemy, a samoloty bezczelnie bardzo nisko latały. Otrzymałem odpowiedź, że jest zakaz strzelania do wojsk sowieckich. Powiedziałem wówczas: "za chwilę nas zbombardują" [...] Po rozpoznaniu lotniczym wojska KOP-u zostały zaatakowane przez kolumnę (ponad dwadzieścia) czołgów, lotnictwo bombardujące i oddziały wojsk ZSRR. Nie wiem, czy do walki z bolszewikami pod Szackiem koło Kamienia Koszyrskiego doszło 20, 21, czy 22 września. Wskutek ciągłego marszu, zagrożenia, strasznego przemęczenia, braku snu – straciłem rachubę czasu. Czołgi bolszewickie zrobiły bardzo złe wrażenie na naszych żołnierzach. Szła na nas masa żelaza. Było to pierwsze spotkanie z czołgami."
*****
"Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego.
W ciągu dziesięciu dni operacji wojennych Polska utraciła wszystkie swoje rejony przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa przestała istnieć jako stolica Polski. Rząd Polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. Oznacza to, iż państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Wskutek tego traktaty zawarte między ZSRR a Polską utraciły swą moc. Pozostawiona sobie samej i pozbawiona kierownictwa, Polska stała się wygodnym polem działania dla wszelkich poczynań i prób zaskoczenia, mogących zagrozić ZSRR. Dlatego też rząd radziecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów.
Rząd radziecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terenie Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony.
Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd radziecki wydał rozkazy naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod obronę życie i mienie ludności Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi.
Rząd radziecki zamierza jednocześnie podjąć wszelkie wysiłki, aby uwolnić lud polski od nieszczęsnej wojny, w którą wpędzili go nierozsądni przywódcy, i dać mu możliwość egzystencji w warunkach pokojowych.
Podpisano: komisarz ludowy spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow."
Taką notę dyplomatyczną wręczono ambasadorowi Polski w Moskwie, Wacławowi Grzybowskiemu w nocy z 16 na 17 września 1939 roku. Ambasador nie przyjął dokumentu, oświadczył jednak, iż poinformuje o nim rząd polski i przypomniał o podpisanym niedawno akcie o nieagresji między ZSRR a Polską. Miał zapisać w swoim dzienniku: "Jest to cios w plecy..."
O świcie Armia Czerwona, na całej długości granicy wtargnęła na terytorium broniącej się przed hitlerowskim agresorem Polski. Wschodnie granice były strzeżone jedynie przez przerzedzony Korpus Ochrony Pogranicza. Bolszewicy ostatecznie podcięli nogi II RP. Wojska frontów ukraińskiego i białoruskiego, liczące według radzieckich danych 466 tysięcy żołnierzy, realizowały plan ustalony kilka dni wcześniej w trakcie rokowań Radziecko - Niemieckich. Plan polegający na zablokowaniu polskim wojskom drogi na Węgry i do Rumunii. Sowieci planowali dojść do linii Narwi Wisły i Sanu. Dzień wcześniej, przed rozpoczęciem ofensywy, Stalin w rozmowie z niemieckim ambasadorem w Moskwie, uczulił go aby Luftwaffe nie przekraczała właśnie tej linii, by zapobiec ewentualnym pomyłkom. Przestrzeń powietrzną na wschód od niej miały zdominować samoloty z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. De facto Sowieci działali przeciwko Polsce już od pierwszych dni września. Radzieckie radiostacje naprowadzały niemieckie samoloty na polskie wojska, na wschód od Wisły.
Reakcja naczelnego wodza, Śmigłego-Rydza, była dość kontrowersyjna. W rozkazie z dnia 17 września napisał, by unikać walki z bolszewikami, chyba, że oni pierwsi zaatakują. Zarządził ogólną ewakuację na Węgry. Jeżeli armia czerwona podejdzie pod miasta, układać się z nimi w sprawie wyprowadzenia polskich garnizonów na Węgry i do Rumunii. Takie rozporządzenie, według wielu historyków, było raczej powodem zamętu i uniemożliwiło jakąkolwiek zorganizowaną obronę Kresów Wschodnich. Odezwa jednak nie dotarła do wielu oddziałów, a wielu dowódców zignorowało rozkaz, traktując go jako kompromitację. Agresorowi czoła dzielnie stawiały oddziały brygady KOP "Podole". Jednym z pierwszych, które podjęły walkę był Pułk KOP "Czortków", dowodzony przez podpułkownika Marcela Kotarbę. To on jako pierwszy poinformował dowództwo o napaści Armii Czerwonej, o godzinie 6:10 nadał meldunek: „Przewaga bardzo duża, bijemy się uporczywie i będę się starał jak najdłużej moje kierunki osłaniać."
Na koniec muszę wspomnieć o obronie Grodna. Armia Czerwona była tak pewna swego, że do miasta wjechały same czołgi, bez osłony piechoty. Obrońcy, żołnierze i cywile, głównie "koktajlami mołotowa" - ponieważ nie posiadali broni przeciw pancernej, odparli natarcie niszcząc 22 pojazdy. Miasto stawiało czoła kolejnym atakom, a nawet nocą oddziały wypadowe przeprawiały się przez Niemen i atakami nękały Sowietów.
Perfidia i okrucieństwo agresora dało się poznać 21 września. Sowieci zmienili taktykę, czołgi, było ich ponad 80 otrzymały wsparcie piechoty. Jako żywych tarcz użyto polskich dzieci... Symbolem obrony Grodna i ostatecznego poświecenia w imię wolności stał się mały Tadzio Jasiński.
Tak wspomina Grażyna Lipińska w książce "Jeśli zapomnę o nich...":
„Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane, skrępowane gałganami ramiona chłopca. Nie zdaję sobie sprawy, co się wokół dzieje. A z czołgu wyskakuje czarny tankista, w dłoni trzyma brauning, za nim drugi – grozi nam. Z podniesioną po bolszewicku do góry pięścią, wykrzywioną w złości twarzą, ochrypłym głosem krzyczy, o coś oskarża nas i chłopczyka. Dla mnie oni nie istnieją, widzę tylko oczy dziecka pełne strachu i męki. I widzę, jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze. Ja już jestem przy jego głowie. Chwytamy nosze i pozostawiając oniemiałych naszym zuchwalstwem oprawców, uciekamy w stronę szpitala. Chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych (wiem – to polskie kule siekają po wrogich czołgach) i silny upływ krwi, ale jest przytomny. W szpitalu otaczają go siostry, doktorzy, chorzy. – Chcę mamy – prosi dziecko. Nazywa się Tadeusz Jasiński, ma 13 lat, jedyne dziecko Zofii Jasińskiej, służącej, nie ma ojca, wychowanek Zakładu Dobroczynności. Poszedł na bój, rzucił butelkę z benzyną na czołg, ale nie zapalił, nie umiał… Wyskoczyli z czołgu, bili, chcieli zabić, a potem skrępowali na froncie czołgu. Danka sprowadza matkę. Nie pomaga transfuzja krwi. Chłopiec coraz słabszy, zaczyna konać. Ale kona w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski, bo szpital wojskowy jest ciągle w naszych rękach..."
Według legendy powstałej w okół Małego Tadeusza, matka ze łzami w oczach pocieszała swojego umierającego syna: „Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Ułani z chorągwiami! Śpiewają"
Po zdobyciu Grodna Rosjanie urządzili masakrę ludności cywilnej. Na placu przed Farą, świadkowie opisują wały ciał i spływającą po bruku krew, jeńców miażdżono również gąsienicami czołgów by oszczędzać amunicję...
*Na fotografii:
1. Żołnierz KOP na posterunku w wieżyczce strażnicy granicznej, rok 1929.
2. Armia Czerwona wkracza na terytorium Polski, 17 wrzesień 1939 rok.
3. Sowiecka kawaleria na ulicach Wilna. 19 wrzesień 1939 rok.
4. Grób "małego patrioty".




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz