ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

poniedziałek, 11 maja 2020

"Zatopić Bismarcka!”


Część X.
Bismarck.
26 V 1941. Godzina 21:15.
- Ster zero! Powiedziałem ster zero! – Lindemann obserwował z pełnym napięciem, jak kolejne nieprzyjacielskie samoloty podchodzą do ataku.
- Nie reaguje! – odkrzyknął komandor Oels.
Lindemann przepchnął ręką stojących przy iluminatorach obserwatorów i sięgając po lornetkę próbował wypatrzeć kolejne torpedy. Tymczasem Bismarck zwiększał przechył i nadal zakręcał ogromne koło na wzburzonej powierzchni Atlantyku, podczas gdy artyleria przeciwlotnicza kontynuowała swój morderczy koncert.
- Torpeda od bakburty! – zameldował obserwator.
- Komandorze! Spróbujcie jeszcze raz! Ster zero! – Lindemann krzyknął do Oelsa, który natychmiast przekazał rozkaz sternikowi.
- Nic z tego, nadal nie reaguje!
Lindemann mógł teraz tylko bezradnie przypatrywać się kilwaterowi zbliżającej się torpedy. Do trafienia pozostało już tylko kilka sekund. Oficerowie i marynarze w obawie przed eksplozją chwycili się, za co tylko mogli.
- Uwaga! Uderzy w śródokręcie! – ostrzegł wszystkich Oels.
Chwilę później przez kadłub Bismarcka przeszedł potworny wstrząs. Towarzyszący uderzeniu torpedy głuchy huk przypomniał odgłos potężnego grzmotu. Oficerowie na pomoście admiralskim czuli, jak przez pokład przechodzą wibracje, a pancernik zwalnia. Chwilę później zaterkotał telefon zamontowany w rogu pomieszczenia, do którego podszedł Oels.
- Tak? Dobrze, rozumiem. – twarz pierwszego oficera nagle zastygła.
- Komandorze, jak wyglądają uszkodzenia? Czemy skręcamy? – zapytał Lütjens.
- Panie Admirale, Panie Komandorze. – Oels zwrócił się do dowódców. – W wyniku drugiego trafienia z powodu wstrząsów w prawoburtowym pomieszczeniu silników został zamknięty zawór bezpieczeństwa. Silniki przestały pracować. To pierwsze trafienie… – Pierwszy oficer nerwowo przełknął ślinę. – Pierwsza torpeda uderzyła w lewoburtowe pomieszczenia rufy w okolicach urządzeń sterowych. Stery zablokowane w położeniu 12° na lewą burtę.
- Proszę zawołać na pomost komandora Lehmana z dokładnym raportem! – Lütjens nie czekając na reakcję Lindemanna zawołał do oficera wachtowego.
Kilka minut później na pomost admiralski wpadł główny inżynier pancernika, 37-letni komandor podporucznik Walter Lehmann. Zasalutował oficerom i zameldował:
- Moi ludzie otworzą zaraz zawór bezpieczeństwa i silniki zostaną ponownie uruchomione. Co, do sterów… - Lehman na chwilę się zamyślił. - Trudno ocenić sytuację. Grupy przeciwawaryjne rozpoczynają właśnie prace. Za jakiś czas powinienem wiedzieć coś więcej. Dołączę do grupy, która będzie badała uszkodzenia i w miarę możliw…
- Ile to może potrwać? – Lütjens przerwał Lehmanowi.
- Zależy od rozmiarów uszkodzeń. Nie chcę nic na razie obiecywać.
- W takim razie czekam na raporty. Od Pana i Pańskich ludzi zależy los okrętu.
HMS Sheffield
Godzina 21:30.
Od ponad godziny Sheffield utrzymywał kontakt radarowy z Bismarckiem. Komandor Larcom zdążył już zapomnieć o popołudniowym ataku Swordfishów, który mógł zakończyć się tragedią. Teraz jego najważniejszym celem było śledzenie niemieckiego okrętu. Samoloty z Ark Royal skończyły nalot kilkanaście minut wcześniej, ale przeciwnik nadal płynął. Gdy Larcom zaczął już tracić nadzieję, że jednostki Home Fleet dopadną Bismarcka, na pomost dowodzenia przykryty płachtą z brezentu wbiegł oficer nawigacyjny mówiąc:
- Komandorze, obsługa radaru prosi Pana o przyjście.
- Jakby coś się działo, to natychmiast mnie wołajcie. – Larcom powiedział do zebranych na pomoście marynarzy i ruszył za oficerem.
W korytarzach krążownika panował półmrok. Cała załoga znajdowała się stanowiskach, gotowa w każdej chwili do podjęcia akcji. Oficer uchylił komandorowi właściwe drzwi i wszedł za nim do kabiny radarowej.
- Powiedzcie Komandorowi, co zauważyliście.
- Panie Komandorze, to trochę dziwne, ale Bismarck nie skończył zwrotu. Cały czas zakręca koło jednocześnie zwalniając. Co dziwniejsze, zakręca w stronę naszych sił. – odezwał się jeden z marynarzy.
- Jesteście pewni? Może to jakaś awaria naszego radaru, czy coś? – zapytał Larcom zdejmując czapkę.
- Mogę przysiąc. Bismarck na pewno zakręca na północny zachód.
- Dziękuję. Komandorze! – dowódca zwrócił się do oficera nawigacyjnego. – Nadawajcie na pokład Ark Royal na bieżąco raporty o zmianach kursu wroga.
HMS Ark Royal
Godzina 21:30.
- Nic z tego nie rozumiem… - Somerville wpatrywał się w nadchodzący mrok nocy. – Dlaczego Niemiec miałby płynąć na północ? To bezsensu. To jest przecież kierunek, skąd nachodzi Tovey. Może źle odczytaliście meldunek z Sheffielda?
- Panie Admirale, wiadomość została odczytana prawidłowo. Może starają się zgubić Sheffielda? – odezwał się komandor Maund.
- Nie, nie. Są przecież za blisko Francji. Nie ryzykowaliby takich manewrów.
Kilka minut później na pomost dowodzenia lotniskowca przyszedł kolejny radiogram.
- To znów z Sheffielda. – powiedział Maund i zaczął czytać. – „Kurs wroga 340°”.
- Niech Pan to pokaże. – Somerville podszedł do komandora i wyrwał mu kartkę z meldunkiem. – Hmm, faktycznie. Ale, dlaczego? Wykonał pełno koło. Kiedy wrócą samoloty?
- Pierwsze powinny lądować na pokładzie około 22:00. – odpowiedział Maund.
- Zobaczymy, co oni nam powiedzą. Nadajcie do admirała Toveya: „Wróg stale skręca na lewą burtę”. Podajcie tutaj pozycję Bismarcka. Idę do siebie. Jak samoloty wrócą, to natychmiast meldujcie.
U – 556
Godzina 21:00.
- Peryskop w górę! – rozkazał komandor porucznik Herbert Wohlfahrt, dowódca niemieckiego okrętu podwodnego U-556.
- Nie sądzisz, że to trochę ryzykowne? Na powierzchni sztorm, a my idziemy na resztkach paliwa. – do komandora dobiegł głos porucznika Friedricha Körnera.
- Zerknę tylko na chwilę. Chociaż tyle będziemy mogli zrobić…
Wohlfahrt po odebraniu radiogramu z Dowództwa Grupy „Zachód”, nakazującego podążenie na pomoc Bismarckowi, od razu rozkazał zmianę kursu, odkładając powrót do Francji o kilka godzin, chcąc ze wszelką cenę pomóc koledze, komandorowi Lindemannowi i pozostałym niemieckim marynarzom i oficerom.
Herbert wrócił pamięcią do stycznia 1941 roku. W stoczni Blohm & Voss w Hamburgu zbliżała się ceremonia wcielenia do służby U-556. Wohlfahrt pragnął, aby uroczystość odbyła się z wielką pompą. Niestety młody komandor nie miał na stanie załogi orkiestry. Pomoc miała wtedy przyjść z niespodziewanej strony. Pewnego dnia plotki, o tym że pewien dowódca okrętu podwodnego poszukuje doświadczonych muzyków, doszły do Lindemanna. Bismarck przechodził wtedy w hamburskiej stoczni mniejsze naprawy. Dzień przed uroczystością dowódca pancernika złożył Wohlfahrtowi niespodziewaną wizytę. Zaskoczony Herbert zaprosił Lindemanna do pachnącej nowością ciasnej mesy u-boota i ugościł najlepiej, jak tylko mógł.
- Czemu zawdzięczam Pańską wizytę, Komandorze? To dla mnie naprawdę wielki zaszczyt. – Herbert zaczął rozmowę.
- Panie Komandorze, przejdę od razu do sedna. Czy nadal potrzebuje Pan orkiestry?
- Nie ukrywam, że tak, ale…
- No to doskonale, bo chciałem zaproponować Panu wypożyczenie orkiestry pokładowej Bismarcka.
- Nie wiem co powiedzieć… Bardzo dziękuję!
- Co do ceny, to się jakoś dogadamy. – Lindemann uśmiechnął się do Wohlfahrta i dziękując za gościnę powrócił na pokład swojego okrętu.
Następnego dnia muzycy służący na pancerniku stanęli na wysokości zadania. Na ceremonii pojawił się także Lindemann i kilku wyższych oficerów z Bismarcka. Po zakończeniu uroczystości Wohlfahrt podszedł do dowódcy pancernika i podarował mu niezwykły prezent.
- Panie Komandorze! W podzięce za wypożyczenie orkiestry przekazuję w imieniu mojej załogi na Pana ręce sporządzoną przeze mnie umowę. Pozwolę ją sobie odczytać w obecności Pańskich oficerów. „My, U-556 (wypierający 500 ton), niniejszym obiecujemy przed Neptunem, Panem oceanów, mórz, jezior, rzek, strumyków, sadzawek i strumyczków, że zapewnimy każdą pomoc naszemu Wielkiemu Bratu, pancernikowi Bismarck (wypierającemu 42 000 ton), w dowolnym miejscu na wodzie, pod wodą, na lądzie lub w powietrzu”– mówiąc to Herbert zasalutował i przekazał dowódcy pancernika kartkę ozdobioną wstążką.
- Dziękuję Komandorze! Nie wątpię w Pańskie zapewnienia! – odpowiedział rozbawiony Lindemann i rozwinął kartkę, na której widniały dwa rysunki. Pierwszy przedstawiał Wohlfartha, jako bohatera średniowiecznego rycerskiego eposu Parsifala, który strąca mieczem atakujące Bismarcka samoloty i zatrzymuje ręką pędzącą ku burtom pancernika torpedę. Na drugim natomiast Herbert narysował pancernik holowany przez U-556 w bezpieczne miejsce.
- Peryskop na pozycji! – zameldował Körner przerywając wspomnienia dowódcy.
Wohlfahrt obrócił czapkę do tyłu, oparł ręce na rękojeści i nachylając się przytknął oczy do okularu. Ogromne atlantyckie fale zalewały szkło peryskopu utrudniając obserwację. Mimo to, Herbert zaczął powoli przeczesywać horyzont. Nagle coś zauważył. Poprawiając ostrość powiedział do Körnera:
- Dwa okręty. Jeden, to chyba lotniskowiec. Czekaj… Tak, to na pewno lotniskowiec. Kurs 20°!
- Oszalałeś?! A co jak tam są niszczyciele eskorty?! Nie mamy ani jednej torpedy! Nie zgrywaj bohatera! – Körner szturchnął Herberta.
- Poruczniku, niech Pan się zamknie i wykonuje moje rozkazy. To ja jestem dowódcą.
- Tak jest! – syknął Friedrich.
Po kilku minutach zauważone okręty stały się wyjątkowo dobrze widoczne.
- To duży lotniskowiec i jeden z brytyjskich krążowników liniowych. Wachtowy! Zapisać w dzienniku: „Wróg wykonuje zwrot 10° w prawo. Brak eskorty. Okręty nie zygzakują”. Nadać do dowództwa: „Wróg w zasięgu wzroku. Krążownik liniowy, lotniskowiec, kurs 115°, wróg płynie prędkością 20 węzłów. Pozycja 48° 20′ N, 16° 20′ W." Załoga! Przygotować się do wynurzenia!
- Rozumiem, że chcesz nas wszystkich zabić – Körner spoglądał na Wohlfartha wzrokiem pełnym niedowierzania.
- Przecież nie mają niszczycieli, a idąc pod wodą nie damy rady dojść w pobliże Bismarcka.
- A sztorm?! To szaleństwo!
- Lepiej ubierz coś ciepłego. Na górze będzie wiało – odpowiedział Herbert ubierając się jednocześnie w nieprzemakalny sztormiak.
Bismarck
Godzina 21:20.
Komandor Lehman szedł szybkim krokiem przez wąski korytarz prowadzący do rufowych przedziałów pancernika. Nagle do uszu oficera doszedł odgłos podniesionych rozmów. Ktoś krzyknął. Walter przyspieszył kroku wpadając do ciemnego pomieszczenia oświetlonego latarkami.
- Co jest?! – warknął do wszystkich zebranych Lehman. – Mieliście zbadać uszkodzenia i zająć się ich naprawą, a nie pieprzyć bez sensu i marnować czas! No! Co się dzieje?!
- Może ja powiem… – przed szereg skrytych w mroku postaci wyszedł mat Frischke. – Panie Komandorze, kilka minut temu odkryliśmy wielką dziurę w rufie. Ciągle wpada tam woda i zalała kilka pomieszczeń wokół sterów. No to, żeśmy poszli do przedziałów wyżej i spotkaliśmy ludzi, którzy stamtąd uciekli. No więc, jak mówię, nie można dojść normalnie do sterów. Komandor Junack razem z porucznikiem Gisem poszli do włazu nad sterami, żeby zobaczyć, czy tam by nie można, ale no jest zablokowany. Teraz tam stoją i kombinują, co i jak, a tutaj, oni… - Frischke wskazał palcem na marynarzy, którzy uciekli z zalewanych pomieszczeń rufowych. – Zamiast wcześniej myśleć o innych…
- Dobra Frischke. Stop! Za bezzasadne kłótnie na pokładzie odpowiecie później. Czekać tu na mnie i spokój!
Zdenerwowany Lehman minął grupę marynarzy i zapalając latarkę ruszył przed siebie. Kilka metrów dalej poczuł, że z góry kapie na niego woda. Komandor skierował światło w kierunku sufitu i zauważył, że gródź poprzeczna lekko przecieka. Na całe szczęście była podparta stemplami, które kilkanaście minut wcześniej założyły grupy naprawcze nadzorowane przez Junacka. Po przejściu długiego korytarza Lehman w końcu dotarł do stojących przed masywnym pancernym włazem oficerów.
- Gerhard? – komandor zwrócił się do Junacka. – Jak to wygląda? Podobno jest zamknięty?
- Można go otworzyć, ale sam zobacz. Pomóż nam.
Oficerowie szarpnęli za dźwignię i właz powoli ustępował. Lehman poświecił latarką w dół, chcąc zobaczyć stan uszkodzeń, ale światło odbiło się od mętnej cieczy. Nagle poziom wody gwałtownie się podniósł i przeraźliwie sycząc dotarł aż do krawędzi włazu.
- Widzisz? To nic nie da. Unosimy się w górę i w dół na wysokich falach. Gdyby ktoś spróbował zejść na dół, to by go zassało do środka.
- A może byśmy spróbowali przejść na sterowanie ręczne? Istnieje szansa, że woda tam nie dotarła. – zasugerował Gise.
- Dobrze, wyślijcie tam jedną z grup.
W tym samym momencie telefon przymocowany do pancernej ściany zaczął wściekle terkotać.
- Melduje się komandor Lehman! – po drugiej stronie odezwał się Lindemann. - Tak, Komandorze. Sytuacja wygląda następująco. Dotarcie do pomieszczenia na górnym międzypokładzie, aby rozłączyć napęd sterów głównych jest aktualnie niemożliwe. Wysyłamy właśnie grupę naprawczą do pomieszczeń ze sterem ręcznym.
HMS King George V
Godzina 21:40.
- Panowie, mamy go! – Tovey trzasnął pięścią w stół rozłożony w kabinie nawigacyjnej. - Admirał Somerville melduje o zatrzymaniu Bismarcka. Wróg zakręca koło na lewą burtę zmniejszając prędkość. Kiedy mniej więcej go dogonimy?
- Przy aktualnie rozwijanej prędkości jutro przed godziną 08:00. – odpowiedział komandor Lloyd.
- A jak z paliwem?
- Wystarczy na dotarcie do Bismarcka, stoczenie krótkiej bitwy i natychmiastowy powrót.
- Dobrze, dobrze, bardzo dobrze! – admirał po kilkudziesięciu godzinach ciągłego stresu nabrał nowej pozytywnej energii. – Utrzymywać prędkość! Niech flotylla niszczycieli komandora Viana pójdzie przodem i wspomoże Sheffielda w utrzymywaniu kontaktu z wrogiem. Przy sprzyjających warunkach niech Vian spróbuje podejść do ataku torpedowego.
- Jeśli mogę? – zwrócił się do zebranych oficerów komandor Patterson.
- Proszę Komandorze.
- Komandor Dalrymple-Hamilton z Rodneya przesłał na pokład King George’a dość niepokojące wiadomości. Z powodu sztormu i rozwijania prędkości maksymalnej kadłub pancernika zaczął przeciekać, a siłownia jest przeciążona. Może byśmy zwolnili o węzeł lub dwa?
- Wykluczone! Absolutnie wykluczone! Nie teraz, kiedy jesteśmy już tak blisko! Damy radę! – wykrzyknął Tovey. - Wracać na stanowiska. Proszę też, aby załoga zebrała się przy głośnikach okrętowych.
Od momentu, gdy mat Reymond Hartley dowiedział się o zatopieniu Hooda, pogrążył się w samotności. W czasie wacht spędzanych w dziobowej czterolufowej wieży artylerii głównej, nie odzywał się do nikogo ani słowem. Następnie wracał do kajuty, gdzie ściskał w ręku jedyne pozostałe mu rodzinne zdjęcie, na którym stał razem ze starszym bratem Westonem, który zginął na brytyjskim krążowniku liniowym dwa dni wcześniej. Bosmanmat Gaven Clarke próbował porozmawiać ze swoim przyjacielem, ale każda próba kończyła się tym samym. Reymond po prostu milczał. Gaven chciał ze wszystkich sił wczuć się w sytuację młodego Hartleya, powiedzieć dobre słowo, które nie brzmiałoby, jak pusty frazes, ale nie potrafił. Clarke od najmłodszych lat zżył się z morzem. Kontaktu z rodziną nie utrzymywał od bardzo dawna i nigdy nawet nie próbował go odnowić, sądząc zresztą, że rodzice już dawno temu znaleźli się na tamtym świecie. Pomimo to, Gaven widział i czuł, że jest coś, co pozwalało Hartleyowi utrzymywać się jeszcze na nogach. Była to krwawa chęć zemsty za śmierć brata. Clarke nigdy nie zadawał pytań o Westona, ale z opowieści przyjaciela wiedział, że starszy Hartley stracił podczas niemieckich nalotów na Londyn żonę, a teraz ginąc na pokładzie Hooda osierocił małą córkę. Clarke wiedział, że dla Reymonda było to za wiele. Przyglądając się leżącemu w bezruchu na koi młodszemu Hartleyowi zastanawiał się, co się stanie, gdy dojdzie do bitwy z Bismarckiem. Nagle w umieszczonym na ścianie głośniku coś zatrzeszczało i po chwili popłynął z niego głos admirała Toveya.
- Oficerowie i marynarze Royal Navy! Zbliża się bitwa. Bismarck został zatrzymany przez nasze lotnictwo. Najpóźniej jutro nawiążemy kontakt z przeciwnikiem. Oczekuję, że każdy spełni swój obowiązek! Niech żyje Król!
Gdy przemowa admirała dobiegła końca Reymond niespodziewanie wstał z koi i podszedł do szafki, z której wyciągnął kaptur i rękawice ochronne.
- Reymond, nasza wachta zaczyna się dopiero po 02:00. Reymond? Słyszysz mnie w ogóle?
Hartley nie reagował na Clarke’a i zaczął się ubierać.
- Reymond, do cholery! Przestań! – młody mat nadal jednak nie zwracał uwagi na starszego stopniem przyjaciela. – Mat Reymond Hartley! Baczność! Słyszysz co powiedziałem?! Baczność!
Clarke w końcu nie wytrzymał i podszedł energicznie do będącego w amoku Hartleya. Po chwili chwycił go za bluzę mundurową i uderzył w twarz.
- Reymond, jutro. Jutro będzie bitwa. Teraz jeszcze nie jest nasza kolej. Rozumiesz?!
Hartley nic nie odpowiadając pokiwał tylko głową, schował rękawice i kaptur z powrotem do szafki i położył się na koi przyciskając do piersi zmiętą fotografię.
Londyn, podziemia gmachu Admiralicji.
Godzina 21:45.
- Sir, meldunek od admirała Toveya: „Bismarck zatrzymany, zakręca koła. Idziemy prosto na niego”. – do gabinetu Pounda wpadł jego adiutant.
Pierwszy Lord Morskiz sięgnął po telefon stojący na biurku, wziął do ręki słuchawkę i wybrał odpowiedni numer. Po kilku sekundach po drugiej stronie odezwał się dobrze znany mu głos.
- Panie Premierze, odebraliśmy właśnie wiadomość od Toveya. Bismarck zatrzymany. Tak, tak. Najdalej jutro. Oczywiście, przekażę. Admirał Tovey rozprawi się z wrogiem, jak najszybciej. Będę informować Pana osobiście o wszystkich postępach. Dobrego wieczoru!
Pound odłożył słuchawkę na widełki i powiedział do adiutanta:
- Proszę przekazać Komandorze wszystkim pracownikom operacyjnym gratulacje od samego Premiera. Idę się trochę przespać. Przez noc raczej już nic nie powinno się zdarzyć.
Paryż, Dowództwo Grupy „Zachód”
Godzina 21:50.
- Dlaczego mówicie mi dopiero o tym po 10 minutach od odczytania radiogramu?! – Admirał Alfred Saalwächter wpadając do gabinetu szyfrantów warknął na jednego z oficerów. – Mieliście informować mnie o wszystkim natychmiast!
- Chcieliśmy to sprawdzić. Możliwe, że przy odczytywaniu wiadomości zaistniał jakiś błąd. – Tłumaczył jeden z radiotelegrafistów.
- Dobra, już mniejsza z tym. Czytajcie tą wiadomość. – Saalwächter trochę się uspokoił i podszedł do przestronnego okna wychodzącego na Plac Zgody, który powoli pustoszał przed nadchodzącą chłodną majową nocą.
- „Uderzenie dwoma torpedami w kwadracie BE 6192. Okręt niesterowny. Będziemy walczyć do ostatniego pocisku. Podpisano: Admirał Günther Lütjens”.
Saalwächter oparł się o marmurową framugę, a na jego twarz wstąpiły krople potu. Po chwili zerwał się z miejsca i krzyknął:
- Natychmiast nadajcie radiogramy na lotniska w pasie wybrzeża. Niech samoloty przygotowują się do startu i lecą nad Bismarcka! Holowniki z Brestu mają też znaleźć się w stanie najwyższej gotowości! Co z tymi u-bootami?
- U-556 znajduje się najbliżej Bismarcka. Od ponad godziny śledzi brytyjski zespół składający się z dwóch ciężkich okrętów, wśród których jeden to prawdopodobnie lotniskowiec HMS Ark Royal. Niestety komandor Wohlfahrt nie ma już w zapasie żadnych torped. Pozostałe okręty zmierzają na pozycję, ale przy pogarszającej się pogodzie ich dotarcie na czas jest wątpliwe.
- Prześlijcie do Naczelnego Dowództwa ten radiogram od admirała Lütjensa i przynieście mi jakieś biurko i krzesło. Będę czekał tutaj na kolejne wiadomości.
Bismarck
Godzina 21:55.
- No! Jeszcze raz! Na trzy! Raz, dwa, trzy! Pchajcie! – krzyczał mat Frischke. – Z życiem!
Grupa naprawcza mający podjąć próbę sterowania ręcznego próbowała dostać się do odpowiednich pomieszczeń. Niestety pancerne drzwi pomimo kilku prób ich otwarcia, ani drgnęły. Marynarze byli wykończeni, ale z racji tego, że powoli docierała do nich groza sytuacji, za wszelką cenę chcieli ratować swój okręt i życie. Frischke głośno sapiąc oparł się o ścianę i spojrzał na pobladłe ze zmęczenia twarze innych.
- Musimy spróbować jeszcze raz, ostatni. Znowu na trzy. No wstawajcie, raz, raz, raz… I znów! Raz, dwa, trzy! Mocno! I znów! Mocno!
Niespodziewanie pancerne stalowe drzwi lekko się uchyliły.
- Patrzcie! Udało się! Jeszcze raz!
Marynarze w przypływie energii naparli na wrota, które otworzyły się do połowy i nagle na stojącego najbliżej przejścia mata Frischke uderzyła zimna morska słona woda.
- Tfu! – Frischke z obrzydzeniem wypluł ohydną ciecz. – Dajcie mi latarkę.
Mat przedostał się do pomieszczenia. Woda sięgała mu do kolan. Światło latarki padało na pogrążone w ciemnościach pomieszczenia, szukając zejściówki prowadzącej do sterów ręcznych. Po kilku minutach Frischke wrócił na korytarz kręcąc głową ze zrezygnowaną miną:
- Zameldujcie Junackowi, że pomieszczenia są całkowicie zalane. Nie damy rady przejść.
Komandor Junack po otrzymaniu tej wiadomości popędził do telefonu, aby powiedzieć o wszystkim przełożonemu, ale po drodze natknął się na szukającego go Lehmana.
- Admirał i Dowódca wzywają nas na mostek z dokładnymi raportami uszkodzeń. Masz je? – zapytał Lehman.
- Tak, tak. Chodźmy.
Po przejściu kilku pięter oficerowie dotarli na pomost admiralski, na którym panował grobowa cisza.
- Panie Admirale, Panie Komandorze! Meldujemy się na rozkaz!
- Panowie, zapraszam do mesy oficerskiej. Tam porozmawiamy na spokojnie. Komandorze Oels! Proszę z nami. – powiedział Lütjens i chwilę później wszyscy za nim ruszyli, rozsiadając się po kilku minutach w fotelach mieszczących się w mesie oficerskiej.
- Proszę zatem mówić, jak to wygląda, czy mamy jakieś szanse? – Admirał ruchem dłoni poprosił Lehmana o zabranie głosu.
- Niestety stery są nadal zablokowane w pozycji 12° na lewą burtę. Dotarcie na górny międzypokład, aby rozłączyć napęd sterów głównych jest niemożliwe. Próbowaliśmy także sterowania ręcznego, ale pomieszczenia są całkowicie zalane. Będziemy nadal próbować rozłączyć stery, ale nie będzie to łatwe. Moi ludzie będą musieli pracować w ciężkich kombinezonach i w całkowitych ciemnościach.
Na chwilę wśród zebranych zapadła niepokojąca cisza, którą przerwał Lütjens:
- Czy jest jakieś inne rozwiązanie?
- Panie Admirale, owszem jest jeszcze jedno rozwiązanie. Trochę razem o tym myśleliśmy z komandorem Junackiem. – Lehman skłonił głowę ku podkomendnemu – I stwierdziliśmy, że jest to możliwe. Otóż, moglibyśmy odblokować stery od zewnątrz. Żeby to zrobić, musielibyśmy opuścić kogoś na linie w rejonie rufy. Ten ktoś znalazłby się przy sterach i tam miałby szansę, aby je odłączyć. Jeszcze raz mówię, że jest to wykonalne, ale jest jeden problem.
- No słucham Komandorze…
- Trzeba znaleźć ochotnika, który by się tego podjął.
Komandor Oels głośno się zaśmiał i trzasnął ręką w stół.
- Skoro Pan mówi, że to takie wykonalne, to może Pan się opuści na tej linie, a będzie Panu towarzyszył Komandor Junack. Uważam, że to świetny pomysł, naprawdę! Daję słowo! Ależ Pan to wymyślił! – Oels wstał gwałtownie od stołu. – To szaleństwo! Szaleństwo, Panowie! Okręt kołysze się na falach w górę i w dół. Każdy kto zejdzie pod wodę w okolice rufy zostanie zmiażdżony przez ponad 50 000 ton stali. A nawet gdyby ktoś jakimś cudem przeżył spotkanie z naszą wspaniałą stalą, to ile by wytrzymał w zimnych wodach Atlantyku? Co? Przypominam też, że nie mamy lekkiego sprzętu do nurkowania. Naprawdę, wolne żarty komandorze Lehman.
- Komandorze Oels! Przywołuję Pana do porządku! – Lütjens starał się załagodzić konflikt. – Komandorze Lehman, dziękuję za przedstawienie pomysłu, ale właśnie z powodu braku znalezienia ochotników nie wcielimy go w życie. Komandorze Lindemann, co Pan na to?
- Mam pewien pomysł. Myślę, że sterowanie kierunkiem obrotu wałów mogłoby przywrócić właściwy kurs i przy odrobienie szczęścia dopłynąć w pobliże francuskiego wybrzeża i znaleźć się w zasięgu Luftwaffe.
- Jeśli mogę? – Lehman podniósł rękę do góry. – Komandorze, tak gwałtowne manewrowanie może przeciążyć siłownię. Utracenie napędu może pozbawić nas ostatniego atutu, prędkości.
- Panowie, dziękuję za wszystkie opinie. Wracam na pomost. Za chwilę komandor Lindemann spróbuje przystąpić do realizacji swojego pomysłu. Pan Komandorze… - Lütjens zwrócił się do Lehmana. – Niech Pan kontynuuje próby rozłączenia sterów i pilnuje siłowni podczas wykonywania manewrów.
Kilka minut później Lindemann opierając się ręce na stanowisku żyrokompasu i spoglądając w pokryty światłem księżyca wzburzony ocean wydał pierwszy rozkaz:
- Prawy wał cała naprzód!
- Jest prawy wał cała naprzód! – rozkaz dowódcy pancernika powtórzył do słuchawki komandor Oels.
- Prawy wał stop! Lewy wał cała naprzód! Lewy stop! Teraz prawy wał pół naprzód! Lewy cała naprzód!
Tymczasem Lehman nadzorujący w siłowni wykonywanie trudnych manewrów z niepokojem obserwował rosnącą temperaturę, która dochodziła do 50° w skali Celsjusza. Wały pracowały z pełną mocą, wydając przy tym basowe pomruki. Marynarze pełniący służbę w siłowni, ubrani w grube skórzane kombinezony robocze, powoli nie wytrzymywali gorąca. Z pomostu admiralskiego nadal jednak dochodziły coraz to kolejne rozkazy. Lehman zdjął swoją furażerkę i przetarł zmierzwione i sklejone włosy. Komandor przyłożył rękę do jednej z wielu plątanin przewodów rozwieszonych w pomieszczeniach siłowni. Parzyły. Szum dochodzący od strony wałów stawał się coraz głośniejszy. Nagle Lehman usłyszał kroki mechanika, biegnącego po stalowym pomoście rozwieszonym nad grubymi rurami.
- Komandorze! Stop! Prawy wał się przegrzewa!
Lehman rzucił się do telefonu i zameldował Oelsowi:
- Komandorze! Trzeba natychmiast przerwać manewrowanie! Tak, natychmiast! Wał się przegrzewa!
Gdy pierwszy oficer przekazał raport komandorowi Lindemannowi, dowódca pancernika rozkazał natychmiastowe przerwanie pracy wałów. Jedynym sukcesem było obrócenie kadłuba Bismarcka pod wiatr i powrót na kurs południowo-wschodni. W tym samym momencie na pomost admiralski wpadł jeden z radiotelegrafistów:
- Panie Admirale. Odebraliśmy trzy radiogramy. Pierwszy z Grupy „Zachód”, drugi z „Grupy Północ”, a trzeci od samego Wielkiego Admirała Raedera. – mówiąc to przekazał wszystkie wiadomości Lütjensowi.
Admirał od razu je przeczytał i po chwili powiedział do Lindemanna:
- Proszę włączyć głośniki. Chcę przemówić do załogi.
Dowódca Bismarcka naciskając właściwy przełącznik ustąpił Lütjensowi miejsca.
- Marynarze pancernika Bismarck! Przez ostatnie dni wykazaliście się wielką odwagą. Bohaterskimi czynami potwierdziliście swoją mężną postawę i okryliście nasz okręt chwałą. Niestety okręt jest nadal niesterowny. Mechanicy i grupy naprawcze obiecują, że zrobią wszystko, co w ich mocy, aby Bismarck mógł bezpiecznie powrócić do Francji. Najwyższe Dowództwo przysyłam Wam pozdrowienia: „Wszystkie nasze myśli są z Wami i Waszym okrętem. Dowództwo Grupy „Zachód” pisze, że: „Nasze myśli i najlepsze życzenia są z Wami, bohaterskimi marynarzami”. Również Dowództwo Grupy „Północ” przekazuje, że „myślą o nas wszystkich z dumą i oddaniem”. Niech żyją Niemcy! Do hymnu!
Po chwili z głośników okrętowych popłynęły pierwsze takty dumnego hymnu narodowego. Schneider siedząc w dziobowym stanowisku kierowania ogniem od razu przyłączył się do ryku płynącego z setek gardeł. Oficerowie i marynarze stanęli na baczność i z każdym wersem śpiewali coraz głośniej, zagłuszając melodię wydobywającą się z głośników. Muzyka urwała się, ale wrzask nadal wypełniał wszystkie stanowiska. „Niemcy, Niemcy ponad wszystko!” Ponad wszystko na świecie!”.
Vogler stojąc na pomoście nawigacyjnym, wystawiał ku wichrowi przemarzniętą twarz, wsłuchując się w ten mocarny odgłos śpiewu, odbijający się od masywnych burt Bismarcka i niosący się po wzburzonym oceanie.
- Niemcy, Niemcy ponad wszystko… - Wolfgang mruknął cicho do siebie.
Po chwili Vogler rozpiął górne guziki długiego granatowego płaszcza i wyciągnął z kieszeni krótki list napisany do żony i córek poprzedniego dnia, który zamierzał wysłać do Niemiec po dotarciu do Francji. Po przeczytaniu pierwszych zdań Wolfgang zgniótł kartkę i cisnął ją w atlantyckie fale, uderzając pięściami o stalowy reling, czując wzmagające się w nim poczucie bezsilności.
CDN
Na obrazie Bismarck w nocy z 26/27 V 1941 roku.

Brak komentarzy: