BITWA POD STOKIEM – TRAGICZNY KOPCZYK DAREMNEJ CHWAŁY
Choć Powstanie Styczniowe zapewniło mieszkańcom Królestwa szybkie i o wiele korzystniejsze niż w reszcie Imperium uwłaszczenie, a organizacja podziemna rozwinięta w jego czasie stanowi fenomen porównywalny z Polskim Państwem Podziemnym, to szybko rozwiały się zarówno rachuby polityczne na wojnę europejską, jak i militarne mrzonki o rozciągnięciu trwałej kontroli nad choćby skrawkiem terytorium. Z militarnego punktu widzenia szybko okazało się smutnym ciągiem jednej-dwu bitew, po których oddział powstańczy zostawał rozbity, a jego niedawni członkowie formowali nowe, równie efemeryczne ,,partie". Jednak nawet w jego dziejach rzadko spotyka się smętną, niemal szekspirowską tragedię, jak ta niżej opisana.
Bitwa pod Stokiem była starciem krótkim, ale niezwykle intensywnym. Blisko tysiąc powstańców zaczaiło się w okolicach tej wsi na maszerującą kolumnę moskiewską i rozbiło ją w godzinnej walce za pomocą przełamującego natarcia kosynierów, zdobywając przy tym spore ilości broni i amunicji. Choć większość żołnierzy wroga uszła bez szwanku, w ręce Polaków wpadł major żandarmerii Denisewicz, cieszący się (ze względu na szczególną gorliwość w służbie Moskalom) szczególnie ponurą sławą wśród rodaków. Bez zbędnych ceregieli obwieszono go na drzewie. Tajemnicą pozostaje, jak na sprawę zareagował syn Denisewicza, służący wówczas (bez wiedzy ojca) już w oddziale powstańczym w okolicy Olkusza. Dla pogłębienia ironii, następnego dnia młody Denisewicz został odznaczony za szczególną odwagę w walce. Miał przed sobą jeszcze rok życia – Rosjanie rozstrzelali go w Wierzbniku w maju 1864 r.
I na tym jednak nie kończą się smutne koleje losu bohaterów, a każde znane nam nazwisko ciągnie za sobą kolejną nić, prowadzącą do kolejnych tragedii. Dowódca moskiewskiego oddziału, również Polak nazwiskiem Rynarzewski, przeszedł wkrótce na stronę powstańczą i poległ w jeszcze w listopadzie tego samego roku, wpierw wycofawszy się skutecznie po nierównej bitwie z liczniejszym oddziałem rosyjskim Lenartowicza.
Mystkowski, dowodzący pod Stokiem, rychło po zwycięskim starciu postanowił pójść za ciosem i tydzień później (po drodze odnosząc jeszcze drobne zwycięstwo pod Laskowizną) zasadził się na Rosjan przy torach kolejowych pod Kietlanką. Choć bitwa była do wygrania, to na skutek zdrady dróżnika kolejowego wykoleić udało się tylko pierwsze wagony wojskowego pociągu, a pułapka odniosła mniejszy od oczekiwanego skutek. Na niekorzyść powstańców zadziałała również śmierć większości ich dowódców w pierwszej części starcia. Sam Mystkowski, ranny w obie nogi, kazał się wsadzić na konia i poprowadził do boju kolejną szarżę kosynierów – ostatnią w swoim życiu, gdyż jego podkomendni rozpierzchli się zaraz po tym, jak otrzymał kolejną, już śmiertelną, kulę.
Na placu boju pozostał jeszcze pułkownik Frycze, który wyprowadził resztki oddziału z pola bitwy. Zginął jednak kolejne dziesięć dni później, gdy zaskoczono jego siły w obozie pod Łączką. Szczególnie tragiczna okazała się tam sytuacja oficera Hilarego Drozdowskiego. Ten dopiero niedawno opuścił szeregi armii rosyjskiej i nie tylko dalej miał na sobie moskiewski mundur, ale próbując okiełznać chaos zaczął z przyzwyczajenia wydawać rozkazy po rosyjsku, przez co został omyłkowo postrzelony przez jednego z powstańców i wpadł w ręce niedawnych towarzyszy broni (Rosjanie rozstrzelali go 15 czerwca). Sam Frycze, postrzelony w brzuch, konał całą noc i nad ranem wyzionął ducha.
Przy takiej rotacji ciężko się dziwić, że jego następca, Dąbkowski, zrezygnował z funkcji już po kilku dniach, podporządkowując się rozkazom przybyłego z Warszawy Jasińskiego. Nie pomogło mu to jednak uniknąć losu innych dowódców spod Stoku – dożył tylko 10 sierpnia…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz