No kurcze, nie uwierzycie. Ale nie mam o to do Was pretensji, bo ja też bym nie uwierzył, jakby mi to ktoś opowiadał.
Wywalczyłem dla mojego klienta ugodę z bankiem, bardzo korzystną dla klienta, zarówno pod względem pieniędzy, jak i tego, że nie trzeba tracić pięciu lat życia na mozolny proces, tylko od razu jest gruba zmiana umowy kredytowej. Negocjacje były pracochłonne i trudne, prowadzone pod nadzorem funkcjonariusza Komisji Nadzoru Finansowego, bardzo profesjonalnego człowieka, ale i tak trudne. Bank proponował rozwiązanie byle jakie, tylko pozornie ugodowe, ale pękł jak szklanka, gdy pokazałem punkt po punkcie o co nam chodzi, i czemu tak trzeba.
Treść wszystkich dokumentów do podpisywania ustaliliśmy z bankiem mailowo.
Po czym klient poszedł te dokumenty podpisywać, już sam, beze mnie, bo po co, skoro chodzi tylko o zygzak długopisem. Coś mnie tknęło i komplet dokumentów mailem klientowi wysłałem, z zaleceniem, żeby nie podpisywał niczego, co jest inne niż ten komplet. Ale przecież tak naprawę nie wierzyłem, że realnie występuje takie ryzyko, no bo jesteśmy wszyscy poważnymi ludźmi, więc tylko tak dla świętego spokoju napisałem maila.
Klient poszedł do banku podpisywać, za chwilę dzwoni do mnie, że już trzyma długopis nad kartką, ale do podpisania dostał co innego niż było ugodzone, inne wysokości rat - dużo wyższe, inny ich rozkład w czasie, no kurde, co jest. Pracownik banku mówi, że pomyłka jest niemożliwa. No ale widzimy, że jest możliwa. Pracownik banku wziął z powrotem te papiery, zniknął w czeluściach banku, za chwilę wraca i przeprasza, że faktycznie pomyłka, i nowy komplet dokumentów przygotują na pojutrze. Pojutrze poszliśmy już wszyscy razem, ja łyknąłem Magnez i witaminę B6 na nerwy. Ok tym razem dokumenty prawidłowe. Podpisane, sprawa zakończona z sukcesem.
Bądźcie czujni
Jak mawiano za mych starych, harcerskich czasów: ”czuwajcie, druhny i druhowie!” 

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz