ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

czwartek, 2 lipca 2026

Bo tyrania upada. A prawda — nie

 

"Napisał jedno zdanie, zanim go zabrali. Potem zniknął na 15 lat. Kardynał József Mindszenty stał u drzwi swojego pałacu w Esztergomie na Węgrzech. Był 26 grudnia 1948 roku. Dzień po Bożym Narodzeniu. Na zewnątrz krążyły samochody tajnej policji. Był najwyższym rangą duchownym katolickim na Węgrzech. Księciem Kościoła. I wiedział, co nadchodzi. Zanim otworzył drzwi, napisał notatkę i zostawił ją na biurku: „Jeśli usłyszycie, że się przyznałem albo że zrezygnowałem, nie wierzcie w to. Będzie to skutek ludzkiej słabości”. Potem włożył najprostszą sutannę biskupią. Do kieszeni schował obrazek Jezusa w koronie cierniowej. Pożegnał się ze swoją sędziwą matką. Zabrali go nocą. Oto, co stało się później. Przez wiele tygodni torturowano go w piwnicy budynku przy alei Andrássy 60 w Budapeszcie — jednego z najbardziej ponurych miejsc w Europie XX wieku. Bito go gumowymi pałkami. Odurzano. Głodzono. Nie pozwalano spać, aż jego umysł zaczął się łamać. Podpisał zeznania dotyczące zbrodni, których nie popełnił. 3 lutego 1949 roku postawiono go przed sądem. Pięć dni później zapadł wyrok: dożywocie. Świat zareagował oburzeniem. Prezydent Truman nazwał ten proces haniebnym. Churchill go potępił. Papież Pius XII nałożył sankcje na tych, którzy w nim uczestniczyli. Mindszenty niczego z tego nie słyszał. Siedział w izolacji. Minęło siedem lat. Aż 23 października 1956 roku Węgry powstały przeciw sowieckiej dominacji. Na ulice wyszli studenci. Dołączyli robotnicy. Żołnierze przechodzili na stronę powstańców. W ciągu kilku dni komunistyczny rząd się załamał. 30 października rewolucjoniści dotarli do więzienia, w którym przetrzymywano Mindszentyego. Był zamknięty niemal osiem lat. Zabrano go do Budapesztu. Wygłosił przemówienie radiowe. Pochwalił powstanie. Węgry miały być wolne. Trwało to trzy dni. 4 listopada 1956 roku sowieckie czołgi wjechały do Budapesztu. Zmiażdżyły rewolucję. Zginęły tysiące ludzi. Około 200 tysięcy uciekło z kraju. Mindszenty pobiegł do ambasady Stanów Zjednoczonych i poprosił o azyl. Amerykanie się zgodzili. Przekroczył próg ambasady 4 listopada 1956 roku. Nie wyszedł z niej przez następne 15 lat. Jego pokój był przerobionym biurem. Okna, których nie wolno mu było otwierać. Łóżko. Ołtarz. Kąt do modlitwy. Nie mógł wychodzić na dziedziniec. Nie mógł być widziany z ulicy. Na zewnątrz każdego dnia czekał samochód tajnej policji. Cywilni agenci pilnowali wejścia. Czekali, aż postawi stopę za drzwiami. Każdego ranka odprawiał mszę. Potajemnie pisał wspomnienia. Chodził tymi samymi korytarzami. Mijały lata. 1960. 1965. 1970. On wciąż tam był. Zmieniali się papieże. Zmieniali się prezydenci. Zmieniał się świat. On pozostawał w swoim pokoju. Potem przyszedł najboleśniejszy cios. Papież Paweł VI chciał otworzyć drogę dialogu ze światem komunistycznym. Mindszenty był przeszkodą. Był żywym dowodem na to, czym był tamten reżim. Chodzącym oskarżeniem. W 1971 roku papież poprosił go, by wyjechał. By udał się do Rzymu. By zgodził się usunąć w cień. Mindszenty zrozumiał. Odpowiedział: „Przyjmuję to, co być może jest najcięższym krzyżem mojego życia”. 28 września 1971 roku, po 5475 dniach, wyszedł z ambasady. Włożył czarny kapelusz. Wsiadł do samochodu. Zawieziono go do Wiednia. Gdy samochód przekroczył granicę, zdjął kapelusz. Pod spodem miał czerwony kardynalski biret. Chciał, żeby Węgry zobaczyły, kto odchodzi. Za życia nigdy już nie wrócił. W 1974 roku Watykan ogłosił jego stolicę biskupią za wakującą. On nie zrezygnował. Odsuwano go. Po to, by Kościół mógł normalizować relacje z tymi, którzy go prześladowali. Mindszenty odebrał to jako zdradę. Opublikował swoje wspomnienia. Rok później zmarł. Zmarł w Wiedniu 6 maja 1975 roku. Miał 83 lata. Prosił, by jego ciało nie wracało na Węgry, dopóki „ostatni sowiecki żołnierz nie opuści kraju”. Pochowano go w Austrii. Sowieci wyszli z Węgier w 1991 roku. W tym samym roku ciało Mindszentyego ekshumowano. Sprowadzono je do ojczyzny. Pochowano w bazylice w Esztergomie. Tam, gdzie kiedyś był arcybiskupem. Przetrwał reżim. Tyle że już nie we własnym ciele. To właśnie zostaje ze mną. Walczył z nazistami. Aresztowano go. Przetrwał. Walczył z komunistami. Torturowano go. Skazano na dożywocie. Był wolny przez trzy dni w samym środku rewolucji. Potem wróciły sowieckie czołgi. Więc żył w jednym pokoju obcej ambasady. We własnej stolicy. Przez 15 lat. Bez możliwości otwarcia okna. Bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Codziennie obserwowany przez tajną policję. A potem jego własny Kościół poprosił go, by odszedł. Jego własny papież odsunął go na bok. Bo Watykan szukał pokoju z ludźmi, którzy złamali jego ciało. Umarł na wygnaniu. Cztery lata po opuszczeniu Węgier. Odsunięty od urzędu. Biskup Fulton Sheen nazwał go „suchym męczennikiem”. Umęczonym, choć nie zabitym. Powoli miażdżonym przez izolację, tortury i zdradę. Ale prawda jest taka. Komunizm próbował go złamać. On go przetrwał. Jego własny Kościół próbował zepchnąć go na margines. To również przetrwał. Szesnaście lat po śmierci jego ciało wróciło do domu. Kardynał József Mindszenty. Walczył z nazistami. Walczył z komunistami. Torturowany. Więziony. Zamknięty. Wygnany. Odsunięty przez własnego papieża. Zmarł, nie zobaczywszy już za życia swojego domu. Ale zwyciężył. Bo tyrania upada. A prawda — nie." za Przytulność

Brak komentarzy: