ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

środa, 24 listopada 2021

„Tajemnice obozu Colditz” – Spektakularne ucieczki


Specjalny obóz jeniecki w Colditz to miejsce, które obrosło już w legendy i jest źródłem dla odkrywania ciekawych zdarzeń i życiorysów. W dosyć ciekawy sposób można poznać historię tego miejsca i ludzi, którzy się przez nie przewinęli z książki autorstwa Reinholda Eggersa „Tajemnice Obozu Colditz”. Eggers był początkowo strażnikiem, a następnie oficerem bezpieczeństwa i zastępcą komendanta tej placówki. Można więc spojrzeć na obozowe życie oraz ucieczki z nieco innej perspektywy.
No właśnie, jeśli chodzi o ucieczki z tego miejsca, chciałem ci dziś opowiedzieć, jak wyglądały pierwsze z nich. Jak można się łatwo domyślić, nie zabraknie tu również polskich akcentów.
Oflag IV C Colditz był miejscem przeznaczonym nie tylko dla „prominentnych” jeńców, ale również dla tych, którzy sprawiali problemy ciągłymi próbami ucieczek. Oczywiście po przybyciu do nowego miejsca, ci doświadczeni w „ulatnianiu” się ludzie kontynuowali swój proceder w mniej lub bardziej efektywny sposób. Początkowo udawało się dosyć dobrze zapobiegać tym próbom. Wyłapując i udaremniając ucieczki, nim śmiałkowie zdołali opuścić teren starego zamku, w którym przydzielono im kwatery. Po każdej z takich prób Niemcy dopasowywali i uaktualniali zabezpieczenia i procedury bezpieczeństwa. Jednak, jak wspomina Eggers, więźniowie potrafili każde, wydawać by się mogło zaostrzenie lub udoskonalenie zabezpieczeń, wykorzystać w jakiś sposób na własną korzyść.
Pierwsza udana ucieczka z oflagu miała miejsce 12 kwietnia 1941 roku. Osobą, która jej dokonała, był Francuz niejaki porucznik Leray. Kiedy sprawa się wydała, zawrzało na linii Colditz a dowództwem naczelnym w Dreźnie. Abwehra żądała szczegółowych raportów na temat sposobu ucieczki, podjętych kroków w tej sprawie i sposobie łatania luk w systemie bezpieczeństwa. Problem polegał na tym, że Niemcy nie wiedzieli, nawet kiedy dokładnie i w jaki sposób Leray zniknął. W swojej książce Eggers zapisał:
„Podejrzewaliśmy, że Leray wspiął się na dach i wykorzystując piorunochron, dostał się na zewnętrzne mury zabudowań, skryty przed wzrokiem wartowników. Podłączyliśmy dodatkowe mikrofony na dachu i kominach. Zainstalowaliśmy więcej silniejszych reflektorów. Nawet te udogodnienia dwa lata później więźniowie byli w stanie przekuć na swoją korzyść”.
Niemcy w pewnym momencie zorientowali się, że więźniowie potrafią otworzyć każde drzwi i każdy zamek w obozie. Często natrafiali na jeńców w pomieszczeniach, które wcześniej były zamknięte. Z tych pomieszczeń znikały również koce, materace i inne drobiazgi, które znacznie potrafiły ułatwić kolejne ucieczki. „Śmietanka włamywaczy” okazała się iście międzynarodowa. Po dość długim czasie strażnicy odkryli personalia najlepszych z nich. Mieli to być porucznicy: Surmanowicz, O`Hara i Guigues, oraz holenderski kapitan van Doornick.
Pewnego razu Niemcy otworzyli pomieszczenie, które miało być puste i znaleźli w nim dwóch Brytyjczyków. Na pytanie, co tam robią, odparli, że tylko sobie ćwiczą, a tu mieli najwięcej spokoju. Niemcy zamknęli ich z powrotem na klucz i poszli po oficera. Gdy z nim wrócili, okazało się, że drzwi zostały wyjęte z zawiasów, a jeńcy noszą je paradnie po dziedzińcu. Jednocześnie zgłosili sprzeciw przeciwko przetrzymywaniu w zamknięciu bez rozpraw sądowych.
Na pytania, w jaki sposób potrafią otwierać drzwi, strażnicy otrzymywali w odpowiedzi zawsze ten sam przedmiot. Kawałek zgiętego w haczyk drutu.
By zapobiec falom kradzieży, postanowiono opróżnić niezamieszkane pomieszczenia i wszystkie nieużywane przedmioty przenieść poza zamek. Jedną z takich akcji przeprowadzono 8 maja 1941 roku. Niepotrzebne sienniki ze składu były pakowane na wóz i wywożone do miasta. Te porządki trwały cały dzień z przerwą na obiad. Po nim około godziny 14 jeden z oficerów nadzorujących pracę krzyknął ze strachu i odskoczył od jednego z materacy. Okazało się, że po rozpruciu materiału w środku znajdował się porucznik Hyde-Thompson.
Oczywiście natychmiast ogłoszono alarm i apel specjalny. Po przeliczeniu „inwentarza” wyszło na jaw, że brakuje porucznika Petera Allana. Po inspekcji magazynu w mieście odnaleziono rozpruty siennik i otwarte okno. Niestety Brytyjczykowi nie udało się długo pozostać na wolności. Został schwytany kilka dni później w Wiedniu. Allan świetnie mówił po niemiecku bez angielskiego akcentu, więc nie miał problemu, by uchodzić za Niemca. Przyczyną jego wpadki był natomiast amerykański konsul. Anglik dostał się do Wiednia i skierował do ambasady USA w nadziei, że uzyska tam pomoc.
„- Jestem zbiegłym brytyjskim oficerem. Chcę dostać się do Budapesztu, na neutralne terytorium.
Położył na biurku pięćdziesiąt marek i odwrócił wzrok. Konsul spojrzał w drugą stronę i odparł:
- Obawiam się, że Stany Zjednoczone także są neutralne. Nie możemy panu w żaden sposób pomóc”.
Na domiar złego, kiedy zbieg z Colditz opuścił ambasadę, niemiecka sekretarka konsula powiadomiła odpowiednie organy i wkrótce go pojmano.
Po tej ucieczce Niemcy „badali” każdy przybywający i opuszczający transport długim francuskim bagnetem.
Wieczorem kilka dni po ucieczce w materacu, przebywający w sąsiednich celach na parterze porucznicy Surmowicz i Chmiel postanowili również spróbować swojego szczęścia. Pierwszy z Polaków wydostał się ze swojej celi i uwolnił kompana. Następnie otworzyli drzwi i wyszli na dziedziniec. Z trzeciego piętra z polskich cel spuszczono im linę i wciągnięto na gzyms. Z niego przedostali się na dach stróżówki, a następnie na strych. Teraz wykorzystali linę, którą ciągnęli cały czas za sobą i zaczęli opuszczać się po zewnętrznej ścianie. Pech chciał, że Chmiel miał na sobie wojskowe buty podbite ćwiekami, które w trakcie opuszczania szurały i stukały o ścianę. Nie uszło to uszom wartownika, który szybko zareagował i dwójka Polaków wróciła do cel.
Kolejnymi Polakami, próbującymi ucieczki byli porucznicy Just i Bednarski. Udało im się oszukać obozowego lekarza, który stwierdził, że muszą przejść zabieg w szpitalu, w tym celu przeniesiono ich do Königswarth. Pewnego kwietniowego wieczoru, dzień przed zaplanowaną operacją, obaj zwiali ze szpitala. Just miał niestety dużego pecha, ponieważ pociąg towarowy, do którego pierwotnie wskoczył, jechał w złą stronę. Zeskoczył więc z niego i wskoczył do innego. Ten ruszył w dobrym kierunku, ale Polak, myśląc, że został zauważony, ponownie zeskoczył, tym razem uderzył się w głowę i stracił przytomność. Kiedy nad ranem doszedł do siebie, był przemoczony i zziębnięty. W tych okolicznościach postanowił sam wrócić do obozu.
Bednarski miał więcej szczęścia, udało mu się dotrzeć do Krakowa, gdzie dołączył do podziemia. Po jakimś czasie jednak został zdekonspirowany i pojmany przez Gestapo. Najprawdopodobniej dużą rolę w jego ujęciu odegrał znany służbom rysopis Polaka.
Porucznik Just, po pechowej wycieczce koleją trafił do aresztu, do celi obok Hyde-Thompsona, który odsiadywał karę za ucieczkę przy pomocy materaca. Oficerowie dogadali się i w odpowiednim momencie otworzyli drzwi między swoimi celami. Zamierzali dać nogę przez okno przy pomocy liny związanej z prześcieradeł. Ta okazała się jednak zbyt krótka, więc Brytyjczyk postanowił umożliwić ucieczkę przynajmniej Polakowi. Przytrzymał jeden koniec tak nisko, jak tylko potrafił, a Just ześliznął się po niej i na końcu zeskoczył na ziemię.
Po resztę artykułu zapraszam na mojego bloga 👇👇
Link w komentarzu.
*Na fotografii:
1. Grupa polskich i brytyjskich oficerów w obozie Colditz.
2. Porucznik Peter Allan jako niemiecki jeniec w 1941 roku.
Materiał powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwo Replika

Brak komentarzy: