ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 22 lutego 2026

Pomagała im przetrwać modlitwa, wiara, solidarność i choćby prosty, a wymowny gest podzielenia się swoim chlebem z człowiekiem obok

 Dariusz Kosieradzki

Gułag za Uralem, niewolnicza praca ponad siły, głód, choroby i śmierć zbierająca zimą plony w syberyjskiej tajdze stalinowskiego ZSRR, czyli zbiorowy mord na narodzie w wykonaniu komunistów odcinek 2, części 18 Gościnnie w Budziku Czasu: Opowieść o Lecie, które zostało zesłane w srogą Zimę i daleko pośród zabójczych mrozów Wschodu cierpiąc niewysłowione katusze z nadzieją wyglądało nadejścia ciepła Wiosny...i o szczęśliwym powrocie do Domu. Dramatyczne losy Stanisława Chruścikowskiego z Włodek wg. relacji rodzinnych zebranych i spisanych przez p. Sylwię Piwowarczyk z domu Jastrzębską. Historia prawdziwa przedstawiona w trzech odcinkach.

Streszczenie poprzedniego: Pod koniec VIII 1944 r. Stanisław Chruścikowski, jak wielu innych Polaków, mieszkańców naszego powiatu zostaje aresztowany podczas wizyty w Sokołowie Podlaskim przez Czerwonoarmistów tj. NKWD i pod zarzutem współpracy z AK, następne przewieziony do obozu zbiorczego w Siedlcach, skąd tysiące takich, jak on więźniów władzy ludowej zostaje wysłany na katorgę, na Daleki Wschód, w głąb Rosji Sowieckiej, a Syberia miała najpierw złamać ich ducha, następnie wyniszczyć ciało, a na koniec zabić.
"...podróż w zamkniętych z zewnątrz bydlęcych wagonach zdawała się dla więźniów nie mieć końca, a głód, chłód i choroby zaczęły eliminować najsłabszych. Ich ciał pozbywano się na postojach, które Sowieci specjalnie urządzali na mostach i wiaduktach. Ci którzy jeszcze żyli zmuszani byli do wyrzucania swoich nieżyjących współtowarzyszy niedoli prosto z wagonów w nurt rzeki. Ta gehenna trwała dwa tygodnie, aż transport dotarł do celu na nieludzkiej ziemi, za Uralem, do gułagu Jwdiełłag. Przyjechali do obozu pracy przymusowej przy wyrębie tajgi. Przybyłych zakwaterowano w drewnianych barakach. Były tam też ziemianki bez podłóg. Ci którzy tam trafiali spali bezpośrednio na gołej, wilgotnej ziemi. Wuj i jego kolega Benza mieli szczęście, trafili do baraku. W środku stały tam trzy piętrowe prycze zbite z surowych desek, a mały piec zwany kozą mający dawać ciepło dla całego baraku, w praktyce go nie dawał bo i opału nikt nie dostarczał. Drewniane rudery zapełniły się mężczyznami, powstał ścisk, gwar i zaduch. Z czasem dołączyły też pluskwy, wszy i wszechobecna stęchła wilgoć. Kwatery przepełnione były wieźniami do granic ich możliwości, a na jedenej pryczy często spało nawet do trzech ludzi. Według relacji wuja dzień pracy zaczynał się pomiędzy 4 a 5 rano. Opatuleni w łachmany, szmaty, co kto miał dostawali na śniadanie cienką zupę i kawałek gliniastego chleba. To było tyle, żeby nie zdechli z głodu, mówili do nich strażnicy rozdający posiłek. Przy mrozie nierzadko sięgającym - 30 stopni Celsjusza wychodzili do miejsca pracy. Ustawiano ich w trójki. Jeśli droga była daleka, a zazwyczaj taką się okazywała więźniowie dostawali dodatkowe ostrzeżenie, że jeśli którykolwiek z nich wyjdzie z szeregu, ze swojej trójki zostanie zastrzelony na miejscu i tak się działo, nie było litości dla nikogo, trupy zastrzelonych zostawały przy drodze przemarszu, reszta szła dalej. Pracowali przy wyrębie tajgi i transporcie ściętych drzew nawet po 12 h próbując bezskutecznie wykonać narzucone nierealne zadania dnia. Odmrożenia zaś były normą. Nie było nikogo, kto by nie odmroził palców, uszu, nawet nosy od mrozu czerniały. Z tymi odmrożeniami musieli sobie radzić sami na własną rękę, leków przecież nie było. Po powrocie do obozu nieludzko zmęczeni katorżnicy byli liczeni, dostawali kolejną porcję jedzenia. Niektórzy z nich z przepracowanie zasypiali wtedy stojąc. I tak było dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Praca, mróz, głód stopniowo zabierały słabszych, ci którym udało się przeżyć wreszcie doczekali nadejścia tamtejszej wiosny. Nie spodziewali się, że i ona stanie się dla nich jedynie kolejnym etapem gehhenny, jej następnym rozdziałem. Śnieg zaczął się rozpuszczać, rzeki wylały, drogi zamieniły się w morza błota. A w barakach zalanych wodą, pośród wieźniów nastał czas zapalenia płuc i nagminnie szerzył się reumatyzm. Umierali kolejni z nich. Wreszcie nadszedł maj, późna wiosna, a wraz z nią powiew ciepła. Okoliczne bagna i mokradła nagle ożyły i wyrzuciły z siebie niewyobrażalne masy meszek i komarów. Wuj opowiadał, że od tego paskudztwa krwiopijców nie można było się opędzić. Owady obsiadały człowieka chmarą gryząc każdy odsłonięty fragment ciała. Każde takie ukąszenie zamieniało się w swędzące pęcherze, te z kolei doprowadzały wręcz do szaleństwa boleśnie piekąc. Dzień był już długi, słońce zachodziło późno, a noce bywały jasne. Wszędzie zaś na około wybuchła zieleń tamtejszej przyrody, powietrze zrobiło się jakby miękkie i lżejsze. Pomimo tego wszystkiego pojawienie się wiosny przyniosło też nadzieję, że jest jakaś szansa na przeżycie, każdy uchwycił się tej nadziei, każdy zaczął marzyć, że może jednak uda się wrócić do domu. Raz z ufnością, raz z wątpliwościami musiał sobie na swój sposób radzić i wuj. Tak minął mu kolejny rok niewoli i pracy ponad siły w strasznych warunkach otoczenia. Ci którzy jeszcze wciąż trwali, kurczowo trzymali się na przekór wszystkiemu życia. Pomagała im przetrwać modlitwa, wiara, solidarność i choćby prosty, a wymowny gest podzielenia się swoim chlebem z człowiekiem obok, aż znów przyszła kolejna już wiosna 1946 r."
Ciąg dalszy opowieści o Stanisławie Chruścikowskim w części trzeciej, ostatniej
Tekst i Foto Sylwia Piwowarczyk


Brak komentarzy: