ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 3 czerwca 2025

Tę historię opublikowałem po raz pierwszy dwa lata temu.

 

Dziś wracam do niej, bo są historie, które nie powinny zniknąć w szumie codzienności. To opowieść o Zosi – dziewczynie z bieszczadzkiej wsi, która w jednej chwili straciła rodzinę, dom i młodość. A mimo to nie złamała się. Dziś przypominam jej imię. Bo Zosia zasługuje na pamięć. Zosia urodziła się w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Z jednej strony rozciągała się ogromna góra, z drugiej płynął błękitny San. Tego samego dnia na świat przyszła również jej siostra bliźniaczka – Anna. W domu była jeszcze młodszy brat Franek i kochający rodzice. W bieszczadzkiej głuszy czas płynął spokojnie, sąsiedzi – bez względu na narodowość – żyli ze sobą w zgodzie i wzajemnym szacunku. Nawet najbogatszy w osadzie Żyd, Abdon, który pracował w Lutowiskach u brata w sklepie, darzył mieszkańców pomocą i sympatią. Mała Zosia przyjaźniła się z jego dziećmi – może nie do końca bezinteresownie, bo Jowe i Sara zawsze mieli kieszenie pełne słodyczy. Zosia była najlepszą uczennicą w szkole, choć droga zajmowała jej – w zależności od pory roku – około godziny. Bez względu na pogodę, codziennie wędrowała na lekcje. Od najmłodszych lat marzyła, by zostać nauczycielką. Im była starsza, tym bardziej trwała w tym postanowieniu. Wszystko zmieniło się, gdy wybuchła wojna. Niemcy szybko dotarli do wsi, narzucili kontyngenty. Z roku na rok dochodziły coraz straszniejsze wieści. Pewnego dnia niemieccy żandarmi i ukraińska policja podjechali pod dom Żydów. Zosia właśnie szła do Sary. Wypędzili rodzinę z domu. Wszyscy płakali. Sąsiedzi stali w milczeniu. Zosia chciała podbiec do przyjaciółki, ale Ukrainiec brutalnie ją odepchnął: – Chcesz trafić do dołu razem z nimi? Idź precz! Tych słów nie zapomniała nigdy. Gdy wóz ruszał, Sara rzuciła Zosi swoją jedwabną chustkę i krzyknęła tylko: – To dla ciebie, Zosiu! Kilka dni później dotarła przerażająca wiadomość – w Lutowiskach wymordowano ponad 650 osób narodowości żydowskiej i romskiej. Prowadzono ich pojedynczo na drewniany pomost. Obdarci z godności, ginęli od strzału w głowę. Zosia płakała całą noc. Nie mogła pojąć, jak można być tak okrutnym wobec drugiego człowieka. Mimo przerażających czasów, Zosia nie próżnowała. Zatrudniła się w pobliskim dworze jako pomoc gospodarcza – pracowała w kuchni i ogrodzie. Dziedzic Teofil i jego żona bardzo ją wspierali. Była pracowita, głodna wiedzy. Wieczorami pochłaniała książki z bogatego księgozbioru. Pewnego dnia poprosiła pana Teofila, by nauczył ją obchodzenia się z bronią. Był zaskoczony, ale uśmiechnął się i rzekł: – Czasy coraz gorsze. Nie wiesz, co komu się przyda... Nie wiedział wtedy, jak prorocze okażą się te słowa. Dziewczyna okazała się wyjątkowo zdolna. Nauka była tajna. Zosia potrafiła złożyć i rozłożyć broń, nauczyła się też skrytego poruszania po lesie, odczytywania śladów, zasad przetrwania. Wkrótce przyszła kolejna tragedia – Ukraińcy napadli na dwór. Rodzina dziedzica została wymordowana, zabudowania spalone. Polaków ogarniała coraz większa trwoga. Petro, który mieszkał w sąsiedniej wsi, od dzieciństwa podkochiwał się w Zosi. Pewnego upalnego dnia zaczepił ją, gdy wracała znad rzeki. Z jego ust padły słowa, które zapamiętała na zawsze: – Już czas, żebyśmy się zabawili... – Dotknij mnie tylko, a wydrapię ci oczy – odpowiedziała. – Gorzko tego pożałujesz. To były ostatnie słowa, które do niego wypowiedziała. Zniknął w zaroślach. Ojciec Zosi był zapalonym wędkarzem. Jak co wieczór poszedł nad San. Po burzy rzeka była wzburzona. W jego ulubionym miejscu kąpieli pływało coś dużego. Znieruchomiał. W wodzie unosiły się zwłoki. Ciało było napuchnięte, bez twarzy, bez dłoni i stóp. Miał na sobie żołnierską bluzę. Ojciec wykopał grób w zaroślach i w tajemnicy pochował nieznajomego. Postawił krzyż. Dwa dni później podjęli decyzję: muszą uciekać. – Niedługo przyjdą i nas wymordują – powiedział ojciec. Mama upiekła chleb na drogę. Zosia rano poszła do Lutowisk po sprawunki. Zebrała też maliny. Wracając, uderzyła ją cisza. Piorunujące milczenie. Zaczęła biec. Widok, jaki zastała, zostanie z nią do końca życia. Matka – potwornie okaleczona – leżała obok pieńka. Ojciec – ukrzyżowany na drzwiach stodoły – bez oczu. W oborze Ania wisiała głową w dół, z rozprutym brzuchem i obciętymi piersiami. Nad nią widać było ślady wyjątkowego okrucieństwa. Zwłoki małego Franka znalazła w studni, po krwawym śladzie. Zosia wpadła w histerię. Nie płakała – wyła. Postanowiła się powiesić. Zarzuciła sznur na belkę, weszła na beczkę... Nagle jasność rozświetliła miejsce kaźni. Jakby jakaś siła odrzuciła ją pod drzwi. Usłyszała głos matki: – Zosiu... Ty musisz żyć. Kto będzie o nas pamiętał? Ocknęła się w stodole. Nad nią pochylał się sąsiad – Ukrainiec, inwalida, przyjaciel ojca. – Musisz uciekać. Szukają cię. Petro powiedział, że tylko ciebie mu brakuje. Zosia postanowiła pochować rodzinę. Sąsiad pomógł. W ogrodzie, po ciemku, przenieśli ciała. Wszędzie była krew. Ślady obiadu świadczyły, że zaskoczyli ich przy posiłku. Spakowała ubrania, kilka drobiazgów. Sąsiad obiecał, że postawi krzyż. Noc spędziła w lesie, w gawrze. Rano ruszyła do Leska. Po drodze cudem uniknęła patrolu UPA. Gdy dotarła do posterunku milicji, wartownik był czujny – bał się podstępu. Po długiej chwili wpuścili ją do środka. Opowiedziała wszystko. Milicjanci wiedzieli, do czego są zdolni ludzie spod znaku tryzuba. Zosia została funkcjonariuszką MO – chyba jedyną kobietą w Bieszczadach w tej roli. Brała udział w akcjach. Często jednak zastawali już tylko zgliszcza. Czasem dzieci przynosiły na posterunek kartki z wyrokami śmierci dla milicjantów. Pewnej czerwcowej nocy posterunek zaatakowano. Seria z karabinu rozdarła ciszę. Zosia chwyciła RKM, docisnęła kolbę do ramienia. Głos dowódcy bandy był znajomy. To był on – morderca jej rodziny. Nie czekając na rozkaz, posłała długą serię. Rozdarła jego ciało na pół. Rozpętało się piekło. Granaty, strzały, jęki rannych. Ale obrońcy trwali. Świt przyniósł ciszę. Pole przed posterunkiem pokrywały łuski, zakrzepła krew i ciała. W końcu nastał czas odwetu. Wojsko i milicja ruszyły w pościg. Zosia dołączyła na ochotnika. Po kilku dniach dotarła w rodzinne strony. Poszła z żołnierzami do ogrodu. Krzyż stał. Zawiązała na nim biało-czerwoną opaskę. Podczas jednej z akcji natrafili na stanowisko CKM-u na wysokiej skarpie. Nie było jak podejść. Zosia poprosiła o karabin wyborowy. Znała ten teren. Okrążyła pozycję. Strzał za strzałem. Trzech banderowców padło. Stanowisko zamilkło. Krwawa epopeja dobiegła końca. Zosi zaproponowano pracę w strukturach bezpieczeństwa. Odmówiła. Chciała spełnić swoje marzenie – zostać nauczycielką. Studiowała w Rzeszowie, potem we Wrocławiu. Gdy wróciła pierwszy raz w Bieszczady, odwiedziła księdza z Lutowisk. Mogiłę poświęcono. Przez wiele lat przychodziła tam w ciszy. Zosia odeszła na początku XXI wieku w jednym z domów seniora. Niech pamięć o niej – i o wszystkich bezimiennych bohaterach – trwa. za Jędruś Ciupaga
Zdjęcie

Brak komentarzy: