ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

czwartek, 19 sierpnia 2021

Tadeusz Gajcy

 ·

16 sierpnia 1944 zginął Tadeusz Gajcy – jeden z wielu młodych poetów poległych w Powstaniu Warszawskim. W swojej twórczości używał pseudonimów „Karol Topornicki”, „Roman Oścień” oraz„Topór”.
Jego przodkowie przed laty sprowadzili się z Węgier do Polski. Urodził się 8 lutego 1922 w domu przy ul. Dzikiej 43/45, w ubogiej robotniczej rodzinie warszawskiej. Jego ojciec był ślusarzem w praskim Taborze Kolejowym, matka zaś położną.
– Pamiętam, jak chodziłem z bratem po zakupy. Szliśmy ulicą Dziką na plac Parysowski. Stało tam pełno kramów z owocami, jarzynami, rybami, pieczywem, mięsem, nabiałem... Krążyliśmy po targu długo, by kupić jak najtaniej zlecone przez mamę, akuszerkę, produkty. Reszta stanowiła bowiem nasze kieszonkowe – opowiada Mieczysław Gajcy, o sześć lat młodszy brat Tadeusza.
W 1937 roku rodzina przeprowadziła się na Bielany do skromnego domku z ogródkiem, który został doszczętnie spalony w czasie powstania warszawskiego. Wyraźną poprawę stopy życiowej zawdzięczali ojcu, który awansował w hierarchii kolejarskiej. Nie bez podstaw mawiano w tamtej epoce: kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej!
Uczęszczał do gimnazjum oo. Marianów na Bielanach. Zdawał maturę w 1940 r. na tajnych kompletach.
– Tadzik nie miał kłopotów z nauką. Tyle że wolał przedmioty humanistyczne od ścisłych. No i kochał sport. Chętnie grywał w siatkówkę i piłkę nożną. Lubił kino. Szczególnie zwariowane komedie z braćmi Marx. Kieszonkowe wydawał również na pączki, po które jeździł do cukierni Zagoździńskiego na Wolską róg Syreny – opowiadał Bogdan Turkiewicz, szkolny kolega poety.
Już jako nastolatek miał Gajcy łatwość pisania. Być może wpłynęły na to liczne lektury. Podczas gdy rówieśnicy kopali piłkę lub flirtowali z dziewczynami, on ślęczał nad książkami. I to bynajmniej nie młodzieżowymi. Wcześniej od innych przebrnął przez dzieła Conrada, Kafki, Hamsuna, Czechowa, Celine’a, Haszka, Dostojewskiego. To byli jego ulubieni autorzy. Przede wszystkim jednak interesowała go poezja współczesna, tworzona przez żagarystów oraz Jerzego Lieberta, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Władysława Sebyłę, Wojciecha Bąka oraz Józefów: Czechowicza i Łobodowskiego.
Debiutancki tomik Gajcego – Widma – ukazał się w podziemnym wydawnictwie w maju 1943 r. Jesienią tego samego roku poeta zrezygnował z pracy magazyniera, by móc poświęcić się pisaniu. W maju 1944 powstał kolejny tomik poezji – Grom powszedni.
– W tym momencie, kiedy ten tom się ukazał Widma, nastąpiło wydarzenie, które bardzo wpłynęło na postawę i życie Gajcego – podkreślał Lesław Bartelski. – Mianowicie 25 maja, z samego rana, trzech młodych poetów: Zdzisław Stroiński, Wacław Bojarski i właśnie Tadeusz Gajcy poszli złożyć wieniec pod pomnikiem Kopernika.
Taki czyn nie mógł obejść się bez konsekwencji. Stroińskiego i Bojarskiego aresztowano. Okoliczności tych wydarzeń Gajcy relacjonował Zofii Orszulskiej. – Zdzich robił zdjęcia i w tym momencie pokazał się nasz granatowy policjant i zaczął go stamtąd ściągać – opowiadała. – Tadek usłyszał: "Strzelaj!" i strzelił. Wtedy wysypali się żandarmi i chłopcy zaczęli uciekać.
Korzystając ze wspaniałej, letniej aury, w połowie lipca 1944 r. pojechali ciuchcią pod Otwock. Tam uczestniczyli w sławnym meczu futbolowym młodych pisarzy skupionych w rozmaitych ugrupowaniach konspiracyjnych. Na boisku różnice światopoglądowe nie odgrywały najmniejszej roli. Z jednakowym zapałem kopali piłkę: Gajcy, Stroiński, Roman Bratny i jego brat Andrzej Mularczyk, Lesław Bartelski, Wojciech Mencel, Witold Zalewski. Nikt nie zapamiętał rezultatu.
Rankiem 1 sierpnia 22-letni Tadeusz Gajcy, żegnając się z rodziną, złożył na jej ręce bruliony ze swoimi manuskryptami, dzięki czemu znamy chyba cały jego dorobek.
W Powstaniu walczył na Starym Mieście w grupie szturmowo-wypadowej porucznika Jerzego Bondorowskiego (ps. „Ryszard”).
Ostatni zachowany wiersz Gajcego odnosi się do wybuchu zdobytego przez powstańców warszawskich niemieckiego transportera min, do którego doszło 13 sierpnia 1944 r. przy ulicy Jana Kilińskiego na warszawskim Starym Mieście. Zginęło wtedy ponad 300 osób.
Święty kucharz od Hipciego
Wszyscy święci, hej, do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
Wprost z rynsztoków Kilińskiego!
Salcesonów misa pełna,
Świeże, chrupkie
Pachną trupkiem
Do godów Święci, do godów.
Przegryźcie Chrystusem Narodów!
...
Zapewne mocno sarkastyczna wymowa utworu sprawia, iż do dziś bywa pomijany w kolejnych antologiach poety – w przeciwieństwie do sztandarowych wierszy Gajcego, takich jak: „Miłość bez jutra”, „Pieśń nostalgiczna”, „Do potomnego” czy dramatu „Homer i orchidea”. Te figurują już w kanonie.
A to jeszcze dwa wiersze poety:
WCZORAJSZEMU
Ufałeś: na niebo jak na strunę miękko złożysz dłoń,
muzykę podasz ustom, utoczysz dotknięciem,
łukiem wiersza wysokie księżycowe tło
wprowadzisz w bezmiar dolin -
Modlitwę nocnych cieni rozwiesisz jak więcierz
na słodkich oczach dziewann i szumach topolich.
Ufałeś: trzepot ptaków rozsiejesz ziarnisty,
rozległą piersią ujmiesz horyzonty, w których świat
pływa mały jak z dzieciństwa okręcik.
Klechda z omszałych lat
- świty w klechdzie powiewały krwawe -
do snu kołysała dzieci.
Taką klechdą przełamał się dzień
walczącej
Warszawy.
Wtedy -
rozwiodły się nad miastem ornamenty łun
na złotych kolcach wieżyc i bełkocie Wisły,
muzyka – lecz nie nieba – krążyła jak sen,
dziś wiesz:
to skowyt strzałów na brukach się wił,
otaczał, chodził wokół jak zbłąkany zwierz.
A tobie – dni wczorajsze w oczach nie ostygły,
ufałeś…
Księżyc sierpem zmrużone rzęsy kosił,
wśród krzyży zwijał świata purpurową nitkę;
żołnierze nieśli drżące, spokorniałe oczy
na sfruwającą powietrzem
białą Nike.
Falował spokój w ciepłej darni,
kiedy młodzi plecami wsparci o wieczność
odchodzili w głębokie posłania.
Więc nakryły ich obłoki podobne kulistym mleczom
i wiatr, któremuś wierzył – składał pocałunki umarłym.
Nie wiedziałeś, że dłoń, którą uczyłeś śpiewać,
potrafi nienawidzić i pięścią grubieć pełną,
gniewu unosić żagiew -
Ufałeś. Nie ukoił twoich ust śpiew drzewa
i oczu blask nie zajął pod kopułą hełmu,
i serca nie nasycił krzyk wbity na bagnet.
Dzień rozbrój z woni siana. Sandały zielone
niech zostawi przed progiem, na którym go czekasz -
odejmij pustkę oczom, gdy w smutku zatoną,
i nie daj mówić wiatrom o liliowych zmierzchach.
Bo kłamią. Bo śpiewają gorejącą lawą,
że znowu dłoń na niebo jak na strunę złożysz,
muzykę podasz ustom -
Dzisiaj -
w piaskach cmentarzy
powiędły echa strzałów,
wiruje błękit niski jak wczoraj łaskawy,
jak lustro.
Każ trawie, by milczała. Jej śpiew cię zadławi,
spowije watą wzruszeń i ciśnie w niepamięć.
Nim ockniesz, się już serce zagubisz w obrazie
I dłonie w przerażeniu milcząco załamiesz.
Dzisiaj
inaczej ziemię witać!
Wierzyłeś: słowiczym pieniem wierszy popłynie sława harda
i wzejdzie w barwnych tęczach, obudzi się w mitach.
Nie tak.
Nazbyt duszno jest słowom na wargach
ciosanym z łun i żalu o wadze kamienia -
Myślałeś: będzie prościej.
A tu słowa, śpiewne słowa trzeba zamieniać,
by godziły jak oszczep.
MIŁOŚĆ BEZ JUTRA
Mój sen śmiertelny ciałem spełniasz
i słowem płochym w śnie poczętym;
puszysta włosów twoich perła
jak płomień krągły w pościel spływa,
gdzie dłoń pierzasta jak z igliwia
rozdziela cienie ciał od lęku.
Mówimy szeptem krwi łagodnej
słuchając w sobie: niech w nas płynie,
niech niesie - światło jak w roślinie
prześwietli serc planety małe
i obudzimy się słuchając
szelestu chmur i grania wody.
Bo tyle tylko jest w nas ciepła,
co dłoń zdziwiona objąć zdoła,
i trwogi tyle, co zakrzepła
wyryje w twarzy łza jak z ognia
i głosu w nas, co wydać może
w kielichu warg języka ostrze.
Niech płynie w nas - mówimy jeszcze
ten szmer ciemności, póki księgę
obłoków wiatr przegina miękką.
Bo tyle tylko wiary w pieśni,
ile obrazu pod powieką
ziemi odbitej ostatecznie.

Brak komentarzy: