W październiku 1943 r. bawił się z innymi dziećmi na wzgórzu we wsi Leńce niedaleko Białegostoku. Zauważywszy nadjeżdżającą niemiecką ekspedycję karną, Romek pobiegł do rodzinnego domu z ostrzeżeniem dla partyzantów, którzy tam mieszkali, a potem ruszył uprzedzić pracujących w polu rodziców.
Nie dobiegł. Zauważyli go Niemcy i któryś strzelił. Bo mały biegł? Bo chciał ostrzec?
Gdy trafiony w głowę chłopiec leżał w trawie, trwały aresztowania mieszkańców wsi. W pewnym momencie żandarmi zauważyli, że dziecko daje oznaki życia i zmusili jednego z sąsiadów, by wrzucił je do jamy na ziemniaki. Następnie oddali do rannego kolejny strzał, tym razem śmiertelny, i kazali dół zasypać.
Część zatrzymanych we wsi rozstrzelano, ale rodzice i bracia Romka przeżyli.
W latach 70. jeden z braci urządził symboliczny grób, ale to IPN odnalazł dokładne miejsce pochówku, ekshumował szczątki, potwierdził tożsamość chłopca i w roku 2022 wyprawił mu godny pogrzeb.
Tożsamości mordercy Romka nie sposób ustalić, ale prawdopodobnie dożył swoich dni nie ponosząc kary. Pewne jest natomiast, że w Niemczech żyły po wojnie setki tysięcy bezkarnych morderców, w tym morderców dzieci. Daje do myślenia.
I jeszcze jedno: mieszkaniec wsi, którego Niemcy pod groźbą śmierci zmusili do zakopania Romka, do końca życia zmagał się z traumą. Czy morderca także?
Tak się zastanawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz