Jadwiga Dziubińska postanowiła, że chce w życiu pomagać chłopom. Nie wiedziała jednak, jak to robić. Zamieszkała więc z nimi. Nie jak „paniusia” z miasta, która patrzy, ale się nie brata. Na całego. Tak by poznać ludzi i problemy. Żeby wiedzieć, czego najbardziej potrzebują. Dowiedziała się. Najbardziej brakowało wiedzy. Wszystko robiono tak, jak robiono to wcześniej. Tymczasem techniki rolne poszły do przodu i łatwo można było poprawić plony.
A lepsze plony – zauważyła – to mniej biedy.
Poszła do szkoły rolniczej, w której sama nauczyła się wszystkiego, co było potrzebne. Później zaczęła zakładać swoje szkoły. Najpierw dla mężczyzn. Później dla kobiet - w Kruszynku. Ta nie podobała się wielu. Nie chciano, żeby kobiety uczyły się czytać i były odrywane od obowiązków w domu. Wśród tych, którzy uważali, że tak być nie może, był miejscowy proboszcz.
Szkołę, w której oprócz czytania, pisania i historii Polski, uczono jak prowadzić gospodarstwo, finansowało Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego. Gdy afera się rozwinęła, złożono jej propozycję nie do odrzucenia. Tą był nadzór proboszcza nad poczynaniami Dziubińskiej i jej uczennic. Propozycja była nie do odrzucenia – albo się zgadzała, albo traciła finansowanie – ale przyszła posełka powiedziała: „nie” .
Proboszcz – opisała to Olga Wiechnik – rozesłał do rodziców uczennic listy z nakazem, by natychmiast zabrali swoje córki „z tego bezbożnego miejsca”. W prasie pojawiły się artykuły wymierzone w szkołę. – Cóż z tego, że nauka gospodarstwa dobrze jest prowadzona, kiedy strona duchowa nie zadowala – pisał proboszcz w jednej z nich. Zarzuty? Takie, że uczennice nie zmawiały pacierza i mało się spowiadały . A lektury, które się w szkole pojawiały, źle nastawiały do kleru oraz dworu.
Dziubińska się nie dała. W ratowaniu Kruszynka zaangażowała się niemal cała prasa postępowa. Pieniądze zebrano. Rodzice – z jednym wyjątkiem – nie posłuchali proboszcza. Szkoła przetrwała.
Było to jeszcze przed I wojną światową. Ale kultura tak szybko się nie zmienia. I w takim samym klimacie pierwsze polskie posłanki (wtedy posełki) zaczynały w wolnej Polsce. Prawa wyborcze i do głosowania, i do bycia wybieranymi przyznał im lubelski rząd Ignacego Daszyńskiego (była w nim Irena Kosmowska), który przetrwał tylko kilka dni. Podał się do dymisji, kiedy Piłsudski powiedział Daszyńskiemu: „wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić” .
Rząd więc szybko zniknął, ale prawo wyborcze dla kobiet zostało. Ale nie musiało tak być. Klimat temu niekoniecznie sprzyjał. Wiele mówiło o tym prawo odziedziczone po zaborcach.
– Najgorzej - to cytat z książki Olgi Wiechnik – jest w byłym Królestwie Polskim, które swój Kodeks Cywilny oparło w dużej mierze na Kodeksie Napoleona z 1804 roku. A Napoleon uznał kobiety za niezdolne do samodzielnego myślenia i pozbawił je prawa do decydowania o sobie. (…) Najgorszy jest chyba ten przepis o posłuszeństwie: »Żona, winną będąc mężowi posłuszeństwo, winna będąc z nim mieszkać i za nim iść, gdzie mu się zostawać podoba, nie może bez jego zgody osobnych zarobków szukać« .
W praktyce – wyliczała dalej Olga Wiechnik – oznaczało to, że bez zgody męża nie może pracować. Nie może dysponować swoimi pieniędzmi. Nie może występować w sądzie, ani podpisywać umów. Bez zgody męża nie wolno jej nawet przyjąć spadku. Nie może się rozwieść. Prawo do opieki ma ojciec. Chyba, że dziecko jest nieślubne. Wtedy odpowiedzialność jest jej. Zarabia mniej. Pierwsza jest zwalniana.
Debiutancka sejmowa sprawa Zofii Moraczewskiej dotyczyła zwalnianych z ministerstwa urzędniczek Zajęła się tym, że kobiety wyrzucano z pracy hurtowo, a mężczyzn grupowe zwolnienia omijały. I wyjaśniła dlaczego tak było. Okazało się, że tak nakazał minister.
Polki miały więc trudno.
W Sejmie też.
– Wchodzą na sale posłanki, […] mówią cienkim głosikiem pipi, pi, pipipipi, pip, pipi… – relacjonowały gazety ich pracę włożoną w nową polską .
Posełki chciały to zmienić. I walczyły, by to zmienić. Powoli pchając "tematy" do przodu. I nie zapominając o innych sprawach, które na życie kobiet miały wpływ duży i zły. Wśród nich była na przykład ustawa o służbie. Ta składała się wtedy głównie z kobiet. Kobiet, których sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
Zmienić to próbowały wspólnie socjalistka Zofia Moraczewska i wybrana z list endeków Gabriela Balicka. Chciały niewiele. Między innymi ograniczenia czasu pracy do 12 (!) godzin dziennie, płatnego urlopu i emerytury dla kobiet, które życie spędziły na służbie . Także suchego miejsca do spania oraz tego, by do pracy nie brać dzieci poniżej 15 roku życia.
Niewiele, ale zbyt wiele i ustawa przepadła. Wśród posłów byli tacy, którzy uznali, że to niedorzeczność.
Zwłaszcza... przerwa na obiad i płatny urlop.
Ale zwycięstwa też były.
Maria Moczydłowska postanowiła rzucić wyzwanie pladze, która trawiła polską wieś. I nie tylko zresztą wieś. Tą były pijaństwo i alkoholizm. Pierwszy pomysł miała taki, by wprowadzić w Polsce prohibicję. Posełkę ludowców wspierała i Zofia Moraczewska z lewicy, i Gabriela Balicka z prawicy.
Ta pierwsza mówiła w sejmie: „Wysoka Izbo! Gdyby sejm niniejszy składał się z posłów kobiet, losy wniesionej ustawy byłyby z góry przesądzone. (…) Niech nas na chwilę ten fakt zastanowi”. I przekonuje, że to kobiety ponoszą ciężar polskiego pijaństwa.
– W chwili rozbioru Polski pito w Polsce na zabój – dorzucała Moczydłowska, która przekonywała parlamentarzystów, że chodzi o plagę zdrowotną i klęskę społeczną. Osłabiającą nie tylko pijących, ale też cały kraj.
Projekt prohibicji upadł, ale tylko jednym głosem. Zamiast tego uchwalone zostało coś, co nazywano Lex Moczydłowska . Ograniczenie liczby sklepów i barów, a także mocy sprzedawanego alkoholu do 45 proc. i zakaz sprzedawania go nieletnim. Oraz zakaz sprzedawania go na kredyt lub pod zastaw.
Był to sukces kobiet w sejmie.
Taki, który wywalczyły ponad partyjnymi podziałami.
W 1921 roku zniesiono też nakaz posłuszeństwa mężowi, który obowiązywał w byłym Królestwie Polskim.
Wielu rzeczy, zwłaszcza kiedy chodzi o prawa kobiet i na przykład sytuację służby, nie udało się jednak przeforsować. Walczono o nie w kolejnych latach. Na ogół przegrywając, ale szykując grunt społeczny na zmiany, które w końcu musiały nadejść.
Posełki z pierwszego sejmu odegrały w tym ogromną rolę. Dla wielu kobiet stały się drogowskazem pokazującym, że można o swoje walczyć i uczącym, jak można to robić. Ich losy potoczyły się później różnie. Niektóre zostały w sejmie II RP. Inne zrezygnowały z takiej kariery lub przegrały wybory.
Jedne Polska Ludowa przyjęła lepiej. Inne gorzej. Najchętniej w roli bohaterek walki o prawa kobiet widząc te, które – jak Irena Kosmowska – zmarły przed jej nastaniem. Tak było wygodniej. Bohaterki żywe, zawsze mogły powiedzieć, co myślą o nowym ustroju. A szkoda, bo szczególnie wartościową lekcję - szczególnie dziś w spolaryzowanym społeczeństwie - niesie to, że o sprawy ważne dla ludzi potrafiły walczyć wspólnie i robiły to mimo dzielącej je polityki.
[Fot. Mateusz Opasiński/Creative Commons.]
Wspaniałą robotę w tym, by przypomnieć o nie dość znanych bohaterkach polskiej niepodległości, wykonała Olga Wiechnik. Warto więc polecić jej książkę: „Posełki. Osiem pierwszych kobiet”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz