Zauważyliście pewnie, że czasem lubię przypomnieć starsze wpisy.
Spójrzcie. W tym zdjęciu jest coś ważnego. Ludzie idą szeroko i ma się wrażenie, że zmarłego odprowadza cała wieś.
Kiedy trumna znajdowała się już na wozie (niekiedy, jeśli było blisko do kościoła i na cmentarz, trumnę niesiono na ramionach) otwierało się drzwi i okna, aby duch zmarłego - jak wierzono - krążący gdzieś tuż obok, nie został uwięziony w domu, tylko podążył wraz z (a może za) ciałem na cmentarz.
Do wozu zaprzęgano konie lub woły. Nie mogła być to krowa lub kobyła a tym bardziej źrebna! W Czechach funkcjonowało przekonanie, że konie powinny być pożyczone, ponieważ koń, który należał do zmarłego jest w swej końskiej żałobie i nie powiezie.
Zanim na dobre ruszono, trzy razy poganiano i wstrzymywano konie. A to po to, aby duch zmarłego zdążył wsiąść na wóz i nie musiał pędzić za własną trumną.
Na ziemiach polskich kondukt żałobny najczęściej poruszał się powoli. Unikano wszelkich nierówności, aby nie trząść trumną. Obowiązywał również obyczaj nieużywania bicza.
Na koniec glosa. To co opisuję to w pewnym stopniu jedynie wyciąg z przebogatego repertuaru wierzeniowego zgromadzonego przez zbieraczy tzw. folkloru.
fot: Harta 1957, autor: F. Kotula
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz