ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 21 listopada 2021

"Bajończyków" smutny epizod


Na odcinku pod Arras Francuzi planowali dużą ofensywę. Kompania C wyznaczona była do szturmu na wzgórze Vimy-les-Ouvrages-Blanc, pierwszą falę mieli stanowić polscy ochotnicy zwani Bajończykami, w ślad za nimi podążać mieli Czesi i Belgowie. Batalion grecki pozostawał w odwodzie. Żołnierzy uczulano, by nie zwracali uwagi i pod żadnym pozorem nie pomagali rannym, spowalniałoby to natarcie i w mniemaniu strategów, prowadziło do jeszcze większych strat. Prowadzanie natarcia przez Wolontariuszów, miało być wyrazem zaufania i uznania dowództwa francuskiego, do polskiego batalionu jako elitarnej jednostki. W każdym razie tak to przedstawiano i z takim przekonaniem Polacy szli w bój. Jeden z Bajończyków, Wieńczysław Piotrowski napisał w swoim wierszu:
"Spodnie czerwone, kepi czerwone. To barwy legionisty. Biegnie on walczyć za rodzinną stronę. Za kraj ojczysty"
9 maja o godzinie 5 rano rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie. Jeśli wierzyć w opis Lucjana Malcza, uczestnika walk, to na polskim odcinku około 8 km znajdowało się 130 ciężkich baterii francuskich i 25 lekkich. O godzinie 10 rano trębacze zagrali "A la baionette!" - sygnał do szturmu. Jako ciekawostkę można podać fakt, że Polacy ruszyli do walki bez swojego sztandaru, miał go ze sobą przebywający na urlopie Jan Sobański.
Polski batalion wyskoczył z okopów i rozsypując się w tyralierę, ruszył do natarcia na niemieckie pozycje. Francuski dowódca kapitan Osmonde biegł na czele swoich Bajończyków, byli oni dumni ze swojego dowódcy, który wolał komendę "Za mną!" niż "Naprzód!" On zaś najwidoczniej uważał się za jednego z nich. Gdy batalion dopadł pierwszych zasiek, Osmonde krzyknął:
"- Viva la Pologne!"
Nieustannie zresztą aż do swojej śmierci od niemieckich kul zagrzewał swych podwładnych do boju.
Wolontariusze przeskoczyli niemalże pierwszą linię okopów, w której nie napotkano większego oporu. Więcej było bowiem w nich trupów i rannych, po ostrzale francuskich armat, niż zdolnych do walki żołnierzy. Ciesząc się i ze śpiewem na ustach ruszyli dalej, wbijając się w kajzerowskie pozycje. Zaciekle walcząc, niejednokrotnie na bagnety i noże w wąskich okopach udało się zdobyć kolejne ich linie. W pewnym momencie Niemcy zdołali zorganizować skoncentrowany opór i pod miejscowością Neuville-Saint-Vaast, Polacy dostali się pod silny ogień karabinów maszynowych i Mauserów. Na domiar złego francuska artyleria, najwidoczniej nie wierząc w możliwość sukcesu, zaczęła ostrzeliwać pozycje zajmowane przez Bajończyków. Żyznowski w swojej książce tak opisywał ten szturm:
"Na rozkaz: >>Couchez vous!<< cały łańcuch tyraliery wali się na ziemię. Po chwili znów zgodnie naprzód. — Tak, tak trzeba iść, jak oni idą! Brawo Polacy! — krzyczy, klaszcząc w dłonie, pułkownik Pain [...] Spóźniony pocisk francuski wyrywa z posuwającego się łańcucha ochotników polskich dwóch kolegów. Błyskawicą, przebiegającą wzdłuż całego ciała myśl, pali stopy, ściąga moc wszystkich zmysłów, całą potęgę ducha w oczy wszystkowidzące i w te kurczowo zaciśnięte dookoła karabinu ręce. Minęli już drugą wrażą linię okopów."
Widok rozrywanych ostrzałem własnej artylerii kolegów spowodował desperacki odruch ataku. Polakom udało się wyeliminować niemiecki punkt obrony a kilka chwil później, odeprzeć przeprowadzony przez nich kontratak. W ten sposób zdobyto 3 linie niemieckich umocnień, wdzierając się na 5 km w głąb pozycji nieprzyjaciela. Sukces był jednak cząstkowy. Okazało się bowiem, że oddziały na skrzydłach wycofały się pod naporem niemieckiego kontrataku i Polacy zostali częściowo okrążeni. Francuski sztab próbował reagować, wysyłając żuawów, którzy mieli umożliwić i osłaniać odwrót Bajończykom, nie zdołali się oni jednak przebić. Resztki Bajończyków były zmuszone samodzielnie się wycofać, udało im się to dopiero 10 maja nad ranem. Straty były ogromne, nie da się jednak jednoznacznie określić ich rozmiaru. Na pewno zginęli wszyscy oficerowie łącznie z podporucznikiem Lucjanem Malczem i dowódcą kompanii kapitanem Osmondem. Ciało tego ostatniego odnaleziono u podnóża wzgórza Vimy dopiero w sierpniu 1923 roku. Według historiografii, kiedy przedstawiciele francuskiego dowództwa zechcieli przeprowadzić wizytację dzielnych Bajończyków, do apelu stanęło zaledwie 50 żołnierzy. Jan Rotwand, świeżo awansowany po bitwie na podporucznika w miejsce Malcza, zanotował straty 29 zabitych i 99 rannych.
Jan Żyznowski zapisał:
"Przed szopy zajeżdża na białym koniu generał Blondela, za nim kłusem nadjeżdżają major i porucznik wojsk kolonialnych. [...] — No. Gdzież są Polacy? — pyta zniecierpliwiony generał.— Jesteśmy, generale! — odpowiada cała nasza władza i zwierzchność — jedyny kapral. — Jak to, wszyscy? — Tak, tak... to dobrze.... to bardzo dobrze...tak!... — coś się plącze staremu generałowi, który z ledwością powstrzymuje rwące mu się na usta zdziwienie, więc cicho powtarza: wszyscy, wszyscy... Wszyscy będziecie nagrodzeni. Dzielni jesteście, bezprzykładnie dzielni! Wszystkim dać stopnie wojskowe! — zwrócił się do adiutanta. Niezadługo pójdziecie do nowego ataku! Rzucił generał i odjechał na pole..."
*Na fotografii Kompania Bajończyków, wrzesień 1914 rok. W środku kadru u dołu, pierwszy dowódca Polaków, porucznik Max Doumic.
Może być zdjęciem przedstawiającym tekst

Brak komentarzy: