8 marca 1944 roku, licząca około 1000 żołnierzy niemiecka ekspedycja, według niektórych źródeł wspierana przez formacje ukraińskie dokonała pacyfikacji wsi Jamy w powiecie lubartowskim w województwie lubelskim. Napad na wieś był odwetem za przeprowadzony dzień wcześniej przez partyzantów Armii Ludowej atak na stacjonującą w Jamach jednostkę Turkmenów. Zabito 152 mieszkańców, w tym 31 dzieci, których wiek nie przekraczał 10 lat.
Napastnicy, posuwając się tyralierą od strony Ostrowa, systematycznie wypędzali mieszkańców z budynków, które następnie doszczętnie ograbiano i podpalano. Ludność mordowano bez względu na wiek i płeć. Świadkowie wspominali, że żołnierze zamknęli grupę Polaków w jednej z obór, którą następnie podpalili. Inną grupę, liczącą około 30 osób, spędzono w jedno miejsce i rozstrzelano ogniem broni maszynowej.
Wspomina jeden ze świadków:
"Małe dzieci chwytali za nogi i żywcem wrzucali w płomienie. Kobiety i dziewczęta były najpierw gwałcone, zabijane, a ich zwłoki wrzucane do ognia”.
Wspomina Józef Wolski:
"Wciąż mam w pamięci straszny jęk mojego ukochanego ojca i siostry oraz jęk dziecka, które kwiliło obok rannej matki. A następnie dwa strzały zbira, który zamordował oboje z bliskiej odległości (...) Nie mogę zapomnieć swojej ukochanej nauczycielki Adeli Sieradczuk, która zawsze była dla nas taka dobra, a którą spotkał tak tragiczny los. Znała opowiadania o tym, jak Własowcy obchodzą się z kobietami. Wiedząc, że otoczyli wioskę i penetrują mieszkania ukryła się w piecu chlebowym. Będąc subtelną i piękną kobietą nie chciała skalać swojej godności. Gdy Własowcy nie znaleźli jej w pokoju podpalili szkołę i biedna nasza pani spłonęła żywcem. Została całkowicie spalona, a jej ciało rozpoznano jedynie po rąbku niebieskiej sukienki. Takich strasznych chwil nigdy się nie zapomina"
W wyniku pacyfikacji wieś została niemal doszczętnie zniszczona. Ocalał tylko jeden dom mieszkalny, trzy spichlerze oraz jedna stodoła. /Boguś

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz