ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 10 maja 2020

Twierdza znajdowała się w Austrii nieopodal miejscowości Kufstein.

Więźniowie, którzy zostali uwolnieni z zamku Itter. Na zdjęciu m. in. Paul Reynaud, Edouard Daladier i Maurice Gamelin (fot. Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images)
Tuż przed zakończeniem wojny w Europie doszło do niezwykłego braterstwa broni – żołnierze Wehrmachtu wspólnie z Amerykanami stoczyli batalię przeciwko jednostce Waffen-SS, próbującej odbić średniowieczny zamek w austriackim Tyrolu. O tej bezprecedensowej bitwie opowiedział portalowi tvp.info dr Adam Buława, historyk wojskowości z UKSW w Warszawie.

Jakie znaczenie miał podczas wojny zamek Itter?


Dr Adam Buława: Twierdza znajdowała się w Austrii nieopodal miejscowości Kufstein. Miała różne koleje losu: najpierw miał być tam hotel, potem przeszła na własność prywatną. Po anszlusie Austrii zamek przeszedł na potrzeby SS, którzy w trakcie wojny przekształcili go w więzienie. Formalnie stanowił filię obozu Dachau. Komendantem tego więzienia był niejaki Sebastian Wimmer, który wcześniej był członkiem załogi obozowej KL Majdanek w Lublinie.

W 1943 r. więźniami na zamku Itter zostały dosyć nieoczekiwane osoby. Mianowicie przetrzymywano tutaj Francuzów, nie byli to jednak zwykli przedstawiciele narodu francuskiego, ale m.in. dwaj byli premierzy Edouard Daladier i Paul Reynaud, siostra Charlesa de Gaulle’a, generałowie Maurice Gamelin i Maxime Weygand oraz znany tenisista Jean Borotra, który należał niegdyś do kolaboracyjnego rządu Vichy (pełnił w nim funkcję generalnego komisarza ds. kultury fizycznej – red.).

Reichsführer SS Heinrich Himmler stwierdził, że z jednej strony może ich wykorzystać do nacisków na rząd Vichy, a z drugiej jako swego rodzaju zabezpieczenie na wypadek porażki Niemiec. Wiemy, że Himmler próbował nawiązać osobiste kontakty z aliantami i chciał mieć jakiegoś asa w rękawie. Zamek Itter ze znaczącymi francuskimi więźniami był zatem takim wsadem ludzkim.

Trzeba zaznaczyć, że warunki w zamku nie przypominały tych, które panowały w obozach. Każdy z przetrzymywanych tam więźniów miał swój pokój, można było, w przypadku Daladiera, słuchać radia, mieli też swoje żony bądź kochanki. Wszyscy tak się tam jednak nudzili, że – mówiąc krótko – ciągle się ze sobą kłócili i spierali.

Pod koniec wojny strażnicy i dowódca zamku uciekli, jednak już nazajutrz Waffen-SS przeprowadziło szturm. Nastąpił wówczas nieoczekiwany zwrot akcji – do obrony fortecy przystąpili Amerykanie i żołnierze Wehrmachtu. Jak do tego doszło?

Pod koniec kwietnia 1945 r. mamy, jak to w dobrej hollywoodzkiej fabule, nieoczekiwane przyspieszenie akcji. Po śmierci samobójczej Hitlera ofensywa amerykańska wdziera się w głąb Niemiec. Nie ma jakiegoś zorganizowanego oporu, walczą głównie Volksstrum, czyli starcy i dzieci oraz fanatyczne oddziały SS.

3 maja 1945 r. jeden z więźniów, komunistyczny, prawdopodobnie chorwacki, partyzant Zvonimir Cucković, wydostał się pod pretekstem załatwienia sprawunków dla dowódcy oddziałów stacjonujących na zamku. Udało mu się skontaktować z Amerykanami. Korpus ratunkowy, który wyruszył na pomoc więźniom został wkrótce odwołany, ale 4 maja dowódca zamku i strażnicy SS uciekli z twierdzy. Osoby przetrzymywane na zamku wiedziały jednak że w okolicy stacjonują wierne Trzeciej Rzeszy oddziały Waffen-SS, które mogą ich schwytać.

W tej sytuacji kolejny ochotnik wykrada się z zamku i dociera do niemieckiego majora Wehrmachtu Josefa Gangla. Ten zgadza się pomóc, ale jako że dysponował tylko niewielką garstką ludzi, postanowił poszukać wsparcia. Niemcy udali się więc z białą flagą do stacjonujących nieopodal Amerykanów z 23. Batalionu Czołgów pod dowództwem kapitana Johna „Jacka” Lee. Alianci zgodzili się przyłączyć do obrońców, a już następnego dnia siły Waffen-SS przystąpiły do szturmu na zamek.

Siły obrońców były dosyć skromne. Mieli do dyspozycji kilkadziesiąt żołnierzy, kilku Francuzów oraz dwa czołgi. Żołnierze Waffen-SS mieli przewagę, a obrońcom zaczęła się z czasem kończyć amunicja.

Wtedy wspomniany Borotra przedarł się z zamku i dotarł do amerykańskich oddziałów, które ruszyły na odsiecz i pojmały esesmanów. Podczas bitwy zginął major Gangl, który był jedyną ofiarą śmiertelną tej bitwy.
Co po zakończeniu bitwy stało się z niemieckimi obrońcami zamku?

Otrzymali oni od Amerykanów swego rodzaju glejt. Alianci uznali, że poprzez swój czyn odkupili ewentualne przewiny, których mogli się dopuścić wcześniej i każdy poszedł w swoją stronę. Jeśli chodzi o samego kapitana Lee, to po wojnie zmagał się on niestety z zespołem stresu pourazowego.

Należy dodać, że chociaż ta historia jest dziś często przedstawiana jako przykład, że w Wehrmachcie również zdarzali się porządni ludzie oraz może służyć pewnemu nawet wybielaniu tej formacji, to rodzi się pytanie, czy sojusz z aliantami nie był po prostu wynikiem chłodnej kalkulacji Gangla. Być może zrozumiał, że Niemcy przegrali już wojnę i uznał to za swoją szansę na uniknięcie konsekwencji po jej zakończeniu.

Niemniej jednak bitwa o zamek Itter nadaje się na dobry film w wykonaniu jakiegoś hollywoodzkiego reżysera. Pytanie, czy byłby to Steven Spielberg, czy Quentin Tarantino.

Przyznam, że osobiście stawiałbym na Tarantino. Ta historia to idealny materiał na film w stylu, do jakiego zdążył nas już przyzwyczaić.

Tarantino lubi rzeczywiście takie paradoksalne sytuacje. A w przypadku tej bitwy paradoks nie wynikał tylko z tego, że był to jedyny przypadek, gdy US Army walczyła u boku Wehrmachtu – był to również jedyny przypadek w dziejach, gdy Amerykanie bronili średniowiecznego zamku.

Jeśli chodzi o Spielberga, to w jednym z amerykańskich periodyków postawiono nawet swego czasu takie pytanie: „Stevenie, jak mogłeś przegapić tę historię?” (mowa o felietonie brytyjskiego historyka Andrewa Robertsa, który ukazał się na łamach „The Daily Best” – red.
)

Brak komentarzy: