22 lutego 1943 roku, Mieczysław Wasilewski, oficer torpedowy na ORP "Burza" wraz ze Zdzisławem Pleśniakiem popijali gorące kakao i wspominali filmy obejrzane w trakcie pobytu w Glasgow. Ich okręt był częścią grupy eskortowej B3, jak opisywał sam Wasilewski, był to niemalże sielankowo spokojny konwój.
Tego dnia "Burza" została jednak oddelegowana jako wsparcie dla konwoju ON-166, idącego kursem do St. Jones. We wspomnieniach Wasilewskiego spisanych w książce "Rycerze małej floty", ten moment przedstawiony jest w następujący sposób:
"- Proszę wezwać "Kamyka" na pomost!
"Pilot" Stach Olszewski już się pocił w kabinie nawigacyjnej, opracowując kurs zbliżenia. "Kamyk" Wesołowski (pierwszy oficer mechanik) raportował po chwili dowódcy okrętu stan ropy. Podnosimy parę w trzech kotłach i okręt ożywił się jak po dotknięciu czarodziejską różdżką. Gdzieś z pokładu dolatywał głos kapitana ("Napoleona") Łoskoczyńskiego wzywającego bosmana okrętowego do sprawdzenia uszczelnienia okrętu (nasze grodzie wciąż przeciekały). Z wachty krążowniczej przeszliśmy na wachtę bojową.
Sto osiemdziesiąt, dwieście, dwieście dwadzieścia, dwieście czterdzieści obrotów.
W górę kopuła azdyku! Za rufą ukazała się nam własna, jasna smuga. Na gaflu zwisająca, postrzępiona bandera zatrzepotała, odsłaniając białego orła".
Idąc wyznaczonym kursem, polski okręt został nagle koło południa postawiony w alarm bojowy. Powodem były widoczne przed dziobem błyski ognia artyleryjskiego. Co samo w sobie było już niespotykanym niemalże widokiem na Atlantyku w 1943 roku. Napięcie na pokładzie i pod nim sięgnęło zenitu. W tej samej chwili odezwał się radiotelegraf. Nadawcą okazał się eskortowiec USCGC "Spencer", który starał się zatopić opuszczony w wyniku uszkodzenia niemiecką torpedą norweski transportowiec. Ogień okazał się jednak bezskuteczny i Amerykanin dał za wygraną. Polacy zaczęli obserwować opuszczoną jednostkę, dokonując oględzin.
Mieczysław Wasilewski odruchowo omiótł jeszcze sektory dziobowe i zauważył dwa niemieckie U-Booty. Okręty podwodne były jednak w znacznej odległości, tak że na razie mogły zostać zignorowane.
Kapitan Łoskoczyński postanowił zatopić norweski statek, a Wasilewski zapewnił, że wystarczy jedna torpeda. Zdecydowano się na wyrzutnie nr 1. "Burza" opłynęła raz porzucony transportowiec i kiedy znalazła się w dogodnej pozycji, oficer torpedowy dał rozkaz odpalenia "cygara". Jednak po opadnięciu dźwigni nic się nie stało. Zaciął się zawór sprężonego powietrza i torpeda nie została zrzucona do wody. Z pomocą przybył mat Majerski, który w okamgnieniu skoczył z motoru obrotowego i kopnął wadliwy zawór. Ten zasyczała i w tym samym momencie torpeda zsunęła się do wody. Kilka chwil później pióropusz spienionej wody trysnął powyżej masztów ofiary. "Norweg" równomiernie zanurzał się, by po chwili, przełamać się na wysokości śródokręcia i zniknąć na zawsze w odmętach zimnego Atlantyku.
"Burza" ruszyła w kierunku pozycji ON-166, by wesprzeć nieco rozproszony i przetrzebiony już konwój. O zmroku polski okręt przybył na wyznaczone miejsce, a oczom marynarzy ukazały się sylwetki statków rozsypane bezładnie na gasnącym horyzoncie.
W tej chwili tuż przed dziobem niszczyciela, na tafli oceanu, ukazała się mała sylwetka. Niemiecki U-Boot najwidoczniej zdecydował się podejść do alianckich statków od tej samej strony co przybywającą w ramach wsparcia polska jednostka.
"Alarm bojowy! Trzysta obrotów! - zarządził dowódca w nadziei staranowania bezczelniaka.
Podeszliśmy dość blisko do korsarza (helas, na inklinacji zero), gdy Szwab nas zobaczył (przypuszczalnie posłyszano nas na hydrofonie) i rozpaczliwym szusem zaczął się zanurzać. Nie uratowało go to. Azdyk go złapał w swoje kleszcze, a dwie precyzyjne salwy z bomb głębinowych złamały w nim wszelką ochotę do dalszej walki".
U-boot wynurzył się na powierzchnię, Niemcy zamierzali się poddać. USS "Campbell", który przypłyną zwabiony zamieszaniem, postanowił jednak na wszelki wypadek staranować niemiecką jednostkę. Część Niemców, z 12 ocalałych, trafiło na pokład "Burzy" i od nich dowiedziano się, że okrętem, który pomogli zatopić Polacy, był U-606 o nazwie własnej "Hack-Bell". Ten U-Boot miał na swoim koncie 3 zatopione statki, z tego dwa poszły na dno tego samego dnia co on.
ORP "Burza" pomógł rozproszyć niemieckie "wilcze stado" atakujące konwój. Ostatecznie alianci stracili 14 z 63 statków, zatapiając trzy U-Booty. W posłaniu na dno jednego z nich duży wkład miała załoga polskiego "kontrtorpedowca". Jak wspomina Wasilewski, tego dnia odpalono również pierwszą polską torpedę z niszczyciela. Co prawda zatopiono wrak sprzymierzonej jednostki, ale za to celnie i przy pierwszym podejściu.
"... ale myśli moje były wciąż jeszcze w okolicy aparatów torpedowych, z których wysunęła się pierwsza w tej wojnie polska torpeda z okrętu nawodnego, kalibru 550 mm.".
Źródło:
"Rycerze małej floty" Finna - oficyna wydawnicza
*Na fotografii:
1. Okładka książki "Rycerze małej floty"
2. Burza” po przebudowie na niszczyciel eskortowy, w kamuflażu "Reversed"
3. Widok z platformy reflektora na pokład dziobowy ORP "Burza".



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz