ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 7 września 2025

UKRAINKA UTOŻSAMIAŁA „BANDEROWSZCZYZNĘ” Z BESTIALSTWEM !



W kolejnej partii „dokumentów i wspomnień” przygotowanej przez świętej pamięci Petra Makarenkę, której tłumaczenie jest poniżej, znajdujemy tego dowód:

„Banderowszczyzny u nas silnej nie było, bo ludzie powstrzymywali się nawzajem od bestialstwa”

UKRAIŃSKA MOTYKA = NARZĘDZIE HOLOKAUSTU !?

„Ale nas, Ukraińców, nie można uważać za dobrych ludzi. Jeden mężczyzna ze wsi dowiedział się, że ta dziewczyna [Żydówka] żyje, znalazł ją na polu, gdzie pasła krowy, i zarąbał ją na śmierć motyką”

ILUSTRACJA nr 1 ułatwia wyobrażenie sobie zastosowanie ukraińskiej motyki w nazistowskim niemieckim Holokauście.

„Pasłam krowy z Żydóweczką, taką piękną dziewczyną, miała 21 lat, ale przyszedł wujaszek [Ukrainiec] ze Stawyszcz i zabił tę dziewczynę”

Aż 2 przypadki „prywatnych” ukraińskich mordów na Żydach w jednej tylko wiosce...

„CAŁA DROGA USŁANA KWIATAMI”

W 1939 roku w wiosce Stepań Ukraińcy witający Armię Czerwoną „całą drogę zasypali kwiatami”. Naród bohatersko walczący z bolszewizmem „bombardował” wrogów kwiatami?

„W tym samym 1939 roku przez Stepań przeszła armia radziecka, cała nasza rodzina była na polu i widzieliśmy jak, przeważnie na koniach, jechało wielu żołnierzy drogą na Midśk. Kiedy przyjechaliśmy do domu, to od naszej chaty i dalej za zakrętem, cała droga była usłana kwiatami, ludzie witali w ten sposób nową władzę”

ILUSTRACJA nr 2: Oglądając ten plakat nie trzeba się śmiać, że to prymitywna propaganda. Bo tak naprawdę odzwierciedla on rzeczywistość z fotograficzną dokładnością...

Świętej pamięci Petro Makarenko włączając do swojej książki opublikowane poniżej trzy relacje daje czytelnikowi wytrych do furtki w murze kłamstw zbudowanym przez propagandę, niestety, przy kolaboracji „zawodowych” historyków, przede wszystkim o OUN-UPA i relacjach tej totalitarnej zbrodniczej organizacji z ludnością ukraińską.

Kontynuujemy uwalnianie efektów pracy świętej pamięci Petra Makarenki z żelaznej klatki cenzury, z niewoli słowa, udostępniamy kolejny przetłumaczony na język polski fragment książki „niepożądanej” na Ukrainie.

CZTERNASTA CZĘŚĆ KSIĄŻKI NIEPOŻĄDANEJ NA UKRAINIE

Wieś Nowa Rafałówka, rejon włodzimierski
Wspomina Krewśkyj Mykoła, urodzony w 1925 roku.

„Moja matka była tkaczką, jej ojciec pochodził ze Starej Rafałówki, a mój dziadek pracował jako leśniczy za czasów carskich i krótko za czasów polskich, po tej służbie opanował rzemiosło bednarskie i zajmował się tym rzemiosłem do późnej starości. Mój ojciec przybył do Rafałówki
w 1905 roku. Pracował w urzędzie akcyzowym, który obecnie jest inspekcją podatkową. Pochodził ze wsi Dorosyni, niedaleko Łucka. Dziadek mojego ojca wyjechał do Rosji w czasie wojny carskiej i tam 11 osób z rodziny zmarło z głodu, ale mój ojciec przeżył.

Przez kilka lat mój ojciec pracował w Moskwie, a kiedy rozpoczęła się budowa kolei, został wysłany do Rafałówki i powierzono mu zarządzanie magazynami w Antonówce, Rafałówce, Maniewiczach i Czortoryjsku. Podczas I wojny światowej, gdy nad Styrem był front, gdy nacierali bolszewicy, ojciec opowiadał mi o tym, jak oni przeklinali Boga i swoją matkę, i nie tylko. A kiedy zostali rozbici i wycofywali się, wagony były pełne rannych, którzy prosili Boga o śmierć, żeby nie cierpieć.

A ojciec rzekł do nich: „Dziś przypomnieliście sobie Boga, a pamiętacie, jak przeklinaliście dwa dni temu?” Rosjanie jeszcze chcieli rozstrzelać ojca, bo nie pasował do bolszewickiego szablonu. Ale on rzucił się na żołnierza, który przyszedł go zabrać, pobił go, zabrał karabin i pistolet, wyrzucił go z domu, a sam uciekł do lasu. Później Rosjanie znowu wrócili do Rafałówki i aresztowali ojca. Strażnikiem aresztantów okazał się znajomym ojca, który pomógł mu uciec. Strażnik powiedział, żeby ojciec nie spał w nocy, tylko go obserwował, a kiedy on oprze się na karabinie, będzie to sygnał do ucieczki.

Więc mój ojciec pozostał przy życiu, bo wszyscy aresztowani mieli zostać rozstrzelani następnego dnia, tak powiedział wartownik. A kiedy nastała polska władza, mój ojciec kupił pięć hektarów ziemi, na której teraz stoi szkoła. Później Sowieci pozwolili mi nawet zbudować dom na ziemi mojego ojca. Mój ojciec zajmował się gospodarstwem, miał trzy konie i różne narzędzia. Obrabiał ludziom pola za co trzeci snop, kiedy był młody, potem został mu jeden koń. Miał szkółkę sadowniczą, produkował różne owoce, drzewka z nasion, a potem je szczepił. Zasadził piękny sad w pobliżu domu. Było nas czworo w rodzinie: dwie siostry i dwóch braci. Każde z rodzeństwa pracowało na swoim własnym gospodarstwie. Nie wracaliśmy ze szkoły do domu, tylko prosto na pole, gdzie jedliśmy obiad i pracowaliśmy do wieczora. Karczowaliśmy drzewa oczyszczając ziemię, wyrywaliśmy korzenie, wypalaliśmy jeżyny i przygotowywaliśmy rolę pod proso. Miałem osiem lat, jeszcze nie chodziłem do szkoły, bo w Polsce brali dzieci do szkoły w wieku ośmiu lat, ale już chodziłem za pługiem i orałem całymi dniami. Pewnego dnia skończyłem orać i już miałem zaczepić łańcuch pługa do rozwory, bo nie mogłem jeszcze podnieść pługa na wóz, więc ciągnąłem go po ziemi do domu za wozem. Akurat zaprzęgłem konia do wozu, koń był spokojny, gdy z gminy jedzie Sawka Kobylianśkyj, wiezie sołtysa.

Kiedy przyjechali, poprosiłem wujka Sawę, żeby pomógł mi załadować pług na wóz. A wójt zapytał mnie: – „A co ty tu robisz, o tej porze?”. Odpowiedziałem, że orałem cały dzień. Wtedy wójt zsiadł z wozu i sam załadował pług. Ale później wójt wezwał mojego ojca do gminy i ostro go skrytykował. Ojciec, tłumacząc się, powiedział, że syn sam chce orać. A ja naprawdę bardzo lubiłem chodzić za pługiem.

W naszej klasie połowa uczniów to byli Ukraińcy, a druga połowa to Żydzi i Polacy. Z Żydami żyło nam się bardzo dobrze, chodzili do szkoły żydowskiej przez pięć klas, a do szkoły powszechnej przez szóstą i siódmą, żeby mieć prawo do dalszej nauki.

Pamiętam, chodziłem do szkoły z jedną Żydóweczką, to było w czasie wojny. Wtedy Żydzi chodzili już oznakowani okrągłymi łatkami. Ta dziewczyna przyszła do lekarza, a ja akurat byłem w ogrodzie i zaczęliśmy z nią rozmawiać. Wtedy ona mnie pyta: - „Kola, ty nie boisz się ze mną rozmawiać, przecież Niemcy już mnie oznakowali”. Odpowiedziałem, że się nie boję i powiedziałem jej: - „Czemu nie uciekacie do lasu, w Czortoryjsku już zabili Żydów, na co czekacie?”.

Kiedy wróciła do domu, opowiedziała o tym ojcu. Nazywali się Pinczuk i handlowali piwem. Powiedziałem im, jak i jakimi drogami uciec, a ona i jej brat uciekli. Już za czasów radzieckich przyjeżdżała do mnie i wysyłała paczki z Izraela. Już po tym, jak zabili tysiące Żydów na Bachowej Górze, jakiś żydowski chłopiec w wieku około dziesięciu lat ukrywał się na naszych polach ziemniaków między bruzdami. Kiedy mój ojciec wstał o świcie, żeby wyprowadzić konia na pastwisko, znalazł to Żydziątko śpiące w toalecie.

Ojciec go obudził, dał mu chleba, posadził go na konia i wywiózł poza Rafałówkę. Tam ojciec powiedział mu, jak i gdzie przeprawić się przez Styr, bo tam za rzeką on mógł przeżyć. Później on przychodził do Rafałówki z radzieckimi partyzantami i szukał ojca, ale ojciec był już w Polsce, a ja w Niemczech. Za Piłsudskiego nie było żadnej różnicy między Polakami a Ukraińcami, ale kiedy po śmierci Piłsudskiego władzę przejęli Rydz Śmigły i minister Beck, Ukraińcy zaczęli być uciskani. Ukrainiec mógł wówczas sprzedać ziemię, ale jej zakup był prawie niemożliwy. Ci polscy władcy byli „volksdeutschami”, ponieważ mieli niemieckie korzenie.

Za Polski ojciec służył w ochotniczej straży pożarnej, gdzie pracowali sami Ukraińcy. Była tam orkiestra dęta, składająca się z 12 osób. Niedaleko nas mieszkał Polak Kaszuba, jego dom stoi do dziś. Mieszkał Polak Gałkowski, żyliśmy zgodnie i przyjaźnie. Mieszkali Szczelczakowie, Fabijanczyki, Miszczaki, Kaweccy. Kiedy w 1943 roku rozpoczęła się rzeź między Ukraińcami a Polakami, Polacy z Rafałowki gdzieś ze wsi poszli. Kiedy oni szli, mój ojciec był w ogrodzie. Zawołali go i powiedzieli: „Nie widziałeś nas i trzymaj język za zębami”. A rano szli z powrotem i znowu ojcu zagrozili. Polacy pobili ludzi we wsi Wereteno i szli do wsi Połyci, ale w Połyciach przyjechali do cerkwi rosyjscy Kozacy (własowcy) i zaczęli strzelać do Polaków, i ci się wycofali.

Podczas wojny Niemcy wyznaczali każdej rodzinie odcinek torów kolejowych w celu ochrony. Na czyim odcinku tory zostaną uszkodzone, ta rodzina zostanie rozstrzelana. Ja również pilnowałem swojego odcinka. A jeśli ktoś wysadzi tory, to w żydowskim domu przetrzymywali zakładników. Więc trzymaliśmy wszystkie okna domu w pogotowiu, otwarte. W razie usłyszenia wybuchu wszyscy wyskakiwali przez okna i uciekali, gdzie kto mógł.

Pewnego razu czerwoni partyzanci wysadzili linię kolejową w Józefówce, trzy kilometry od Rafałówki. Sydorczuk i jeszcze dwaj partyzanci przyjechali furmanką do leśniczego, postawili konie, podeszli do torów, podłożyli miny i wysadzili pociąg z dwoma wagonami nasion słonecznika. Pracowałem wtedy u Niemców jako stajenny i wiozłem Polaka Antoniaka, który był księgowym, do Sarn. Jechaliśmy wcześnie rano, była mgła, zatrzymali nas policjanci, znajomi chłopcy, i zapytali, dokąd jedziemy.

A potem po drugiej stronie nasypu pokazali nam wagony i parowóz, przewrócone w wyniku eksplozji. Dałem więc księgowemu lejce do przytrzymania, a sam poszedłem i napełniłem kieszenie nasionami. Ludzie nie ucierpieli w wyniku tego wybuchu, ponieważ kolej była już strzeżona przez własowców. Mieli zielone mundury. Kozak Fed'ka często przychodził do mojego ojca, więc on powiedział, że jadą do Worobina, gdzie jest gorzelnia, wysadzą ją w powietrze, a potem w Kowlu zaopatrzą się w broń, zdziesiątkują tam Niemców i dołączą do partyzantów.

Grupa zwiadowcza dotarła do polskiej kolonii Parośle, ale nie wróciła z miejsca przeznaczenia. Kiedy do Parośli znowu przyszła grupa zwiadowcza, to rozpoznała konie. Następnego dnia wieś została otoczona przez partyzantów i nikomu nie wolno było z niej wychodzić, ale można było swobodnie do niej wejść. Następnego dnia wszystkich mieszkańców (120 osób) wyrżnęli. Następnie partyzanci udali się do miasta Włodzimierzec i rozbroili tam policję. Niedawno przeczytałem w gazecie wołyńskiej, że to byli nasi partyzanci.

Za Niemców, w 1943 roku, w Użanach, za Połyciami, mąż siostry mojej matki był leśniczym. Wujek Pyłyp wracał z lasu do domu i zauważył, że we wsi jest wielu obcych. Jakiś stary Polak szedł w stronę wujka i nie zatrzymując się, powiedział: „Pyłyp, uciekaj, bo chcą cię zabić, widzisz dwóch ludzi idących na tory, żeby cię przechwycić”. Wujek znał drogę przez bagna w linii prostej i wybiegł na tory, sto metrów od tych dwóch Polaków, i szybciutko do Antonówki, i powiedział o tym Kozakom. Przyjechał do domu z Kozakami, zabrał żonę, zaprzęgał wóz, wziął krowę i przyjechał do Rafałówki. Kiedy następnego dnia tajnymi ścieżkami przedostał się do swojego domu, to tam już gospodarzyli Polacy.

Kiedy przed żniwami w 1943 roku w Hucie zostali rozgromieni ostatni Polacy, wszyscy pozostali przy życiu w Rafałówce zabrali się stąd. Jechali wozami, szli pieszo, wielu ludzi było uzbrojonych. Wszyscy oni zebrali się na terenie szkoły. Polacy powiedzieli, że w nocy wyrżną całą Rafałówkę. Więc nasi poszli do Niemców i donieśli im, że Polacy w nocy chcą wyrżnąć ich garnizon. Niemcy w trybie pilnym wezwali do Rafałówki esesmanów z Kowla, którzy przyjechali wagonami towarowymi, i jeszcze przyjechały dwa samochody pełne żołnierzy. Wszyscy oni otoczyli Polaków i kazali im złożyć broń, a jeśli ktokolwiek nie odda broni, wszyscy zostaną rozstrzelani. Wieczorem przyjechał eszelon, Polaków załadowano do wagonów, i ciuchcia pociągnęła eszelon do Kowla.

Kiedy Niemcy wyznaczyli mnie do wywozu do Niemiec, postanowiłem nie uciekać, ponieważ Niemcy wydali wówczas rozkaz, że jeśli ktoś ucieknie, spalą dom i rozstrzelają całą rodzinę. Powiedziałem więc ojcu, że lepiej, żebym zginął sam, a wy pozostaniecie żywi. Kiedy zawieźli nas do Pirmazenśka, to tam w obozie dowodził Polaczek, więc poszliśmy do niego i poprosiliśmy, żeby pomógł nam znaleźć pracę u gospodarza, a nie w fabryce. Za to daliśmy mu trochę słoniny, z Rafałówki było nas trzech, mówiliśmy, że jesteśmy Polakami i kuzynami. Tak trafiliśmy do bauera, aż przy granicy z Francją.

W 1945 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Amerykanów, więc od razu chciałem wstąpić do armii amerykańskiej, ale kiedy jechałem rowerem do Germasai, spotkałem po drodze dwóch rosyjskich oficerów ze złotymi naramiennikami. Odezwałem się do nich: „Ciekawe, skąd się wzięli tutaj carscy oficerowie”. Bo nie wiedziałem, że armia radziecka przeszła z pętlic na naramienniki. Kiedy ci oficerowie dowiedzieli się, że mówię po rosyjsku, powiedzieli mi, że przyjechali zabrać obywateli ZSRR z powrotem do ojczyzny i poprosili, żebym o tym opowiedział wszystkim w obozie. Więc natychmiast wyjechałem z pierwszą turą z chłopakami z Horodca, takimi jak Jarmoszyki, Tamciura Jakow, Denys – był wierzący, wysoki, zdrowy taki mężczyzna.

Byli wśród nas Polacy, ale nasze stosunki z nimi były napięte. Nawet z jednym się pobiłem. Tym Polaków pisano z domu, że Ukraińcy bestialsko mordują ich naród na terytorium zachodniej Ukrainy. Pisali do nich o tragedii w Użanach, Wyrobkach i Paroślach, więc oni byli na nas bardzo źli i patrzyli na nas krzywo. Powiedziałem im: „To było tam, ale tutaj mamy równe prawa. Musimy razem myśleć tylko o tym, jak wyrwać się z niewoli i wrócić do domu”. Podczas jednej z słownych utarczek podszedł Polak, zdrowy chłopiec, i mnie uderzył. On mnie uderzył, ale Henik Kozłowśkyj z Rafałówki, mój kuzyn, i Ciura Jakow z Horodca, i Garbar Denys, który miał dwa i pół metra wzrostu, stanęli w mojej obronie. A Ciura Jakow krzyknął do naszych młodych chłopaków: „Chłopaki, przygotujcie się, zaraz będzie masakra!”.

I ci Polacy przysiedli, bo nas było więcej. Z Polaków pamiętam tylko Tadka, krępego faceta z Choromca, niedaleko Włodzimierca. Sowieci zawieźli mnie do miasta Barbi w Niemczech. Był tam obóz i agenci KGB przesiewali wszystkich, przesłuchując, gdzie był i czym zajmował się podczas wojny. Wymagali pięciu świadków, którzy mogliby potwierdzić twoje słowa, i każdy z tych pięciu musiał przedstawić swoich pięciu świadków. Tak właśnie przeprowadzano skrupulatne przesłuchania krzyżowe. Pewnego dnia do obozu przyszli wojskowi, żeby zwerbować nowych rekrutów do wojska i zapytali: „Kto może chodzić przy koniach?”

Tacy chłopcy od razu się znaleźli, ale takich, kto potrafiłby doić krowy, nie było. Wtedy powiedziałem, że ja potrafię, bo doiłem krowy w domu od dziecka. Kiedy wojskowi chcieli mnie przyjąć do armii, to mój naczelnik powiedział, że to niemożliwe, bo jeszcze nie przeszedłem sprawdzenia. Ale ci powiedzieli, że jeśli okaże się, że jestem wrogiem, to mnie i u nich znajdą.

Zabrali mnie do plutonu gospodarczego. Żołnierz przyprowadził mnie na fermę i powiedział: - „Oto twoje 26 krów, które będziesz doić, oto para koni, oto siodła dla nich, a oto pastwisko, na którym będziesz pasł krowy. Gdzie wozić mleko, powiemy”. Chcieli mnie wysłać na wojnę japońską, ale następnego dnia Japonia skapitulowała, więc służyłem tam do 1947 roku.

W Polsce mój ojciec prenumerował gazetę „Ruśke Słowo” i ukraiński magazyn „Zołotyj Kołos”. Ta poczta przychodziła zalakowana w banderoli, a polskie prawo nie pozwalało na sprawdzanie zawartości przesyłki zabezpieczonej banderolą. To czasopismo wyśmiewało kołchozy działające już na wschodzie radzieckiej Ukrainy. Pamiętam takie zdanie z tych czasopism: „Jeśli chcecie, żeby myszy zniknęły z gospodarstwa, to ogłoście, że zorganizowaliście kołchoz imienia Stalina”. Później, kiedy moja siostra przyjeżdżała do nas z Rosji, zobaczyła te czasopisma i z przerażeniem powiedziała: „Spalcie te czasopisma, żeby nikt ich nie zobaczył, bo jeśli się dowiedzą, nikt nie będzie wiedział, gdzie się podzialiście”.

Po odbyciu służby pracowałem jako inspektor w mleczarni, a moja praca wymagała ode mnie chodzenia po wsiach. Dwukrotnie zdarzyło mi się spotkać z banderowcami, ale obchodzili się ze mną normalnie. Jednego razu w pobliżu wsi Rudka zatrzymał mnie jeden z przechodzących oddziałów UPA, przemieszczający się w stronę Białorusi. Kazali mi nie ruszać się z miejsca od obiadu do wieczora, aż do zachodu słońca. Chociaż miałem karabin i zegarek, niczego mi nie zabrali.

Za Czartoryjśkiem, we wsi Kostiuszkowce, na „Polskiej Górze”, pochowany jest brat polskiego króla Piłsudskiego – Zygmunt. Za Polski stał tam wielki pomnik, nawet dzieci szkolne dowożono tam furmankami na wycieczki. Żołnierze karmili tam dzieci szkolne kaszą z kuchni polowej. Kiedy Piłsudskiego rozgromili, wrogowie szukali go w tej wsi, ale wieśniacy go przechowali. Na dwóch domach, w których się ukrywał, wisiały tablice pamiątkowe, a polskie władze płaciły gospodarzom 50 złotych miesięcznie. Był tam nawet usypany kopiec.

Stara Rafalówka słynęła z powstańców. Kiedy za Styrem trwała bitwa, to wszyscy chłopcy ruszyli na pomoc, a we wsi pozostało tylko kilku ludzi powstańców. Widocznie ktoś ich wydał, bo przyszli partyzanci radzieccy, pobili ich i zadźgali. Nawet pięcioletni chłopiec Lowkina został zadźgany bagnetem, brzuch miał rozcięty. Gdy matka niosła go na rękach, wnętrzności sunęły się po ziemi. Związali Halę Humeniuk i żywcem wrzucili ją do ognia. Lowkę również wrzucili do ognia. To była robota Demydiuka, on sam pochodził z tej samej wsi, służył w armii radzieckiej, na początku wojny został ranny pod Kiwercami, ale ludzie ze Starej Rafałówki zawieźli go furmanką do domu i wyleczyli.

Potem ten Demydiuk zorganizował radziecki oddział partyzancki i oto tak podziękował swoim krajanom za to, że go, rannego, wypielęgnowali. W Bałachowyczu wrócił z frontu syn Saków. Przyszedł jako Bohater Związku Radzieckiego, miał złotą gwiazdę. Proponowali mu nawet ochronę przed banderowcami, ale odmówił. W Majunyczach prawie z każdego domu ktoś poszedł do lasu. Jednego razu banderowcy przyszli do niego, porozmawiali, i on poszedł z nimi walczyć przeciwko Sowietom. Ale Sowieci rzucili wszystkie siły i go złapali.

W Starej Rafałówce było dwóch właścicieli ziemskich: Prutynśkyj i Olizar. Ich dziadowie, a właściwie pradziadowie, otrzymali ziemię od króla, ale nowe polskie władze im jej nie oddały. Wtedy oni jakimś sposobem dowiedzieli się, że niedaleko Czudły jest prastary dąb, do którego dziupli można wjechać konno i zawrócić. Kiedy to ich przodkowie uciekali w smutnych czasach, żegnając się, pod tym dębem zakopali dokumenty dotyczące swojej ziemi. I ci panowie pojechali z tymi dokumentami i dwoma starymi dziadkami, którzy byli świadkami, do Francji, do międzynarodowego trybunału.

I wygrali swoją sprawę, bo tam powiedzieli, że żadna władza nie może odebrać królewskiego daru. I oddali Prutynśkiemu ziemię i lasy po jednej stronie drogi, jak się jedzie do Rafałówki, a Olizarowi po drugiej. Ja z ojcem, gdy byłem jeszcze mały, pojechaliśmy do pana Prutynśkiego, żeby posadzić sad. Pamiętałem, jak on powiedział do mojego ojca: „Dobry gospodarz jeździ na pięknych koniach, i dobry gospodarz złego człowieka na dobrych koniach nie powiezie. A Olizar jeździ samochodem, to byle jaki obieżyświat zapłaci mu pięć złotych i powiezie go, gdzie ten każe”.

Wieś Sadowoje (Sinne) w rejonie goszczańskim
Wspomina Mazur Marija Serhijiwna, urodzona w 1932 roku.

„W latach 30. XX wieku nasza wieś liczyła ponad 400 gospodarstw. Mieszkało w niej kilka rodzin żydowskich, po sześć rodzin Niemców i Polaków. Polacy żyli biedniej niż nasi Ukraińcy i mieli mniej ziemi, mimo że wówczas byli u władzy. Polacy ubierali się tak samo jak my, także domy niczym się nie różniły.

Mój ojciec miał osiem dziesięcin ziemi, więc nam, dzieciom, pracy nie brakowało. Udało mi się jednak ukończyć cztery klasy szkoły. Cztery klasy wtedy były warte więcej niż dziesięć dzisiaj. Była lekcja języka polskiego, ale wszystkie przedmioty były nauczane po ukraińsku, a dwa razy w tygodniu batiuszka uczył Prawa Bożego. W szkole kolegowałam się z Polką o imieniu Tonia i nawet po wojnie dostałem od niej kilka listów.

Wiejscy Żydzi byli bardzo interesujący, nic nie robili w sobotę, nawet nie zapalali ani nie gasili lampy, zatrudniali do tego mężczyznę albo jakieś dziecko. A już jak Żyd się modli, to niech mu bomby spadają na głowę, on nawet ucha nie nadstawi, a będzie się modlił. Oni nie zostali stworzeni do pracy fizycznej, ale do interesów. Za polskich rządów o wszystkim na wsi decydowała ziemia. Im więcej ziemi, tym mniej problemów i tym lepiej materialnie była zabezpieczona rodzina. A jeśli rodzice dadzą dziewczynie ziemię w posagu, to nawet jeśli będzie kulawa i ślepa, zawsze znajdzie się dla niej narzeczony.

We wsi sołtysem był Ukrainiec, a w Tuczynie była gmina, to tam już urzędnikami byli także Polacy. Kiedy Sowieci przyszli w 1939 roku, to jeszcze z kołchozami się specjalnie nie narzucali. A latem 1941 roku okupowali nas Niemcy, wypędzając Sowietów. Niemcy byli dobrzy, rzucali ludziom konserwy i dawali żywność, gdy przechodzili przez wieś. Nie odmawialiśmy przyjęcia podarunków. Pamiętam, sąsiadka tak mówiła o zmianie władzy: „Może i gorzej, aby inaczej”.

Niektórzy mieszkańcy wsi wybiegali do Niemców z kwiatami. Dwóch mężczyzn ze wsi poszło do Niemców na służbę w policji. Rok później Niemcy zaczęli wyłapywać na Żydów. Z naszej wsi też zabrali z 20 Żydów i poprowadzili ich do Korościatyna, gdzie ich rozstrzeliwali. Jednej dziewczynce, dwunastoletniej, udało się jakoś uciec, i my wtedy, nasza rodzina, przechowywaliśmy ją na polu, w ziemiance. Mój ojciec przyprowadził do nas tę Żydóweczkę i kazał, żebyśmy zasłaniali ją naszymi ciałami, na wypadek gdyby jej szukali. Ale nas, Ukraińców, nie można uważać za dobrych ludzi. Jeden mężczyzna ze wsi dowiedział się, że ta dziewczyna żyje, znalazł ją na polu, gdzie pasła krowy, i zarąbał ją na śmierć motyką. Ten człowiek nie miał szczęścia; jego syn zginął młodo, a jego ciało zgniło od choroby.

Pasłam krowy z Żydóweczką, taką piękną dziewczyną, miała 21 lat, ale przyszedł wujaszek ze Stawyszcz i zabił tę dziewczynę. Więc my, z sąsiadką, pochowaliśmy ją, wykopaliśmy mogiłę i wszystko pięknie zrobiliśmy. Udekorowałem jej mogiłkę od góry i ta dziewczyna, być może, modli się za mnie teraz na tamtym świecie. A ten człowiek miał trzech synów i każdy z nich, tuż przed osiągnięciem 21 lat, ginął z jakiegoś powodu i tak wszyscy trzej przepadli. A ten człowiek z rozpaczy wyrywał sobie włosy na pogrzebach wszystkich syna. Niemcy zabrali pięć osób ze wsi do Niemiec, do pracy. Tylko jeden nie wrócił, Niemiec go zastrzelił, bo mężczyzna ten powiedział do niego złe słowo.

Gdy rozpoczęła się banderowszczyzna, prawie wszyscy Polacy pouciekali, a ci, którzy pozostali, zostali pozabijani. Jedna Polka była żoną Ukraińca, mieli dzieciątko, to męża i dziecko zostawili, a kobietę zabili. Przy drodze do Tuczyna mieszkały dwie rodziny Polaków, Kałużnych, których również zabili.

Gdyby banderowcy nie zaczepiali Niemca, naszej wsi by nie spalili. Gdyby nasi partyzanci nie drażnili Niemca, to we wsi Pustomyty nie spłonęłoby 400 mieszkańców wsi wraz z dziećmi. Wtedy jednemu mężczyźnie udało się stamtąd uciec żywym. Wygrzebał rękami norę pod fundamentem, wypełzł na ulicę i akurat z tej strony szedł dym po ziemi, to on za tym dymem, niezauważony przez Niemców, uciekł.

Banderowszczyzny u nas silnej nie było, bo ludzie powstrzymywali się nawzajem od bestialstwa. I nasz batiuszka był dobry, wzywał do pokoju i spokoju, ale banderowcy tylko za to go bili. Mieszkał mężczyzna z małym dzieckiem bez żony, bo ona umarła. Nasi zabili go w nocy za coś, a kiedy rano przyszli ludzie, dziecko łaziło po trupie ojca i płakało. Ale ten chłopczyk Kostia przeżył i się ożenił. A to jeszcze zabrali jednego mężczyznę do lasu, ale on uciekł, więc zabili jego żonę, a potem go złapali i zabili także jego. Siostra zamordowanego przeklinała banderowców, ale jej nie zaczepiali, bo pomieszał się jej rozum. Takich przypadków było wiele.

Mówili wtedy, że Sowieci z Odessy wysłali do naszego kraju 400 agentów, aby sparaliżować ruch banderowski. Na Marianówce był oddział 20 naszych chłopaków, ale wśród nich był agent bolszewicki. Pewnego dnia przyszli do nas na kolację. Ugotowaliśmy dla chłopaków dwa solidne garnki ziemniaków i zrobiliśmy im towmacz. Zjedli towmacz z mlekiem drewnianymi łyżkami i położyli się spać. Przed świtem, o cichym poranku, chłopcy gęsiego, jeden po drugim, doszli do lasu. Agent bolszewicki szedł z tyłu, nieco odstając, na samym końcu. Miał zawiązane poły płaszcza, był to znak dla NKWD, które wiedziało, dokąd ten agent poprowadzi oddział. Po pewnym czasie rozległ się strzał na Stawyszczach, wszyscy nasi chłopcy tam polegli, został tylko ten z zawiązanymi połami.

W uroczysku Berezówki również przechowywało się 25 banderowców, oni zostali wydani w ręce NKWD przez mieszkańców swojej własnej wsi. Dziś w tym miejscu stoi pomnik. Wielu chłopców powychodziło z lasu i poszło na front, w tym mój brat Petro. Walczył do zwycięstwa, a potem służył w armii jeszcze przez trzy lata. Gdy mój brat miał już zostać zwolniony ze służby, wezwano go do sztabu i powiedziano: „Przyszedł przeciwko tobie dokument z ojczyzny, stwierdzający, że byłeś przy banderowcach. I jako wróg ludu zostałeś skazany na siedem lat łagrów”. Powiedzieli mu, że towarzysz z jego wsi go wydał, i kazali mu wydać pięć osób, z którymi był u banderowców. Mój brat długo się nie sprzeciwiał i wydał ich, nawet sześć osób, ale wymienił nazwiska tych, których już nie ma na tym świecie i w ten sposób nie wziął grzechu na swoją duszę. Petro żyje do dziś, ma 86 lat.

Kiedy zaczęto organizować kołchoz, Sowieci agitowali mojego ojca, ale ojciec nie chciał napisać oświadczenia. Jednego razu upoważniony funkcjonariusz z rejonu zaczął pytać mojego ojca, ile ma bydła, ziemi i sprzętu, i wciąż zapisywał coś na kartce papieru. Potem poprosił ojca o podpisanie się po tym, co mówił. Kiedy ojciec złożył podpis, powiedział: „A ty wiesz, że już jesteś kołchoźnikiem, bo podpisałeś oświadczenie do kołchozu, które dopiero co za ciebie napisałem”. W ten sposób mój ojciec został kołchoźnikiem. To jeszcze Jakym, który chodził ze mną w tym czasie, powiedział: „Mieli zabić twojego ojca dzisiaj nocy, ale odwołałem chłopców”. Myślał, że w ten sposób zdobędzie moją przychylność, bo byłam dziewczyną rzucającą się w oczy zarówno z twarzy, jak i z talii, i nogi moje były piękne; w wieku 15 lat dowodziłam już grupą dwudziestu czterech kobiet.”

Wieś typu miejskiego Stepań, rejon sarneński.
Wspomina Lubow Konstjantynowna Kołosok, urodzona w 1932 roku.

„Zarówno za cara rosyjskiego, jak i za czasów Polski, Ukraińcy, Polacy i Żydzi żyli w zgodzie
i nie było między nimi żadnej wrogości.
Mój ojciec Konstjantyn miał piękne konie zaprzęgowe, więc Żydzi i Polacy przyjeżdżali do niego, żeby ich podwieźć tam, gdzie oni zamówią. To Żydzi udzielali kredytów. W 1939 roku mój ojciec zginął w nieszczęśliwym wypadku, a Żydzi natychmiast dowiedzieli się o nieszczęściu i już do nas idą, to i do matki podchodzą, że Kostiuk wziął od niego to i owo, albo pożyczył pieniądze. A brat ojca mówi do matki: - „Czemu ty ich słuchasz, wypędź ich, twoje dzieci zostały sierotami”. To ja nawet coś takiego pamiętam.

Piaszczystą drogą wieźli Żydów z getta na Zołotałyt, to gdy konie grzęzły w piasku, policjanci bili je kolbami, a oni krzyczą i piszczą. A ja akurat pasłem tam krowy, ci nieszczęśni ludzie, widząc mnie, zaczęli krzyczeć: „Dobrodziejko pomóż, dobrodziejko pomóż”, a co ja im pomogę jako dziecko?

Gdy Polacy z Liedna i Jelnika szli do kościoła, i to szli boso, bo na ramionach nieśli buty. Ponieważ nasz dom znajdował się na skraju Stepania, to oni zachodzili na nasze podwórko, czerpałem dla nich wodę ze studni, myli nogi, zakładali buty i szli do kościoła już w butach. Na wsiach polski lud był przeważnie tak samo biedny jak my, Ukraińcy. W Jelniku była orkiestra. W tym samym 1939 roku przez Stepań przeszła armia radziecka, cała nasza rodzina była na polu i widzieliśmy jak, przeważnie na koniach, jechało wielu żołnierzy drogą na Midśk. Kiedy przyjechaliśmy do domu, to od naszej chaty i dalej za zakrętem, cała droga była usłana kwiatami, ludzie witali w ten sposób nową władzę. Zapamiętałam, jak mój ojciec stał ze zdjętym kaszkietem i wpatrywał się w wojskowe kolumny. Władza radziecka nie zaczepiała ani Polaków, ani Żydów.”

Brak komentarzy: