ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 9 września 2025

Jak wchodziliśmy do autobusów, zabrzmiała komenda „Baczność” i wszyscy Niemcy salutowali

 

Niedawno opisywałem obronę Westerplatte, dzisiaj epilog. Po kapitulacji obrońców Westerplatte zostali przeprowadzeni pod Mewi Szaniec. Niemieccy mieszkańcy Gdańska lżyli ich i obrzucali kamieniami. Eskortujący polskich jeńców żołnierze Kriegsmarine odtrącali rozwścieczony motłoch kolbami karabinów. Jakiś otyły członek SA rzucił kąśliwie do Polaków: ''Aleście w dupę dostali''. Któryś z Westerplatczyków odciął mu się: ''Jakoś nie bardzo to po nas widać, tłusty wieprzu''. Znowu przypomnę słowa ogniomistrza Piotrowskiego: ''Partia hiBBerowska, zażądała aby bandytów z Westerplatte prowadzić piechotą przez Gdańsk, byliby nas zlinczowali, ale oficerowie powiedzieli – Nie. Musicie przysłać cztery autobusy i trzeba ich odwieźć - i tak zrobili. Jak wchodziliśmy do autobusów, zabrzmiała komenda „Baczność” i wszyscy Niemcy salutowali.'' Jak potoczyły się losy bohaterów Westerplatte? Major Henryk Sucharski po kapitulacji Niemiec z oflagu II C Woldenberg przedostał się na Zachód, do II Korpusu, gdzie spotkał Melchiora Wańkowicza. Opowiedział mu historię WST, wysuwając siebie na pierwszy plan. Zmarł w Neapolu w 1946 roku. Major tym samym stał się wygodnym bohaterem ''władzy ludowej'', gdyż nie mógł ustosunkować się do narracji, nie można też było skonfrontować go z pozostałymi członkami obrony. Na podstawie rozmów z majorem słynny korespondent wydał książkę ''Westerplatte''. W 1971 roku szczątki Sucharskiego sprowadzono do kraju, chociaż przez wiele lat zbywano prośby rodziny, by to zrobić. Uważa się, że wpływ na tę decyzję miała ''grudzień '70'' i masakrowanie strajków robotniczych. Majora pochowano na Westerplatte. Do niedawna był tam jednym z dwóch pochowanych westerplatczyków. Drugim był kapral Andrzej Kowalczyk, poległy 1 września. A raczej - miał być. W 2019 roku okazało się, że w grobie na Westerplatte nie spoczywa kpr. Kowalczyk, tylko... niemiecki żołnierz. Inaczej potoczyły się losy kapitana Franciszka Dąbrowskiego. Po wyzwoleniu oflagu wrócił do Polski, od razu wstąpił do ''ludowego'' Wojska Polskiego i PPR, awansowano go do stopnia komandora podporucznika. Był jednym z najlepiej ocenianych oficerów WP. Jednak i on nie uchronił się przed prześladowaniami jako ''sanacyjny oficer''. W 1950 roku zwolniony z wojska bez emerytury, później wyrzucony z partii na wniosek jakiejś przewodniczącej PPR jako ''wróg klasowy'' i ''sanacyjny faszysta'', szył chałupniczo kapcie, mieszkając w malutkim, zapuszczonym mieszkanku. ''Zebranie tej redakcji, poświęcone zdrowym odruchom czujności rewolucyjnej, zgromadziło kilkaset osób. Prowadziła je, pełniąca funkcję sekretarza, towarzyszka Wiśniewska. Towarzyszka Wiśniewska była za swego poprzedniego życia sprzątaczką w jakiejś chrzanowskiej fabryce (…). Miała polecenie oczyścić organizację partyjną i zabrała się do tego z pełną gorliwością (…). W pewnej chwili zza stołu prezydialnego padło nazwisko „Dąbrowski” (…). Aby sprawę uściślić, towarzyszka Wiśniewska, wstrzymując oddech, dodała, akcentując każdą literę: „Przedwojenny oficer”. Wstał z miejsca szczupły, wymizerowany mężczyzna i zaczął mówić, a raczej opowiadać swój życiorys (…). Kiedy kapitan Dąbrowski wydukał już swój życiorys, królująca za stołem prezydialnym towarzyszka Wiśniewska ze zgrozą spojrzała na salę i tak, mniej więcej, podsumowała to, co usłyszała: „A więc mamy w naszych szeregach przedwojennego oficera Polski sanacyjnej, czyli wroga. Udział w wojnie nie tłumaczy kapitana Dąbrowskiego. Sprawa jest jasna. Kto z obecnych jest za usunięciem kapitana Dąbrowskiego z partii?” Odwołanie Dąbrowskiego zostało oczywiście odrzucone. Zrozumiałem więc – wyrok na Dąbrowskim został wykonany. Okazało się, że się myliłem. Była to bowiem połowa wyroku (…). Zjechała do Krakowa komisja, by do końca oczyścić wydawnictwo z wrogich elementów. Komisja – kierowała nią niejaka Nowicka – uznała, że Dąbrowskiego należy natychmiast usunąć także i z pracy.'' Jego ''faszystowskie'' pochodzenie klasowe, biegła znajomość czterech języków i etos przedwojennego oficera uniemożliwiły mu karierę. Od przybycia do Krakowa był inwigilowany. Dopiero osobista interwencja gen. Bolesława Kieniewicza, dowódcy Krakowskiego OW i sowieckiego oficera w WP, poprawiła sytuację komandora, dostał odszkodowanie, lepsze mieszkanie i pracę w kiosku w atrakcyjnym miejscu na krakowskich Plantach. Jednak pobyt w niewoli i trudne, powojenne lata odbiły się na wyniszczonym zdrowiu komandora. Zmarł na gruźlicę w 1962 roku. Pochowano go na Cmentarzu Rakowickim, tam, gdzie powinien być - na Alei Zasłużonych. Niedaleko mnie znajduje się dom, gdzie mieszkał. ''Może kiedyś znajdzie się dokumentalista, który film [o Westerplatte] uzupełni historią o tym, jak „czujność” partii zdemaskowała w jej szeregach wroga w postaci bohaterskiego oficera i jak to ruski generał odnalazł w swoich żyłach tę jedną kroplę polskiej krwi, której zabrakło krakowskim działaczom.'' Warto tu wspomnieć o jeszcze jednym oficerze - kapitanie lekarzu Mieczysławie Słabym, wielkim opiekunie chorych i rannych na WST, operującym w bardzo prowizorycznych warunkach, który również po wojnie wstąpił do WP. W 1947 roku został aresztowany przez UB za domniemaną przynależność do WiN i nieludzko skatowany przez ubeckich zbirów w tak nieodległym od mojego mieszkania krakowskim więzieniu Montelupich. Przez pięć miesięcy ubeckie zbiry odmawiały mu pomocy medycznej. Ciężko skatowany, zmarł w męczarniach w 1948 roku. I on spoczął na Rakowicach. Dopiero po miesiącu jego siostra otrzymała jego czapkę i płaszcz z zerwanymi dystynkcjami. Przez całe dekady jego nazwisko było wręcz wymazane z historii obrony Westerplatte. W 1990 roku go zrehabilitowano pośmiertnie i nadano stopień majora oraz otrzymał nagrobek. Z wojska wyrzucono też podporucznika Zdzisława Kręgielskiego, zwanego ''Małym'', jako ''element klasowo niepewny''. Ten przez dłuższy czas nie mógł znaleźć żadnej pracy. Podobny los spotkał porucznika Leona Pająka, ciężko rannego 1 września. Ostatni z westerplatczyków, mjr Ignacy Skowron (notabene, walczący podczas wojny w ZWZ-AK), zmarł w 2012 roku. Słynne stały się jego słowa, wypowiedziane podczas obchodów 70. rocznicy wybuchu II WŚ: ''Nigdy więcej wojny!''. Na temat WST rozpisywano się wiele, wiele razy. Ale dopiero po 1956 roku. Wcześniej ''władza ludowa'' ignorowała żyjących westerplatczyków. Przyjmowano, że wszyscy zginęli w 1939 roku. Po odwilży wreszcie westerplatczycy otrzymali trochę należnej im chwały. Szczególnie w to zadanie zaangażował się Zbigniew Flisowski, znany bardzo dobrze autor-marynista. Powstał film z 1967 roku w reżyserii Stanisława Różewicz, wysuwający nieco za bardzo naprzód postać Sucharskiego (lecz nadal to bardzo dobry film!). Losy obrońców wspomniano też w popularnej książce Janusza Przymanowskiego i serialu ''Czterej Pancerni i Pies''. W końcu - brygada pancerna Janka Kosa nosiła buńczuczne miano ''Bohaterów Westerplatte'', chociaż gdy brygada znajdowała się niedaleko miejsca bitwy, której nosiła nazwę - w jej czołgach nie było prawie ani jednego Polaka... Samych westerplatczyków wiele lat inwigilowano, aż do lat 80. Nawet ich rzekoma ''opiekunka'' była oficerem SB, skłócała ich ze sobą i zarabiała na nich pieniądze (m.in. zabierała od nich ''datki'' na wydanie swojej książki), gdy oni żyli w nędzy. Podobno kradła nawet po nich pamiątki. Gdy na Westerplatte pojawili się niemieccy weterani w symbolicznym geście pojednania z dawnymi obrońcami, ''opiekunka'' przekazała prasie, że doszło tam do ''popijawy z hitlerowcami''. SB wykopała nawet wieniec spod pomnika, złożony przez niemieckich weteranów. W efekcie niemiecka strona zrezygnowała z przekazania lufy armaty 75 mm. Fałszowała nawet podpisy weteranów na petycjach przeciwko pojednaniu w latach 90. Przez 45 lat PRL niewielu westerplatczyków otrzymało jakieś odznaczenia, większość z nich uhonorowano dopiero po 1990 roku. Wielu z nich po prostu wegetowało w socjalistycznej Polsce. Nawet na uroczystość odsłonięcia pomnika ''obrońców wybrzeża'' zaproszono tylko kilku, a tych, którzy przybyli prywatnie - zwyczajnie wyproszono z uroczystości... Serce łamie się, gdy czyta się listy westerplatczyka, Jana Ziomka: ''Zaraz po wojnie nawet nie przyznawałem się, że byłem na Westerplatte. Jak siedziałem na UB, podczas spisywania moich danych personalnych, podałem służbę na Westerplatte. Okrutnie mnie wówczas pobili za to... że służyłem u Hynkela, bo to było - według nich - w Niemczech.'' Okrutną, gorzką ironią losu jest to, że bohaterowie tak czczonej przez ludową władzę placówki byli przez nią najmocniej represjonowani... Niestety, ale o ponurej rzeczywistości powojennej nikt jakoś filmu nie zrobił. O tym (na szczęście już zapomnianym) beznadziejnym tworze sprzed paru lat jakiegoś ...chlewa, podobno o Westerplatte z 2013 roku, nie wspominam. Ta produkcja nie nadaje się do jakiegokolwiek komentowania, zawiera tyle przekłamań i manipulacji, że nie warto jej poświęcać jakiejkolwiek uwagi. * * * Sama WST przez dekady wyglądała tragicznie, wręcz odrażająco. Miejsce rozpoczęcia wojny, agresji Niemiec na Polskę i heroicznej walki polskich żołnierzy było do niedawna po prostu w stanie rozpadu. Schrony i ruiny koszar były brudne, zaśmiecone, śmierdzące moczem i kałem, upstrzone bazgrołami. Wartownie stały się miejscami degustacji trunków okolicznego folkloru i wychodkiem dla turystów. Straszy pomnik ''obrońców wybrzeża'' z sowieckimi marynarzem i żołnierzem dzierżącymi pepeszę. Co on ma wspólnego z Westerplatte - nie mam pojęcia. Na miejscu postawionego z inicjatywy kapitana Dąbrowskiego krzyża postawiono... sowiecki czołg. Koszary, które przetrwały walki bez poważniejszych zniszczeń, wyglądają dzisiaj jak po eksplozji bomby atomowej. Po wojnie wysadzili je w powietrze sowieccy ''wyzwoliciele''. Po co? Znowu nie mam pojęcia. Nie lubię politykować, ale inaczej się nie da. Znowu. Z Gdańskiem jestem osobiście związany. Mało co mnie tak oburza, jak sprawa upamiętnienia historycznego w Gdańsku. I będę o tym głośno mówił, niezależnie od tego, czy komuś się to nie podoba. Władze Gdańska przez 30 lat ''wolnej III RP'' jakoś nie zajęły się terenem. W 2007 roku obiecywano przynajmniej uporządkowanie terenu do czasu 70. rocznicy niemieckiej agresji, ale tak się nie stało. Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku latami nie interesowało się terenem dawnej WST. Piękny, uzdrowiskowy półwysep, przed II WŚ słynący ze żwirowych alejek i eleganckiego, zadbanego lasu, wyglądał jak melina. Kiedy w zeszłym roku Skarb Państwa przejął teren dawnej Wojskowej Składnicy Tranzytowej, rozległ się jazgot ze strony władz (Wolnego Miasta) Gdańska i ich wiernych klakierów w postaci jakichś starych bab stojących z kartkami ''Nie oddamy Westerplatte'' (sic!). Gdy badaniami archeologicznymi zajęli się wreszcie kompetentni ludzie, okazało się, że wśród puszek po piwie, gruzu, w brudzie i syfie nadal spoczywają szczątki poległych westerplatczyków. W sumie dziewięciu. Znajdowano ich rzeczy osobiste i elementy wyposażenia. W 2019 roku. 80 lat po bitwie. W mieście, którego wiceprezydent mówił o tym, że wojna zaczęła się od ''złego słowa Polaka wobec innego narodu''. Mówił to z błazeńskim uśmiechem kilkaset metrów od miejsca, gdzie mordercy z SS-Wachsturmbann ''E'' palili żywcem bezbronnych Pocztowców miotaczami ognia, a ''Schleswig'' okładał pociskami 280 mm teren Westerplatte. Kilka kilometrów od Polenhofu, gdzie SS-Wachsturmbann ''E'' już pierwszego dnia wygarniało tysiące Polaków. Wprost do piaśnickich lasów, by, zgodnie ze słowami Gauleitera, znaleźli swoje miejsce w niemieckim Danzig. Dwa metry pod ziemią. Jego przełożona ''błysnęła'' propozycją ''radosnego pochodu'', tańców i ''świętowania rocznicy''. ''Radosny pochód'' miał mieć miejsce w rejonie Długiego Targu. Cóż, w sumie ma to jakiś związek. We wrześniu 1939 roku tam też był ''radosny pochód'', kiedy pewien malarz z wąsem przyłączał Gdańsk do Rzeszy. Dla porównania, Pearl Harbor, a konkretniej wrak pancernika USS ''Arizona'' to dla Amerykanów święte miejsce. Tak święte, że załoga każdego amerykańskiego okrętu, wchodzącego do bazy, ma obowiązek oddać hołd 1102 marynarzom, spoczywającym wewnątrz wraku. Bandera wojenna USA nadal powiewa nad okrętem. Formalnie pancernik nadal jest okrętem US Navy. Wyciekającą powoli ropę z wraku pancernika nazywa się ''łzami Arizony''. Nikt się nie waży zrobić tam czegoś niestosownego. Jakże to odmienne, prawda? Gdańsku, po raz kolejny wstydź się. Masz za co. II wojna światowa w kolorze dodał zdjęcie do albumu Kampania Polska 1939 Na zdjęciu: członkowie WST po kapitulacji, 7 września 1939 r. Koloryzacja: Kolor na froncie [A] za Marek Bąkowski

Brak komentarzy: