Miałem wtedy 20 lat. Szukałem metodycznie szczęścia. Próbowałem, próbowałem.
Właśnie wracałem z jakiegoś spotkania. Na spotkaniu było fajnie, ale po nim już nie... Wciąż czułem brak.
Nie wiedziałem, czym jest szczęście, ale wiedziałem, gdy go nie doświadczałem. Byłem konsekwentny. Jeśli czegoś spróbowałem i nie znajdowałem szczęścia, więcej tego nie robiłem. No i znowu nie miałem go w sobie. Już była noc. Było jesiennie, późno, około północny. Wiała zimny wiatr, na drzewach łopotały nieliczne liście. Latarnia oświetlała opustoszałe konary, drogę i kapliczkę. Przystanąłem. Zwróciłem się twarzą do kapliczki. Pomyślałem, że w sumie szukając szczęścia, nigdy nie pytałem o nie Boga. Choć byłem gorliwym katolikiem. Pomodliłem się: Boże, jeszcze tylko Ciebie nie prosiłem o szczęście. To był moment przełomu.
Tak mogło to wyglądać, bo przecież nikt mi wtedy nie robił zdjęć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz