Cɪᴄʜᴀ Nᴏᴄ - Tᴀᴋ ᴢᴀᴛᴏɴᴀ̨ᴌ "Sᴄʜᴀʀɴʜᴏʀsᴛ"
»Wróg przed dziobem! - krzyknął ze wszystkich sił jeden z obserwatorów.
Porucznik Frischkei inni marynarze błyskawicznie dopadli do krawędzi falochronu, wypatrując przed sobą śmiertelnego zagrożenia. Gdy noc rozjaśniły kolejne flary, Langer ujrzał dwie ciemne sylwetki małych okrętów, unoszonych przez wielkie fale, które przetaczały się przez ich pokłady, jakby miały je zaraz porwać na samo dno oceanu.
- Dwie jednostki nieprzyjaciela przed dziobem! Namiar 060! - wrzasnął do tuby głosowej porucznik. - To niszczyciele!
Niebawem „Scharnhorst” zaczął zmieniać kurs. Gwałtowny przechył był niesamowity. Wdzierające się przez ryjący w wodzie dziób fale zalewały pokład i rozbijając się o zniszczoną, dziobową wieżę rozpryskiwały naokoło pianę. W jednej chwili lewa burta „Scharnhorsta” zagrzmiała wystrzałami artylerii. Raz za razem potężny huk przedzierał się poprzez odgłosy wichury uderzeń fal, próbując odgonić wroga. Langer wstrzymał oddech. Jeśli Anglicy wystrzelili torpedy, to musiały już one pędzić w kierunku bakburty okrętu. Ile minęło czasu? Skierował się ku lewej burcie, aby dostrzec nieprzyjaciela.
Nagle cały kadłub się zatrząs. Wstrząs był tak silny, że Langer, tracąc równowagę, przewrócił się na gretingi, wpadając wprost na ścianę falochronu na prawej burcie. Gdy próbował wstać, bakburta upiornie zadygotała. Dziób podniósł się do góry, a przez okręt przebiegło piekielne drżenie. Jeden z marynarzy, nie mogąc znaleźć oparcia, osunął się wprost na Dietmara, uderzając w jego żebra butami. Wszystko dookoła Dietmara zawirowało w szaleńczym ostatnim tańcu. Przerażający chrzęst pękającej stali, rozdzierające arktyczną noc krzyki przerażonych marynarzy. Nowa eksplozja. Skrzypienie i jęk pękającego kadłuba. Trzęsienie ziemi. Świat postrzegany przez Dietmara tracił swe kształty i barwy, rozmywając się w niewyraźną czarną plamę«.
Tak mogły wyglądać ostatnie chwile na pancerniku „Scharnhorst”, tak widzi je Wojciech Włódarczak i tak opisuje na kartach swojej książki „Cicha Noc”.
26 grudnia 1943 roku „Scharnhorst” zaatakował na Oceanie Arktycznym aliancki konwój. Jak się miało okazać po raz ostatni.
Rozkaz, który otrzymano 25 grudnia 1943 roku na niemieckim pancerniku „Scharnhorst”, był przepełniony patosem i nie pozostawiał żadnych wątpliwości:
»Wróg poprzez dostawy broni i żywności dla Rosjan chce jeszcze bardziej utrudnić heroiczną walkę naszej „Ostheer”. Musimy pomóc!
Walki nie kończyć połowicznym sukcesem. Liczę na waszego ducha walki. Heil und Sieg!«.
Brzmiały wytyczne głównodowodzącego Kriegsmarine Karla Dönitza. Kilka godzin później „Scharnhorst” skończył na dnie Oceanu Arktycznego.
Tak zwana bitwa o Przylądek Północny pomiędzy „Scharnhorstem” i angielskimi okrętami stanowiła punkt zwrotny na europejskim teatrze wojennym pod dwoma względami. Po pierwsze, była to ostatnia duża operacja ciężkich jednostek nawodnych floty Hitlera. Po drugie, Był to niejako finał tradycyjnych pojedynków artyleryjskich, do których od wieków budowano pancerniki. Od tego punktu najnowocześniejsza elektronika – rozpoznanie radarowe i radiowe – stanowiła różnicę między zwycięstwem a porażką. Pod tym względem Alianci mieli asa w rękawie. Dzięki złamaniu kodu Enigma mogli zaglądać Niemcom w karty i byli znakomicie poinformowani o ruchach swojego nieprzyjaciela. Oczywiście Niemiecki sztab i Dönitz nie zdawali sobie z tego sprawy. Trzeba również zaznaczyć, że Kriegsmarine znajdowała się niejako w ogniu krytyki, miało to swoje początki w trakcie pierwszej wojny światowej, gdy zarzucano marynarce wojennej bezczynność, kiedy na lądzie i w powietrzu trwały krwawe walki. Może dlatego właśnie admirał Dönitz nieustannie szukał okazji do zaprzeczenia tym tezom w odniesieniu do aktualnego konfliktu. Taka okazja nadarzyła się 22 grudnia 1943 roku, kiedy samoloty obserwacyjne ustaliły kurs Alianckiego konwoju. Była to szansa, by wykazać się aktywnością i wnieść wkład w wysiłek wojenny na wschodzie. „Scharnhorst" i cztery niszczyciele otrzymały rozkaz wymarszu.
„Scharnhorst” i jego siostrzana jednostka „Gneisenau” były pierwszymi pancernikami, którymi III Rzesza wyraźnie przekroczyła granice wyznaczone w Traktacie Wersalskim. Okręty wypierały 35 tysięcy ton i miały opancerzenie o grubości do 35 centymetrów. Ponieważ większe działa nie były jeszcze dostępne, wyposażono je w trzy potrójne wieże 28 cm (kaliber podaję zgodnie z niemiecką nomenklaturą) główna artyleria „Bismarcka” i „Tirpitza”, które później wprowadzono do służby, posiadała kaliber 38 cm. Dzięki nowoczesnemu napędowi wysokoprężnej turbiny parowej „Scharnhorst” osiągnął prędkość maksymalną 31,5 węzła, co pozwoliło mu oderwać się od silniejszych przeciwników.
Dönitz pewny sukcesu nie chciał marnować czasu i zrezygnował ze sprowadzenia z urlop dowódcy grupy bojowej wokół „Scharnhorsta”, admirała Oskara Kummetza i zlecił swojemu zastępcy Erichowi Beyowi przeprowadzenie operacji „Unternehmen Ostfront”.
Pancernik wyszedł w morze z dużą prędkością w kierunku przyjętej pozycji konwoju. Niszczyciele, które mu towarzyszyły, wkrótce nie były w stanie podążać za nim na wzburzonym morzu. Do tego Bey miał jedynie mgliste pojęcie o położeniu wroga.
Royal Navy opracowała skuteczną procedurę ochrony konwojów między Szkocją a sowieckimi portami na Morzu Barentsa. Dwa konwoje z własną ochroną były zawsze w ruchu. W pewnej odległości natomiast znajdowały się dwie inne formacje, które w razie potrzeby mogły przyjść z pomocą obu konwojom. Force 1 składał się z trzech krążowników, oraz Force 2, który był dowodzony przez nowoczesny pancernik Duke of York, mający zaledwie dwa lata. Chociaż był o trzy węzły wolniejszy od „Scharnhorsta”, posiadał działa kalibru 356 mm. Jednak przede wszystkim, ta główna artyleria była wspierana przez potężny system radarowy.
Admirał Bruce Fraser, głównodowodzący brytyjską Home Fleet, wiedział od brytyjskiego wywiadu radiowego i agentów w Norwegii, że niemiecka jednostka wyszła w morze. Aby zyskać na czasie, kazał płynącemu na wschód konwojowi JW.55 B zawrócić, aby zwabić „Scharnhorsta” przed swoje działa. Jednocześnie zlecił grupie ochrony konwoju JW.55 A w kierunku zachodnim wzięcie kursu na „Scharnhorsta”.
Aby uniknąć zauważenia, Bey wyłączył własny detektor radiowy, który miał mniejszą moc niż brytyjski radar. Rankiem 26 grudnia został zaatakowany dwukrotnie przez krążowniki „Force 1”. Tutaj niemieccy oficerowie popełnili błąd, który historycy wciąż nie do końca rozumieją. Niemcy przecenili siłę ognia krążowników, najwidoczniej myląc salwy z atakiem pancernika o równej sile ognia ich własnego okrętu. Bey wydał rozkaz ucieczki na południowy wschód, wprost pod działa zbliżającego się „Duke of York”.
Przedni radiowy przyrząd pomiarowy „Scharnhorsta” został uszkodzony już na początku w pojedynku ogniowym z krążownikami. To skutecznie go oślepiło, podczas gdy brytyjskie okręty nadal miały go na radarze.
Tuż po godzinie 16 niemiecki okręt w końcu znalazł się w zasięgu „Duke of York”. Z dużej odległości Brytyjski pancernik strzela po raz pierwszy, kierowany radarem. Flary kąpią „Scharnhorsta” w oślepiającym świetle. Brytyjczycy widzą go pędzącego przez zamieć, działa trzech wież Anton, Bruno i Cezar skierowane są na wprost, Niemcy nie widzieli nadchodzącego wroga, którego pociski dosięgły celu, podczas gdy „Scharnhorst” ledwo mógł ich wykryć i strzelał na oślep. Ten moment w sfabularyzowany sposób opisuje Wojciech Włódarczak w następujący sposób:
»”Duke of York” oddał salwę! - zameldował obserwator stojący na prawym skrzydle pomostu.
Chociaż w mroku nie mogłem dostrzec szybujących w stronę „Scharnhorsta” czternastocalowych pocisków, to próbowałem je sobie wyobrazić. Ciemne, podłużne monstra gnające po niebie, przeszywały Arktykę dzikim piskiem, powodującym ciarki na całym ciele. Ile mogło minąć czasu? Dziesięć sekund? Odczekałem jeszcze pięć, gdy niespodziewanie z okolic dziobu niemieckiego pancernika wystrzeliły w górę płomienie. Przez pomost „Belfastu” przeszedł radosny okrzyk. Coż za szczęście! „Dalej!” - krzyknąłem w myślach, kibicując artylerzystom „Duke of York”.
[…] Minęło kilka sekund, w czasie których bałem się tego, co się za moment wydarzy, po czym nad Force 2 eksplodował ładunek. Następnie drugi, a zaraz za nim trzeci. Upiorne białe flary zalały naraz jasnym blaskiem powierzchnię Oceanu Arktycznego, upodabniając go na chwilę do pofałdowanej wzgórzami lodowej pustyni. Idący z pełną prędkością „Duke of York” oraz około tysiąc jardów za nim „Jamaica”, stały się teraz dobrze widoczne. Ich sylwetki pod wpływem pocisków świetlnych ze „Scharnhorsta” rozbłysły, przypominając przez to pędzące przez białe pustkowie zjawy.
- On strzela! - dramatyczny krzyk któregoś z obserwatorów kazał mi oderwać oczy od okrętów należących do Force 2 i przenieść wzrok na przedzierającego się przez mrok „Scharnhorsta”.
Nie zdążywszy dojrzeć momentu oddania salwy przez niemieckiego kolosa, spojrzałem w niebo, po którym sunęły śmiercionośne wrogie pociski. Tymczasem opadające flary zamieniły się w deszcz iskier, opadających niczym jesienne liście ku falom. „Gdzie one są?!” - powtarzałem w myślach to pytanie, nie mogąc dostrzec fontann wody znaczących miejsca upadku tych cholernych niemieckich ładunków. Dochodząc do wniosku, że niemieccy artylerzyści musieli przeszacować odległość, straciłem zainteresowanie pociskami nieprzyjaciela w momencie, gdy „Duke of York” wyrzucił swoje«.
Scharnhorst walczył przez ponad godzinę, otrzymując trafienie za trafieniem. Wieża Anton została jako pierwsza wyłączona z walki, następnie wieża Cezar, wtedy Niemiec mógł już tylko odpowiadać ogniem dział małego kalibru.
Kiedy prędkość obitego „Scharnhorsta” spadła w wyniku trafienia, stał się łatwym celem również dla brytyjskich krążowników i niszczycieli.
»Do Führera! Będziemy walczyć do ostatniego granatu, Heil Hitler!«
Tak brzmiała ostatnia wiadomość radiowa Beya. Następnie „Scharnhorst” zniknął około 19:45 w odmętach Oceanu Arktycznego. Brytyjczycy mieli posłać w kierunku tego pancernika około 2 tysięcy pocisków i 50 torped. Tylko 36 niemieckich marynarzy zostało uratowanych, admirał Bay i 1931 mężczyzn straciło życie. Ich grobem stał się wrak, który spoczął na głębokości 300 metrów.
Ten tragiczny moment w książce „Cicha Noc” jest przedstawiony z kilku perspektyw. Trafnie opisuje tragedię i desperację niemieckich marynarzy oraz odczucia Brytyjczyków. Barwnie i namacalnie przedstawia to, co działo się tego ciemnego dnia. Zgrzyt metalu, trzaski płomieni i zapach prochu oraz dymu da się niemalże odczuć z każdej zapisanej kartki.
»Czułem śmierć…
Oplotła ona już „Scharnhorsta”swymi obślizgłymi mackami. Widziałem oczami wyobraźni zastygająca na gretingach krew, rozrywane pociskami ciała marynarzy i ich resztki walające się po zniszczonych pomieszczeniach; słyszałem rozdzierające serca krzyki cierpiących ludzi, wołających imiona swoich żon, dzieci, matek, ojców; czułem duszący dym we wnętrzu nadbudówek, zmieszany z odorem płonących ciał. Widziałem, słyszałem, czułem. Śmierć była między nami, szyderczo się śmiejąc.
Nastała chwila ciszy. Nagle rozległy się dwa ogłuszające huki. Krążownik lekko zadrżał. Usłyszawszy przeraźliwy świst, instynktownie schyliłem się. Załoga „Scharnhorsta”, a właściwie to, co z niej zostało, próbowała raz jeszcze odpowiedzieć ogniem!
Ogień na pancerniku zaczął po pewnym czasie powoli przygasać. Raz jeszcze spojrzalem na kadłub potężnego okrętu. Powoli tonął. Nieustannie skwierczały na okręcie pożary, a z jego śródokręcia unosił się gesty, ciemny dym, niknący w okowach arktycznej nocy. A nad tym wszystkim unosiło się widmo śmierci. […]
26 grudnia 1943 roku, o godzinie 19:45, nad mroźną połacią Oceanu Arktycznego zapadła w końcu Cicha Noc«.
*Na fotografii:
1. "Scharnhorst" najprawdopodobniej wiosną 1942 roku w okolicach Narviku.
2. "Duke of York" oddaje pełną salwę głównej artylerii. 1942 rok.
3. Uratowani marynarze z "Scharnhorsta" w brytyjskiej niewoli, schodzą na ląd w Sapa Flow.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz