https://www.facebook.com/share/v/1GUTm6Tcxo/
Jak giną światy
Jest taka gliniana tabliczka. Niewielka, mieści się w dłoni. Napisana klinowym pismem po akadyjsku, czyli w języku, którym trzy tysiące lat temu rozmawiali królowie i kupcy całego basenu Morza Śródziemnego. Tabliczka leży dziś w magazynie muzealnym, oznaczona sygnaturą RS 18.147, i jest jedną z najbardziej przejmujących rzeczy, jakie zostawił po sobie człowiek.
Napisał ją król miasta Ugarit, na wybrzeżu dzisiejszej Syrii. Nazywał się Ammurapi i był ostatnim władcą tego miasta. Pisał do sąsiada, króla Cypru, prośbę o pomoc.
„Ojcze mój, oto wrogie okręty przyszły. Spalili moje miasta. Czynili złe rzeczy w moim kraju. Czy ojciec mój nie wie, że całe moje wojsko i rydwany są w kraju Hatti, a wszystkie moje okręty w kraju Lukka? Kraj jest zostawiony sam sobie".
Tabliczka nigdy nie została wysłana.
Skryba napisał ją, wsunął do pieca, w którym tabliczki się wypalało, żeby zachowały się na dłużej, i wtedy miasto spłonęło. Pożar wypalił glinę dokładnie tak, jak miał to zrobić rzemieślnik. List króla błagającego o pomoc zachował się trzy tysiące lat, ponieważ Ugarit spłonęło. Gdyby miasto przetrwało, tabliczka zostałaby wysłana i rozpłynęła się gdzieś w archiwum Cypru, który też zresztą zniknął w tym samym pokoleniu. Ale Ugarit spłonęło, i spłonęło w tak czysto pionowym sensie tego słowa, że nigdy już go nie odbudowano. Ludzie, którzy przyjdą tam później, nie będą wiedzieli, że to miasto istniało. Dopiero w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku chłop ze wsi Ras Szamra zaorał ziemię i trafił lemieszem w starożytny grób. Tak zaczęły się wykopaliska, które odsłaniają to miejsce do dziś.
Ta tabliczka nie jest ciekawostką historyczną. Jest pierwszą znaną nam wiadomością napisaną z wnętrza upadającej cywilizacji.
I co warto przy niej zrozumieć, to to, że Ugarit nie upadło samo. Upadło razem z całym swoim światem.
W późnej epoce brązu, między mniej więcej tysiąc pięćsetnym a tysiąc dwusetnym rokiem przed naszą erą, basen Morza Śródziemnego był zaskakująco nowoczesny. Osiem wielkich cywilizacji, Egipt, Hetyci, Mykeny, Minojczycy z Krety, Babilonia, Asyria, Cypr i Kananejczycy, żyło w sieci handlu i dyplomacji, która do złudzenia przypomina nasz świat. Listy pisane na tabliczkach krążyły między stolicami jak dzisiejsze maile. Królowie wymieniali się prezentami, wysyłali sobie córki w małżeństwa dynastyczne, spierali się o strefy wpływów, żalili sobie nawzajem na problemy kadrowe.
A pod tym wszystkim leżała jedna substancja, od której zależała cywilizacja. Brąz. Z brązu robiono broń, narzędzia, posągi, elementy rydwanów, luksusowe naczynia. Brąz to stop miedzi i cyny, miedź jest w regionie dostępna, ale cyna, zasadniczo, nie jest. Cynę trzeba było sprowadzać. Skąd. Z Afganistanu. Z gór Hindukuszu, tysiąc osiemset kilometrów od Morza Śródziemnego, karawanami, przez lądy, których królowie Myken ani Hetytów nigdy nie widzieli.
Archeolog Eric Cline z Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona, który napisał najbardziej znaną książkę o tej epoce, formułuje to zdanie, które trudno wybić z głowy. Cyna była wtedy tym, czym dzisiaj jest ropa.
I kiedy się o tym myśli, robi się chłodno na plecach. Bo nagle te cywilizacje brązu, wydawałoby się prymitywne, pokazują swoje prawdziwe oblicze. One nie były prymitywne. One były skomplikowane dokładnie tak, jak my. I w tej samej skali były zależne od rzeczy, które przychodziły z daleka, przez ręce ludzi, których nigdy się nie widziało.
Potem, w ciągu jednego pokolenia, wszystko pęka.
Nie od jednego ciosu. To jest właśnie rzecz, z którą archeolodzy mieli problem przez osiemdziesiąt lat, bo wszyscy szukali tego jednego ciosu. Najeźdźcy. Zaraza. Trzęsienie ziemi. Ale żadna z tych rzeczy, wzięta osobno, nie tłumaczyła upadku ośmiu cywilizacji jednocześnie. Tłumaczenie pojawiło się, kiedy archeolodzy zaczęli rozmawiać z klimatologami, sejsmologami, a potem jeszcze z paleobotanikami, którzy badają pyłki roślin zachowane w warstwach osadów.
Okazało się, że mniej więcej od roku tysiąc dwieście dwudziestego piątego przed naszą erą cały region wchodzi w serię zdarzeń, które nauka dzisiaj nazywa „sztormem". Susza, widoczna w pyłkach od Włoch po Iran. Sejsmiczny sztorm, seria wielkich trzęsień ziemi na przestrzeni pięćdziesięciu lat, potwierdzona przez badania warstw zniszczeń w miastach całego regionu. Migracje głodujących populacji, które dotarły do wybrzeży Egiptu i Lewantu jako ci tajemniczy najeźdźcy, których Egipcjanie nazwali po prostu „Ludami Morza", bo nie wiedzieli, kim są. Nie wiemy tego do dzisiaj. Przypuszcza się, że byli to ludzie z Anatolii i wysp egejskich, którzy uciekali z własnej głodującej ojczyzny i szukali miejsca, gdzie jeszcze coś rośnie.
I wtedy pęka handel. Kiedy pęka handel, pęka dostawa cyny. Kiedy pęka dostawa cyny, pałac w Mykenach nie może już produkować brązu na broń, na narzędzia, na prestiżowe podarki dla sojuszników. Kiedy pałac nie produkuje, przestaje być pałacem. Przestaje być ośrodkiem władzy, staje się tylko dużym domem z ludźmi w środku.
A potem przychodzą Ludzie Morza i ten duży dom się pali.
Najstraszniejsze w tej historii jest to, co zostaje potem. Pismo linearne B, którym Mykeńczycy prowadzili księgi, znika na sześćset lat. Przez sześć wieków na greckiej ziemi nie pisze się niczego. Umiejętność, która istniała, po prostu wyparowuje, bo nikt nie uczy jej dzieci. Kiedy Grecy odzyskują pismo, robią to od zera, pożyczając alfabet od Fenicjan. Między Mykenami a Atenami klasycznymi jest przerwa, którą historycy nazywają wiekami ciemnymi, i tak to brzmi, i tak to wyglądało.
Półtora tysiąca lat później, w roku pięćset trzydziestym szóstym naszej ery, bizantyjski historyk o imieniu Prokopiusz zapisuje w swojej kronice zdanie, które dla historyków klimatu jest jednym z najważniejszych zdań starożytności.
„Słońce daje światło bez blasku. Jak księżyc".
I trochę dalej dodaje, że tego roku ludzie nie byli wolni „ani od wojny, ani od zarazy, ani od niczego prowadzącego do śmierci".
Przez długi czas myślano, że to taka retoryczna figura, że Prokopiusz, jak wielu antycznych historyków, trochę koloryzuje. Aż w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku dendrochronolog z Belfastu, Mike Baillie, zaczął badać pnie irlandzkich dębów. Dęby rosną w Irlandii od tysięcy lat, a kiedy drzewo umiera, pień można datować rok po roku, licząc pierścienie. W pierścieniach za rok pięćset trzydziesty szósty dęby praktycznie nie urosły. I to samo pokazały dęby w Skandynawii, w Europie Środkowej, a potem znaleziono te same sygnatury w rdzeniach lodowych z Grenlandii i z Alp szwajcarskich. Ktoś, kto żyłby w roku pięćset trzydziestym szóstym, widział w warstwie lodu z tamtego roku mikroskopijne okruchy wulkanicznego szkła. Gdzieś wybuchł wulkan, i to tak wielki, że jego pył otoczył półkulę północną i zasłonił słońce.
Prawdopodobnie była to Islandia. Prawdopodobnie nie jeden wulkan, tylko dwa, a potem trzeci. Bo pięćset trzydziesty szósty, jak się okazuje, to tylko początek. W pięćset czterdziestym przychodzi kolejna erupcja. W pięćset czterdziestym siódmym jeszcze jedna. Przez trzy pokolenia półkula północna siedzi pod zimniejszym, ciemniejszym niebem. Harwardzki mediewista Michael McCormick ukuł kiedyś takie zdanie, że rok pięćset trzydziesty szósty to początek najgorszego okresu, żeby być żywym człowiekiem w całej znanej historii. Nie rok tysiąc trzysta czterdziesty dziewiąty, kiedy Czarna Śmierć zabijała połowę Europy. Nie rok tysiąc dziewięćset osiemnasty, kiedy grypa hiszpanka zabiła pięćdziesiąt milionów ludzi. Pięćset trzydziesty szósty.
I nie jest to tania dramaturgia. Bo w pięćset czterdziestym pierwszym, kiedy osłabiona, głodna, zrozpaczona ludność jeszcze się nie podniosła, do portu w Egipcie wchodzi statek, na którym są szczury. Szczury są zakażone dżumą. Dżuma dociera do Konstantynopola w ciągu miesięcy. Zabija jedną trzecią ludności wschodniego Cesarstwa Rzymskiego. W Chinach notuje się opady śniegu w sierpniu. W Peru susze niszczą kulturę Moche, która budowała swoje piramidy z cegły suszonej na słońcu, a tu nagle brakuje słońca.
To wszystko dzieje się w tym samym pokoleniu, na wszystkich kontynentach, i ludzie tamtego czasu nie mają szansy zrozumieć, że to jest jedno zjawisko. W Konstantynopolu myślą, że to kara boża. W Skandynawii wodzowie zakopują złoto w ofierze bogom, żeby przywrócili słońce. Archeolodzy do dziś wykopują te depozyty złota z tamtej epoki i długo nie rozumieli, dlaczego wodzowie nagle zaczęli masowo chować skarby pod ziemią. Dzisiaj wiemy. Robili to, bo niebo było ciemne, zbiory się nie udawały, a bogowie byli najwyraźniej obrażeni. Niektórzy badacze skandynawskiej mitologii podejrzewają, że mit o Fimbulwinter, mroźnej zimie poprzedzającej koniec świata, to literackie echo tego, co naprawdę przeżyli ludzie w Norwegii i Szwecji w szóstym wieku naszej ery. Ragnarok nie był metaforą. Był wspomnieniem.
Po tych trzech erupcjach półkula północna wchodzi w okres, który nazywa się Późnoantycznym Małym Lodowcem. Trwa do około sześćset sześćdziesiątego roku. Sto dwadzieścia lat zimna. Sto dwadzieścia lat, podczas których Europa jest uboższa, słabsza, mniej zaludniona niż była przedtem. Rzym nigdy już nie wróci do tego, czym był. Bizancjum przeżyje, ale bardzo uszczuplone, i wkrótce zostanie zaskoczone pojawieniem się zupełnie nowej cywilizacji na południu, która wyłoni się z pustyń Arabii i w ciągu stu lat opanuje pół starego rzymskiego świata. Islam rodzi się w wieku siódmym, i jest poważne pytanie, na które historycy nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć, czy urodziłby się w tym samym tempie i w tej samej skali, gdyby cesarstwa Rzymu i Persji nie były akurat wtedy wykrwawione przez stulecie zarazy, głodu i ciemnego nieba.
Ludzie tamtego czasu nie wiedzieli, że żyją w kolapsie. Widzieli tylko, że słońce przestało grzać, że zboża gniją na polach, że sąsiad umiera, że dzieci się nie rodzą. Pisali kroniki, w których, rok po roku, odnotowywali kolejne znaki końca świata. A potem, po dwóch, trzech pokoleniach, zauważyli, że świat jakoś trwa, tylko jest inny. Mniejszy. Biedniejszy. Ciemniejszy.
Tak właśnie wygląda kolaps z punktu widzenia osoby, która w nim żyje. Nie jak trzęsienie ziemi. Jak długa zmiana pogody, która nie chce się skończyć.
I jest jeszcze trzecia historia, którą trzeba opowiedzieć, żeby dostrzec wzór.
W roku osiemsetnym naszej ery cywilizacja Majów była u szczytu. Miasta na Jukatanie i w Petenie, Tikal, Palenque, Calakmul, Uxmal, liczyły dziesiątki tysięcy mieszkańców. Rolnictwo oparte na kukurydzy, fasoli i dyni było tak wyrafinowane, że dzisiejsi archeolodzy nie są pewni, czy rozumieją je w pełni. Terasy na stokach, kanały w dolinach, ogrody wodne na bagnach, rezerwuary wykładane wapieniem. W roku osiemsetnym Majowie potrafili przewidzieć zaćmienie słońca z dokładnością, której w Europie nie osiągnie się przez następne siedem wieków.
A potem, w ciągu stu pięćdziesięciu lat, centralne niziny Majów tracą około dziewięćdziesięciu procent populacji. Dziewięćdziesiąt procent. Przez długi czas myślano, że to tylko metafora, że ludzie się gdzieś przenieśli, że może była wojna. Dopiero w ostatnich dekadach zeszli się w jedno miejsce paleoklimatyczcy, palinologowie, archeolodzy rolnictwa i zaczęli rekonstruować, co się właściwie wtedy wydarzyło.
Kluczowym dowodem okazał się stalagmit. Zwykły stalagmit z jaskini Grutas Tzabnah na Jukatanie, kilka metrów kamienia rosnącego przez tysiąclecia warstwa po warstwie, jak słoje drzewa. Każda warstwa odkłada się w porze deszczowej i każda warstwa ma w sobie informację o tym, ile tej pory było wody. Zespół z Uniwersytetu Cambridge opublikował w sierpniu dwa tysiące dwudziestego piątego roku w czasopiśmie Science Advances analizę tego stalagmitu, rok po roku, przez sto pięćdziesiąt lat. I to, co w tym stalagmicie zobaczyli, było mrożące.
Między rokiem osiemset siedemdziesiątym pierwszym a tysiąc dwudziestym pierwszym naszej ery osiem susz, każda trwająca co najmniej trzy lata. A pośród nich jedna trwająca trzynaście lat bez przerwy. Trzynaście lat trzynaście kolejnych zepsutych pór deszczowych. Wyobraź sobie kraj, który żyje z deszczu, bo nie ma w nim rzek, które można by wykorzystać do nawodnień. Jukatan to wapień, woda znika pod ziemią, zostają tylko naturalne studnie zwane cenotami. Jeśli deszcz nie pada, nie ma nic. I przez trzynaście lat deszcz nie padał.
A wcześniejsze badania, robione przez ten sam zespół w Lake Chichancanab, pokazały, że w szczytach tej epoki opady spadły o siedemdziesiąt procent w stosunku do normy. Średnio o czterdzieści do pięćdziesięciu czterech procent. Przez pół wieku.
Ale tu jest rzecz, która zmienia całą opowieść. Majowie mieli techniki przechowywania wody. Mieli system rezerwuarów, który archeolodzy dzisiaj uważają za wzór dla nowoczesnego gospodarowania zasobami. Przez stulecia radzili sobie z suszą. Dlaczego nie poradzili sobie tym razem.
Odpowiedzi zaczynają się schodzić do jednej, i ta odpowiedź brzmi niepokojąco znajomo. Na suszę nałożyły się rzeczy, które Majowie robili sobie sami. Przede wszystkim wylesianie. Zespół z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara pokazał w listopadzie dwa tysiące dwudziestego piątego roku, na podstawie modelowania klimatycznego i danych palinologicznych, że wycinanie lasów wokół wielkich miast Majów zmniejszało opady w tym samym regionie. Mniej drzew oznaczało mniej parowania, mniej parowania oznaczało mniej chmur, mniej chmur oznaczało mniej deszczu. Majowie nie byli ofiarą obcej klęski klimatycznej. Byli częściowo autorami swojej własnej.
Do tego dochodzą rzeczy, które zawsze się dzieją, kiedy zaczyna brakować jedzenia. Konflikty wewnętrzne. Walki między miastami. Emigracja tych, którzy mogą. I, co ciekawe, delegitymizacja władzy. Władza Majów była sakralna. Król był pośrednikiem między światem ludzkim a światem bogów deszczu. Król obiecywał deszcz. Król odprawiał rytuały, żeby deszcz przyszedł. Kiedy deszcz nie przychodził przez trzy lata, przez pięć, przez trzynaście, lud przestawał wierzyć, że ten król jest rzeczywiście kimś, kim być powinien. I pod pewien moment ten lud po prostu wyszedł. Opuścił miasta. Dżungla wdarła się na place targowe, pokryła piramidy, zatarła ścieżki. Kiedy osiem wieków później przyszli konkwistadorzy z Hiszpanii, nie uwierzyli, że miejscowi Indianie zbudowali to wszystko. Przecież, myśleli Hiszpanie, ci ludzie żyją w drewnianych chatach w lesie, jak by mogli zbudować coś takiego. Taka jest skala zapomnienia, która wchodzi w historię, kiedy cywilizacja umiera.
I kiedy układa się te trzy historie obok siebie, zaczyna być widoczny wzór.
Brąz. Susza, głód, trzęsienia, najazdy, rozpad handlu, a potem długie ciemne wieki.
Rok pięćset trzydziesty szósty. Wulkan, ciemność, głód, a potem dżuma, która dokańcza dzieła, a potem sto dwadzieścia lat chłodu.
Majowie. Susza, wylesianie, wojny między miastami, utrata wiary w elity, a potem tylko dżungla.
Za każdym razem wiele rzeczy naraz. Za każdym razem splot, w którym każda pojedyncza nitka sama przez się nie jest katastrofą. Susza bywała przedtem. Wulkany wybuchały przedtem. Wojny toczyły się przedtem. Handel czasem się rozpadał. Wszystko to są rzeczy, z którymi cywilizacja potrafi sobie dać radę. Ale kiedy kilka tych rzeczy spotka się w tej samej dekadzie, zaczyna działać zjawisko, które matematycy nazywają „nieliniowym sprzężeniem zwrotnym", a normalni ludzie mówią po prostu, że „wszystko wali się naraz".
I tu robi się dla nas niewygodnie.
Bo kiedy patrzy się na to, co wiemy dziś o klimacie, handlu, demografii, łańcuchach dostaw, trudno uciec od pewnej refleksji. Nie chodzi o to, że nasza cywilizacja stoi na progu upadku. Nikt tego w sposób odpowiedzialny nie twierdzi. Chodzi o coś subtelniejszego, ale z tego powodu jeszcze bardziej denerwującego. Chodzi o to, że nasza cywilizacja ma wszystkie cechy, które w poprzednich trzech wypadkach czyniły system kruchym.
Jesteśmy bardziej połączeni ze sobą, niż byli Mykeńczycy. Jeśli jeden kontener utyka w Cieśninie Ormuz, puchnie cena ropy w całej Europie. Jeśli jeden port w Chinach staje, brakuje chipów w samochodach produkowanych w Niemczech. Pandemia dwa tysiące dwudziestego roku pokazała to w trzech tygodniach. Zależymy od trudnych do zidentyfikowania podzespołów, które produkowane są w trudnych do znalezienia fabrykach, w krajach, w których nigdy nie byliśmy. Tak jak brąz zależał od cyny z Afganistanu. I tak jak Mykeny nie miały pojęcia, jak wyglądają kopalnie cyny u podnóża Hindukuszu, tak i my nie mamy pojęcia, co się dzieje w tajwańskich fabrykach półprzewodników, dopóki nagle tego nie brakuje.
Zmieniamy klimat planety w tempie, które jest bezprecedensowe w historii naszego gatunku. Ostatnie pomiary Copernicusa, unijnej służby klimatycznej, pokazują, że ostatnie trzy lata były cieplejsze o półtora stopnia niż epoka przedindustrialna, co jest pierwszym takim okresem od początku pomiarów. To nie znaczy, że nastał koniec świata. To znaczy, że wchodzimy w rejony, których nasza cywilizacja nigdy nie testowała. Rolnictwo, architektura, porty, miasta, wszystko zostało skalibrowane na klimat, którego coraz bardziej nie ma.
W sierpniu dwa tysiące dwudziestego piątego w czasopiśmie Journal of Geophysical Research ukazała się praca, która przeszła w mediach zdumiewająco cicho. Zespół naukowców pod kierownictwem Renégo van Westena z Utrechtu przeanalizował dwadzieścia pięć modeli klimatycznych, żeby odpowiedzieć na jedno pytanie. Kiedy zawali się AMOC. Atlantycka Południkowa Cyrkulacja Termohalinowa to wielki prąd morski, który zabiera ciepłą wodę z tropików i niesie ją na północ Atlantyku, a potem, kiedy ta woda się oziębi i zrobi gęstsza, zanurza ją i odsyła z powrotem na południe po dnie. Dzięki temu prądowi Europa Północna, która leży na tej samej szerokości co Syberia, jest w ogóle możliwa do zamieszkania. Ten prąd słabnie od dwudziestu lat, co widać w pomiarach z zachodniego Atlantyku. Na północnym Atlantyku pojawiła się nawet anomalia zwana „zimnym blobem", plamą wody, która jako jedyna na planecie się nie ogrzewa, tylko lekko chłodnieje, bo mniej ciepła z południa do niej dopływa.
Praca z Utrechtu mówi, że pod wysokim scenariuszem emisji punkt krytyczny, po którym kolaps AMOC staje się nieodwracalny, może zostać przekroczony już koło dwa tysiące pięćdziesiątego piątego roku. Pod umiarkowanym scenariuszem około dwa tysiące sześćdziesiątego trzeciego. Sam kolaps trwa potem pięćdziesiąt do stu lat, ale po przekroczeniu tego punktu nie da się go już cofnąć, niezależnie od tego, co zrobimy.
I to nie są liczby z nagłówka gazety. To są liczby z recenzowanej publikacji naukowej. Można je podważać, można się spierać o margines błędu, można o nich nie mówić, ale nie można ich zignorować tylko dlatego, że są niewygodne.
Co by się stało, gdyby AMOC faktycznie zawaliła. Europa Północna dostałaby surowsze zimy i mniej deszczu latem. Część modeli pokazuje, że lokalnie temperatury mogłyby spaść o kilka stopni, paradoksalnie, w dobie globalnego ocieplenia. W tropikach wyhamowałyby albo przesunęłyby się systemy monsunowe. Monsun zachodnioafrykański, indyjski, wschodnioazjatycki. To są deszcze, od których zależy rolnictwo mniej więcej połowy ludzkości.
Kiedy się to czyta, trudno nie pomyśleć o Majach. Oni upadli, bo przy kilku milionach populacji nałożyła się susza i wylesianie. My rozmawiamy o ośmiu miliardach ludzi i o zmianie opadów na połowie globu.
Jest jedna rzecz, której uczy historia kolapsów, i którą trzeba powiedzieć na końcu, bo jest najmniej efektowna, ale chyba najważniejsza.
Ludzie, którzy żyli w tych wszystkich kolapsach, rolnik mykeński w tysiąc dwusetnym przed naszą erą, mieszkaniec Konstantynopola w pięćset trzydziestym szóstym, chłop pod Palenque w dziewięćsetnym naszej ery, nigdy nie wiedzieli, że są częścią kolapsu. Mykeńczyk narzekał, że sąsiad kradnie mu zboże i że dawniej było lepiej. Bizantyjczyk zastanawiał się, czy to kara boska, czy po prostu dziwna pogoda. Maj pakował dzieci i szedł gdzieś indziej, bo tu już nic nie rośnie. Żaden z nich nie wiedział, że przeżywa jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii gatunku.
Australijski historyk Miles Pattenden napisał to tak, myśląc akurat o roku pięćset trzydziestym szóstym, ale tak naprawdę myśląc o nas. „Większość ludzi żyjących wtedy prawdopodobnie nie wiedziała, że mają tak źle".
I myślę, że to jest jedna z najpotężniejszych intuicji, jakie można wynieść z lektury tych trzech historii. Cywilizacje nie upadają tak, jak się to potocznie wyobraża. Nie jest tak, że pewnego dnia coś się wali, dym unosi się nad miastem, i wszyscy wiedzą, że to koniec. Cywilizacje upadają powoli, przez pokolenia, w sposób, który z poziomu jednego ludzkiego życia jest prawie niewidoczny. Krok po kroku staje się gorzej, ale każdy pojedynczy krok da się wyjaśnić czymś lokalnym, czymś chwilowym, jakąś pojedynczą anomalią. Suchy rok. Dziwny sąsiad. Trudne czasy.
Aż pewnego dnia wnuk otwiera oczy i żyje w świecie, o którym dziadek by nie uwierzył, że jest prawdziwy.
Nie wiem, czy nasza cywilizacja jest na takim progu. Tego nie wie nikt. Wiem natomiast, że jeśli jest, to my tego w ten sposób nie zobaczymy. Zobaczymy dziwne zimy i suche marce, nagłówki o rekordach i o prądach oceanicznych, spory przy rodzinnym stole i kłótnie w internecie. Zobaczymy dokładnie to, co widzimy teraz. A czy to, co widzimy, jest początkiem czegoś, czy tylko zwykłym szumem historii, przekonamy się dopiero wtedy, kiedy będzie za późno, żeby coś zmienić.
Dlatego w gruncie rzeczy warto się dziś temu przyjrzeć. Nie po to, żeby wpaść w panikę. Nie po to, żeby uciec na wieś i kopać bunkier. Po to, żeby zachować coś, czego mieszkaniec Ugarit w ostatnich godzinach swojego miasta już nie miał. Trzeźwość spojrzenia. Świadomość, że świat, w którym się żyje, nie jest wieczny, bo żaden dotąd nie był. I że jedyne, co można zrobić, to patrzeć, rozumieć, i nie odwracać wzroku.
Król Ammurapi odwrócił wzrok za późno. Wysłał swoje wojska daleko, swoje okręty jeszcze dalej, a kiedy wróg przyszedł pod bramę, był już sam. Napisał wtedy tę tabliczkę. Wsunął ją do pieca. I pożar miasta wypalił ją tak, jak miał to zrobić skryba.
Tabliczka czekała w ziemi trzy tysiące lat, zanim ktoś ją przeczytał.
Teraz czekamy, czy ktokolwiek przeczyta ją dość uważnie, żeby nie powtórzyć błędu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz