ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 20 maja 2025

Ziemie Odzyskane.

 II wojna światowa w kolorze

MIT ZIEM ODZYSKANYCH
Miałem ten wpis zrobić już dawno - wiem, wiem. Czekaliście na niego, ale czekałem na lepszy moment. 1 września, rocznica agresji na Polskę - to czas idealny. Zachęcam jednak do lektury ostatnich postów - rocznicowego i o Chałchin-Goł, i innych. Powstanie jeszcze druga część, dotycząca Kresów Wschodnich.
Wersja dla leniuszków:
* "ziemie odzyskane" były wcale nie najbogatsze już przed wojną
* ogromna część majątku na "ziemiach odzyskanych" została zniszczona lub rozgrabiona
* powojenna Polska wcale nie była monoetniczna
* przyznanie tych ziem Polsce było instrumentalną grą Stalina
* nowe granice spowodowały utratę znaczenia 1/3 terenów "ziem odzyskanych"
* "ziemie odzyskane" musieli odbudowywać sami Polacy na swój koszt - i często nieadekwatny do efektów.
A teraz dla ambitnych, których nie przerażają wspaniałości moich tekstów.
* * *
Ziemie Odzyskane. Któż z Was nie słyszał tej wspaniałej opowieści o tym, jak Polska zyskała w trakcie II Wojny Światowej. Jaki korzystny układ granic! Szeroki pas brzegowy! Krótka granica z Rosją i z Niemcami! Mało mniejszości etnicznych - nie to, co na tych zapyziałych Kresach! I do tego niesłychane bogactwo, które aż kapało. Wystarczyło się tylko schylić, a leżały na ziemi na każdym kroku - wg opowieści - prawie że diamenty, złoto i platyna.
Propaganda Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, kreująca mit tzw. ziem odzyskanych, okazała się trwalsza niż jej autorzy - Józef Cyrankiewicz i Władysław Gomułka. Tak jak granice Polski, skreślone ręką Stalina, przeżyły jego samego o siedem dekad. Komuniści uwielbiali podkreślać w swej propagandzie nowe granice i zyski tzw. ziem odzyskanych. Mieli w tym wielki interes... ale o tym później. Już w 1945 roku Polska obrosła tysiącami plakatów, nawołujących do zasiedlania nowych zdobyczy terytorialnych. Oczywiście, taktownie ignorując oderwanie od Polski połowy jej ziem...
Polska jako państwo PRZEGRAŁA II Wojnę Światową. Poniosła największe straty ludzkie i materialne, na czele ze zrujnowaną stolicą. Straciła połowę swoich ziem, w tym związane z nią od setek lat Lwów i Wilno. Trauma tej katastrofy spowodowała, że Polacy musieli sobie ją zacząć jakoś osładzać. Mit "ziem odzyskanych" jest tylko jednym z wielu takich mitów.
Jest to mit ogromny, wielopoziomowy i nie spodziewam się, że w całości go dziś obalę. Ale próbować warto. Ogromna część ludzi zwyczajnie nie przyjmie tych faktów do wiadomości. Jednak zastanowiło mnie, że w polskiej historiografii praktycznie w ogóle nie ma krytycznego spojrzenia w tym temacie. Kwestię Kresów i ich dziedzictwa, oraz rzekomej nieprzydatności - opiszę następnym razem. Jest to jeden z wielu mitów PRL, obok "zwalczania analfabetyzmu" i "darmowych" mieszkań.
Zatem - zapraszam. Będę podawał kolejne etapy w punktach, by było łatwiej czytać.
1) ZIEMIE ODZYSKANE - NIEMIECKIE ELDORADO?
Zanim zaczniemy historię samych "ziem odzyskanych", muszę odpowiedzieć na pytanie, czy tereny, które przypadły Polsce po 1945 roku, rzeczywiście były takim rozwiniętym gospodarczo rajem?
Musimy tu cofnąć się o sto lat, do połowy XIX wieku. Jeszcze zanim powstały Niemcy, nastąpiło zjawisko, które zostało ochrzczone mianem "Landfluchtu" i "Ostfluchtu". Pierwsze słowo odnosi się do masowej emigracji chłopów z prowincji państw niemieckich do miast. Na wsi mieszkało 75 % obywateli "Niemiec". Zjawisko to nasiliło się po zjednoczeniu w 1871 roku, gdy emigracja stała się łatwiejsza. Szczególnie widoczne było to na prowincjach wschodnich Rzeszy: Prusach Wschodnich, Pomorzu, Śląsku, Wielkopolsce. To właśnie był "Ostflucht", czyli "ucieczka ze wschodu". Do 1900 roku ze wschodu wyjechało 1,6 miliona Niemców.
Powody emigracji były prozaiczne: na wschodzie Niemiec zarobki były znacznie niższe (o 25 %, a czasem i o 33%, w Prusach – o 40 %), niż w bogatym, przemysłowym Zagłębiu Ruhry. Mniej było także ziemi: sporą część prowincji wschodnich pokrywały mokradła i lasy. Ziemia uprawna znajdowała się w rękach bogatych właścicieli ziemskich o majątkach powyżej 100 hektarów (na Śląsku było to 44 % gruntów, w Prusach - 39 %, na Pomorzu - ponad 60 %, podczas gdy w Niemczech Zachodnich - jedynie 2,8 %). Prowincje wschodnie Rzeszy były regionami głównie rolniczymi (z wyjątkiem Śląska i części Pomorza) i wyraźnie uboższymi od zachodnich prowincji. Były to zresztą dalekie peryferia państwa, które zazwyczaj są biedniejsze od interioru, m.in. przez koszty transportu produktów.
Niemiecki rząd, zarówno kajzerowski, jak i weimarski, a później nazistowski, usiłowały temu przeciwdziałać na wszelkie sposoby. Tak powstała w 1886 r. Komisja Kolonizacyjna, założona przez Ottona von Bismarcka, która miała wykupować od Polaków ziemie i sprzedawać ją Niemcom. Mimo ogromnej presji i wysokich nakładów finansowych, komisja poniosła klęskę. Do 1918 r. osiedlono na terenach wschodnich zaledwie 21 tys. niemieckich rodzin z planowanych 40 tys. Powodem był nie tylko opór polskiej ludności przed wykupywaniem ziemi, ale i zwyczajna niechęć Niemców do osiedlania się na biednych - z punktu widzenia Niemca - terenach.
Koniec I WŚ doprowadził nie tylko do utraty Wielkopolski i części Pomorza, ale wywołał też gigantyczny regres gospodarczy na terenach wschodnich i jeszcze szybsze wyludnianie się tych terenów. Najbardziej cierpiały odcięte "polskim korytarzem" zalesione, rolnicze, słabo uprzemysłowione Prusy Wschodnie, które miały najmniejszą gęstość zaludnienia (55 os./km2). Coraz bardziej zadłużone gospodarstwa (stanowiące 45 % ogółu prowincji) nie generowały zysków. Nie rozwijał się także (i tak drugorzędny) port w Królewcu, który dopiero w 1932 r. osiągnął obrót sprzed I WŚ. Przy czym i tak do Prus przywożono dwa razy więcej towarów, niż eksportowano (odwrotnie, niż przed I WŚ). Sytuacja pogarszała się także na Śląsku, ponieważ z obu jego stron wyrosły nowe państwa - Polska i Czechosłowacja, co doprowadziło do utraty połowy rynków.
Tu trzeba zaznaczyć, że większość miast wschodnich nie rozwijała się w okresie międzywojennym i cechowała je stagnacja. Spadek ludności dotyczył większości prowincji. Nawet ze Śląska - stosunkowo najbogatszej z prowincji - do końca lat 20. wyjechało 200 tysięcy ludzi. Nawet po 1933 r. wskaźniki demograficzne miast śląskich były ujemne i z prowincji wyjeżdżało średnio 26,9 tys. ludzi rocznie. Warto wspomnieć, że poważnym problemem w okresie międzywojennym było wysokie bezrobocie, masowe zwolnienia i ograniczanie produkcji przemysłowej. Przykładowo - w 1930 r. w Lęborku na 19 tys. mieszkańców bezrobotnych było 3300 osób, w Zielonej Górze - na 24 tys. mieszkańców - 3400. Prusy Wschodnie wiodły tu absolutny prym i w 1934 r. w tej prowincji było aż 100 000 bezrobotnych.
Analogicznie rzecz miała się z Pomorzem. Prowincja ta uchodziła za najbiedniejszą w całych Niemczech za Prusami. Większość ludności tej prowincji (78 %) zajmowała się rolnictwem i rzemiosłem, a stopień uprzemysłowienia był wyraźnie niższy niż w reszcie Rzeszy. Pomorze przeżywało zapaść gospodarczą po I WŚ, szczególnie z powodu zaniedbania terenów rolnych. Sporą część prowincji pokrywały mokradła. Miasta traciły swoje znaczenie i nie rozwijały się - ani ludnościowo, ani terytorialnie. Jedynym miastem, które zwiększyło nieznacznie swoją powierzchnię, był Szczecin. Ten cokolwiek duży port, i tak miał znaczenie drugorzędne w niemieckim handlu morskim, bowiem 51 % handlu bałtyckiego obsługiwał Hamburg, a Szczecin - 37 %. Dopiero w 1938 r. Szczecin osiągnął 8 mln ton obrotów rocznie, przewyższając rok 1913, a i to w warunkach cieplarnianych gdy musiał w niemieckiej gospodarce zastąpić Gdańsk i stał się garnizonem Wehrmachtu. Do końca lat 20. tracił on też znaczenie w przemyśle stoczniowym, czego skutkiem było bankructwo stoczni AG Vulcan i Ostseewerft. Pozostałe porty - Darłowo, Kołobrzeg, Ustka - miały dosłownie symboliczne obroty - razem niecałe 200 tys. ton rocznie w 1933 r. Dla porównania, polska Gdynia w 1938 roku miała trzykrotnie większe obroty niż Królewiec (9,2 mln ton do 3 mln ton) i przerosła nawet Gdańsk (5 mln ton w 1935 r.). Oznacza to, że jeden polski port przed wojną miał większe znaczenie gospodarcze, niż wszystkie porty od granicy polsko-niemieckiej do Odry razem wzięte.
No, to by było na tyle, jeśli chodzi o ten wspaniały "szeroki pas wybrzeża". 😉
By temu przeciwdziałać, rząd Republiki Weimarskiej w 1926 roku wdrożył plan tzw. "Osthilfe" - "Pomocy wschodniej" i "Sofortprogramm". W celu pomocy prowincjom wschodnim, rząd w Berlinie wyasygnował kosmiczną sumę 1,103 miliarda Reichsmarek (z czego 400 mln dla Prus Wschodnich) w celu rozwoju rolnictwa i utworzenia nowych miejsc pracy. Mimo ogromnych sum, kreatywności (np. organizowania targów, festiwali i innych imprez), propagandy i działalności nacjonalistycznych bojówek (jak Ostdeutscher Heimatdienst), cały program spalił na panewce. Zachęcanie do pomocy finansowej dla wschodu postrzegano w Niemczech jako haracz płacony zapadającym się gospodarczo prowincjom.
W sumie, w latach 1900-1939 z prowincji wschodnich wyjechało ponad 2,5 miliona ludzi. W okresie 1933-1939 nastąpiła pewna poprawa ze względu na inwestycje prowadzone przez rząd nazistowski, ale była to poprawa doraźna i czyniona ze względów politycznych, bez oglądania się na wskaźniki ekonomiczne.
Widać więc wyraźnie z powyższego, że tzw. ziemie odzyskane jeszcze przed wojną trapiły poważne problemy gospodarcze i demograficzne.
Żeby być uczciwym, trzeba powiedzieć, że ziemie te były zdecydowanie bardziej uprzemysłowione od "ziem dawnych" - będących przed 1939 r. częścią Polski - ale dotyczy to głównie obszaru Górnego Śląska, który stanowił jedynie ok. 1/6 całości ziem uzyskanych przez Polskę w 1945 roku, a wliczając Dolny Śląsk - 1/3. Nie można też zapominać, że większość "ziem odzyskanych" to Lubuszczyzna, Warmia, Pomorze Środkowe - regiony głównie rolnicze, które nie były (i nadal nie są) specjalnie bogate i zasobne, nierzadko pozbawione przemysłu, większych ośrodków miejskich, ze słabo rozwiniętą komunikacją.
(tu słowem trzeba wspomnieć o złożach miedziowych - na szczęście dla Polski nie wiedziano o nich w 1945 r., bo inaczej Sowieci na pewno położyliby na tym łapę)
Już przed wojną większość terenów "ziem odzyskanych" zajmowała się głównie rolnictwem. Do dzisiaj ogromna część "ziem odzyskanych" uchodzi za jedynie przyrodniczą ciekawostkę i ma najniższą gęstość zaludnienia w Polsce. Jakiś czas temu na X natrafiłem na dyskusję, gdzie autor zaznaczył ok. 1/5 terenów Polski - gł. Pomorze Środkowe, Zachodnie i północną część Wielkopolski - zastanawiając się, co tam jest takiego ważnego. Setki osób z oburzeniem wyjaśniły mu, że te tereny - właśnie "ziemie odzyskane" - mają ładne lasy, jeziora i dużo grzybów...
Ci sami ludzie pewnie mówią, że zalesione i bagniste Polesie i Nowogródczyzna były skansenem bez znaczenia. Hipokryzja.
2) ZIEMIE ODZYSKANE - RAJ NIETKNIĘTY WOJNĄ?
Gdyby zadać Wam pytanie, jakie miasto zostało najbardziej zniszczone w Polsce wskutek II Wojny Światowej, wielu z Was zapewne odpowiedziałoby, że Warszawa.
W rzeczywistości niechlubne pierwsze miejsce najbardziej zniszczonego miasta w Polsce dzierży Polanów (ob. woj. zachodniopomorskie). Niewielkie miasteczko z "ziem odzyskanych" noszące w 1945 r. nazwę Pollnow zostało zniszczone w 100 % w marcu 1945 roku, po zajęciu przez Armię Czerwoną. Czemu dopiero wtedy? O tym niżej.
Polanów otwiera bardzo długą listę zniszczonych i uszkodzonych miast. Na 70 najbardziej zniszczonych miast na terenie Polski, aż 58 znajdowało się na tzw. ziemiach odzyskanych.
Za Polanowem znalazły się w pierwszej dziesiątce:
Kostrzyn (Kustrin) - 99 % (stare miasto - Altstadt - do dziś nie zostało odbudowane)
Jasło - jedyne miasto nie z tzw. ziem odzyskanych - 97 %
Głogów (Glogau) - 95 %
Gołdap (Golldap) - 90 %
Pyrzyce (Pyritz) - 90 %
Gubin (Guben) - 90 %
Braniewo (Braunsberg) - 90 %
Kołobrzeg (Kolberg) - 90 %
Dobiegniew (Woldenberg) - 85 %.
W sumie 25 miast na "ziemiach odzyskanych" miało zniszczenia powyżej 80 %. 44 kolejne miasta "ziem odzyskanych" zostało zniszczonych w stopniu znacznym, tj. od 51 do 75 %, a 58 kolejnych - w stopniu średnim, tj. od 25 do 50 %. Szczególnie ucierpiała stara zabudowa wielu miast, jak w Szczecinie (55 % ogółu zniszczeń, starówka - 95 %), Gdańsku (58 % zniszczeń, starówka - 90 %), czy Wrocławiu (68-70 % zniszczeń, starówka - 85 %). We Wrocławiu zostało zniszczonych więcej budynków, niż w Warszawie - 21 620 do 20 408.
Ogółem, ziemie odzyskane były zniszczone bardziej, niż "ziemie dawne". Zniszczonych zostało 147 824 budynki (do 147 604 na "ziemiach dawnych"), co stanowiło 57,9 % ogółu zabudowy "ziem odzyskanych". Na Dolnym Śląsku kubatura zniszczonej zabudowy przekroczyła 100 mln m3, na Pomorzu Zachodnim - 69 mln m3, a Warmii - 23 mln m3. Tereny wiejskie również ucierpiały: na Dolnym Śląsku było 32,4 % zniszczonych zagród, Pomorzu Zachodnim - 22,6 %, Warmii - 28, 3 %, Pomorzu Gdańskim - 18,4 %. Ogółem tereny wiejskie były zniszczone bardziej niż na terenach "dawnych" - średnia wynosiła 27,5 % wobec 22 %. Z 449 701 gospodarstw, zniszczonych lub znacznie uszkodzonych było 123 793.
Średnia zniszczeń w zakładach przemysłowych wynosiła 73,1 %. Z 9255 zakładów przemysłowych na "ziemiach odzyskanych" zniszczonych zostało 6727. Z 11 083 kilometrów torów kolejowych zniszczonych było 6980 km (77 %). 70 % mostów i 25 % dróg kołowych nie nadawało się do użytku. 78 % gruntów ornych leżało odłogiem, a straty w trzodzie - wyniosły 90 %.
Szokuje to o tyle, że "ziemie dawne" - przez które wiele razy przetaczały się fronty, wyniszczone wieloletnią okupacją niemiecką i grabieżą, były mniej zniszczone od "ziem odzyskanych", przez które front przetoczył się tylko raz...
Wielu z Was powie teraz pewnie - no tak, tak, ale to dlatego, że toczyły się ciężkie walki. To jedynie część prawdy. Wróćmy teraz na początek do Polanowa. Jak to się stało, że miasto ucierpiało po zajęciu przez Sowietów? Otóż Polanów został zajęty 27 lutego 1945 roku. Jednak dopiero 3 marca 1945 roku został przez sowieckich "wyzwolicieli"... podpalony. Nieznane są powody tego, ale praktyka pokazała, że Sowieci czynili tak w wielu zajmowanych przez siebie miastach, wywołując znaczne zniszczenia już po zakończeniu walk.
Najbardziej znanym przypadkiem jest oczywiście Legnica, której starówka została niemal całkowicie zniszczona przez czerwonoarmistów 8-11 maja 1945 roku, trzy miesiące po jej zajęciu. Pijani w sztok Sowieci postanowili "uczcić" koniec wojny "ogniami zwycięstwa", wrzucając kanistry z benzyną i granaty do budynków.
Los Polanowa i Legnicy podzielił także mój pomorski Słupsk (Stolp) który Sowieci podpalili bezpośrednio po zajęciu 9 marca 1945 roku. Po wojnie stworzono legendę, jakoby o miasto toczyły się ciężkie walki. W rzeczywistości niemieckie oddziały wycofały się ze Słupska i nie stawiały tam oporu. Miasto zostało zniszczone w 35 %, zagładzie uległa prawie cała słupska starówka. To samo fatum spotkało leżące niedaleko Słupska Sławno (Schlawe), które Sowieci podpalili po zajęciu. Ogień zniszczył je w 40 %. Tak samo było w Olsztynie i Elblągu. Niemieckie Allenstein i Elbing zostały zrujnowane już po "wyzwoleniu" odpowiednio w 36 % i 55 %. Podobnie potraktowano również Miastko (Rummelsburg, 70 % zniszczeń) i Lębork (Lauenburg, 60 %). Podpalanie przez Sowietów budynków w zdobytych miastach było normą i dotknęło też w różnym stopniu Wrocław i Szczecin. Ogromne zniszczenia już po walkach dotknęły również Kołobrzeg, który przez kolejny miesiąc po zdobyciu był rujnowany przez czerwonoarmistów.
Oznacza to, że wielkie, bogate, wręcz ociekające złotem "ziemie odzyskane" w 1945 roku były w dużej mierze kopcami gruzów. Ale na tym się nie kończy ta tragedia.
3) ZIEMIE ODZYSKANE - SOWIECKA SZARAŃCZA
To, czego Sowieci nie zniszczyli, to ukradli. Symbolem tego stały się oddziały zdobyczy wojennej - trofiejnyje otriady. Te przypominały szarańczę, bowiem czego tylko się dotknęły, to zabierały ze sobą. Cokolwiek to było: od samochodów, koni i statków, po drzwi, zbrojenia ścian i kable.
W granicach dzisiejszej Polski trofiejne komanda zdemontowały 1119 zakładów przemysłowych. Szczególnie pożądanym łupem były prawdziwe skarby - niemieckie zakłady paliw syntetycznych w Zdzieszowicach, Policach i Blachowni Śląskiej. Zdemontowano także elektrownie w Blachowni, Chełmsku Śląskim, Zabrzu, Miechowicach. Z samych Zdzieszowic wyjechało 14 tysięcy wagonów zrabowanych dóbr, z Blachowni - 10 tysięcy wagonów. Z Elbląga wywieziono ok. 40 zakładów, poczynając od wyposażenia stoczni Schichau-Werke, po fabrykę parowozów, montownię autobusów Büssing-NAG, zakłady samochodowe DKW i Opel, oraz fabrykę maszyn rolniczych Komnick Werke. Ze Szczecina Sowieci wywieźli 39 zakładów przemysłowych, z całego Pomorza Zachodniego - 221. W 1946 r. brytyjscy dyplomaci raportowali, że Sowieci w szczecińskim porcie zgromadzili 600 tys. ton ładunku do wywiezienia. Zdemontowano m.in. resztki po stoczni Vulcan AG i elektrownię. Ten sam los spotkał stocznie Danziger Werft i Schichau-Werft Danzig w Gdańsku. Ze stoczni wywieziono także wszystkie znajdujące się w niej jednostki, m.in. osiem U-Bootów i cztery niszczyciele. Z Gdańska wywieziono też siedem dźwigów pływających, trzy pływające doki, a nawet potężny, pocięty palnikami, 60-tonowy dźwig okrętowy. Wg władz ZSRR, 70 % całości przemysłu stoczniowego miało przypaść Sowietom. Grabieże zakładów przemysłowych były tak dokładne, że Sowieci wybijali ze ścian stalowe szyny, demontowali szyby i wyrywali kable. Polakom oddawano nierzadko puste hale. Szacuje się, że Sowieci wywieźli z Polski 239 000 wagonów zrabowanych dóbr. Dla porównania, Niemcy z Warszawy wywieźli 40 000 wagonów zrabowanego mienia.
Powiem tylko, że ogrom tego dobra, Sowieci i tak zmarnowali, bo wspomniany wielki dźwig okrętowy Sowietom zatonął gdzieś na Bałtyku, a wyposażenie zakładów paliwa syntetycznego z Blachowni wyrzucili gdzieś na bocznicy kolejowej, gdzie zardzewiało i zgniło.
Oczywiście sowiecka szarańcza nie ograniczała się do zakładów przemysłowych. Grabiła też statki z żeglugi rzecznej po Odrze. Sowieci ukradli bowiem ok. 3800 statków i barek rzecznych. Z tej liczby Polakom zwrócono zaledwie 108 jednostek, z czego 20 było zatopionych. Zdewastowano także porty na Odrze m.in. demontując niemal w całości nowoczesne wyposażenie portów rzecznych w Gliwicach, Głogowie i Wrocławiu. Sowieci tym samym trwale (i aż do dziś) unieszkodliwili znaczenie Odry jako drogi wodnej w powojennej Polsce.
Z "ziem odzyskanych" i wschodnich Niemiec Sowieci wywieźli ponad 5000 kilometrów torów kolejowych. Niemal w całości zniszczono kolej wąskotorową, demontując 1600 km torów. Łakomym kąskiem dla Sowietów były też zakłady naprawy taboru kolejowego. Symbolem tego był los wrocławskiej fabryki taboru kolejowego Linke-Hoffman Werke, późniejszego Pafawagu, który Sowieci najpierw przekazali Polakom... by im go znowu zabrać i rozgrabić z większości urządzeń. Z kolei elektrycznej Dolnego Śląska zniknęło 570 km sieci trakcyjnej i 127 km linii wysokiego napięcia, elektrownia w Ścinawce i 60 wagonów, co ją całkowicie unicestwiło. Wiele połączeń, istniejących przed 1945 r., zostało wówczas trwale zniszczonych.
Oczywiście, zakłady przemysłowe nie były jedynym, co Sowietów interesowało. Pożądali też wyrobów i surowców. I tak z Górnego Śląska już w marcu 1945 roku wywieźli 26 tysięcy ton wyrobów walcowanych, 4 tysiące ton różnych wyrobów metalowych, 3 tysiące ton blachy, 2 tysiące ton rur stalowych, 560 ton lin stalowych i 2,4 tony srebra. Bardzo pożądany był także węgiel z "wyzwolonych" śląskich kopalni. Od 1 kwietnia do 1 lipca 1945 r. Sowieci zabrali 975 000 ton surowca. Zdobyczą była także trzoda i płody rolne. Do września 1945 roku Sowieci wywieźli - głównie z "ziem odzyskanych" - 506 tysięcy sztuk bydła, 114 tysięcy owiec i 206 tysięcy koni. Przetaczając te masy zwierząt Sowieci dodatkowo zrujnowali zdobyte ziemie, przechodząc przez pola uprawne i wypasając je gdzie popadło.
Gdyby grabieży mienia było mało, Sowieci do swojej wyłącznej dyspozycji mieli liczne porty: w Kołobrzegu, Ustce, Świnoujściu, Darłowie i Łebie. Długo, bo do 1947 roku, Sowieci mieli też wyłączność na port w Szczecinie, gdzie nie mogli wejść przedstawiciele polskich władz. Port zresztą zwrócili w stanie ruin – zadbali o nabrzeża dla własnych potrzeb (czyli bazy przeładunkowej dla wojsk w Niemczech), jednak całe wyposażenie i zabudowania portowe rozkradli, lub zrujnowali. Ponadto, Armia Czerwona otrzymała do swojej wyłącznej dyspozycji 912 najlepszych majątków ziemskich o powierzchni 200 000 hektarów. Na samym Pomorzu Gdańskim było to 114 majątków o pow. 28 300 ha. Dodatkowo, Armia Czerwona mogła czasowo korzystać jeszcze z 357 000 ha łąk i 100 000 ha innych terenów. Czyli - okupowali aż 657 000 ha. Gdy Sowieci zaczęli je zwracać jesienią 1945 roku, okazało się, że tereny rolne są całkowicie ogołocone ze zboża, a z majątków zniknęło dosłownie wszystko - od maszyn rolniczych, poprzez trzodę, a kończąc na meblach, drzwiach i oknach. W 1949 roku Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej nadal utrzymywała 242 majątki o pow. 90 000 ha. Za zwrot majątków w 1950 roku Polska oczywiście musiała zapłacić dostawami na rzecz Armii Radzieckiej. W wielu miastach jednak garnizony sowieckie utrzymały się aż do 1993 roku - w Bornym Sulinowie, Legnicy, Świętoszowie, Brzegu i innych miastach. W sumie Sowieci zajmowali 60-70 tys. ha i 4113 budynków przez 40 lat. Poza poligonami i koszarami mieli też swoje gospodarstwa rolne, fabryki, sklepy, młyny, mleczarnie, rzeźnie, a nawet gorzelnie. Swoje produkty sprzedawali pokątnie, powodując ogromne straty gospodarcze dla Polski. Za utrzymywanie baz płaciła Polska, m.in. za dostawy prądu, wody i gazu. Sowieci zaś nie płacili żadnych podatków. Na utrzymanie Sowietów w latach 1949-1954 szło ok. 15 % PKB Polski.
Pomijając już grabież "w majestacie prawa", czerwonoarmiści grabili oddolnie mnóstwo dóbr. Kradli dosłownie wszystko - począwszy od najbardziej pożądanych zegarków i kosztowności, poprzez ubrania, buty i rowery, kończąc na żywności i alkoholu. Nie gardzili też pościelą, naczyniami, a nawet zasuwkami okiennymi, sedesami, klamkami i pompkami. Raz w miesiącu szeregowiec Armii Czerwonej mógł wysłać do domu "trofiejną" paczkę o masie 5 kg, oficer - o masie 10 kg. Generałowie, funkcjonariusze NKWD i SMIERSZ nie mieli żadnych limitów. Czerwonoarmiści wdzierali się do mieszkań na "ziemiach odzyskanych" - niezależnie od tego, czy zajmowali je Polacy, czy Niemcy - i kradli to, co wpadło im w ręce. Przykładowo, polskiemu kapitanowi portu w Ustce ukradli rower, żelazko, sukienkę żony, parasolkę i chustkę. Oczywiście, takie rzeczy można potęgować, więc daruję sobie te opisy, bo ten wpis i tak będzie bardzo długi.
Czerwonoarmiści grabili też płody rolne i inne polskie mienie państwowe "oddolnie", których nie ujęto w żadnych statystykach. W Szywałdzie k. Gliwic latem 1945 r. przegonili polskich rolników, po czym skosili 99 ha żyta, 58 ha pszenicy, 5 ha jęczmienia i 18 ha łąk. W Bytomiu wdarli się do polskiej stacji warsztatowej, ukradli samochód, 200 l benzyny, 50 l oliwy, 5 opon i komplet narzędzi. W Kołobrzegu każdy zatopiony kuter, po wydobyciu i wyremontowaniu przez Polaków, Sowieci zabierali i sami wyruszali na połowy. We Wrocławiu z kolei sowieccy gieroje zainteresowali się... Muzeum Zoologicznym. A konkretnie spirytusem, w którym zakonserwowane były eksponaty. Wypijali go dosłownie ze wszystkiego. Warto tu przytoczyć zestawienie strat z gorzelni w Chojnicach (co prawda niebędących na „ziemiach odzyskanych”) po wizycie spragnionych krasnoarmiejców: 15 tys. litrów koniaku, 2 tys. litrów wina, 3 tys. litrów win zagranicznych, 5 tys. litrów destylatu winnego, 1 tys. litrów oryginalnego francuskiego koniaku, 2 tys. litrów wina jabłkowego, 1 tona kawy, 100 ton cukru i 200 tys. papierosów.
Czerwonoarmiści mieli całkowicie wolną rękę w wyrębie lasów, rybołówstwie i kłusownictwie, przetrzebiając całkowicie ekosystem. Łowiąc ryby nierzadko spuszczali wodę ze stawów, albo wrzucali granaty i dynamit do wody. Po wojnie nad polskim morzem... zabrakło ryb i nie dało się ich kupić! To, co wydarzyło się na wsiach na "ziemiach odzyskanych" nazwano "klęską pookupacyjną". Sowieci w 1945 roku byli całkowitymi panami wszystkiego, co było na "ziemiach odzyskanych".
Oczywiście sowieckie pożądanie węgla z "ziem odzyskanych" nie skończyło się na tym marnym milionie ton. Od 1946 roku Sowieci zażądali od Polski "reparacyjnego" węgla z kopalni na "ziemiach odzyskanych". W latach 1946-53 Polska przekazała ZSRR 54,3 miliona ton (!) węgla po oszałamiającej cenie 1,12 dolara za tonę. Czyli z upustem 90 %. Warto wspomnieć, że ceny płacone przez Sowietów pozwalały pokryć jedynie transport węgla do granicy z ZSRR.
Na tej "transakcji" Polska straciła 6 miliardów dolarów. W przeliczeniu na współczesną wartość - jest to ok. 107 miliardów dolarów.
Powtórzę: sto siedem miliardów dolarów.
Oznacza to, że Polacy musieli sobie od Sowietów zwyczajnie... odkupić ten Śląsk.
W ramach "reparacji" Sowieci deportowali także ze Śląska dziesiątki tysięcy górników do kopalni w Donbasie i na Uralu - szacuje się, że od 40 do 70 tysięcy, zarówno Niemców, jak i Polaków. Doprowadziło to do katastrofy gospodarczej, bowiem górnośląskie kopalnie zostały na długie lata pozbawione wykwalifikowanego personelu.
Grabież i zniszczenia "ziem odzyskanych" - i tak przecież mniej zasobnych od reszty Niemiec, co wskazałem wyżej - zrównały je w wielu aspektach z polskimi terenami przedwojennymi. Czyli do poziomu gruzu. A to, co zostało, obsiadła czerwona szarańcza.
4) ZIEMIE ODZYSKANE - GDZIE STALIN NIE MOŻE?
Jeśli coś nie zostało zniszczone, albo nie ukradli tego Sowieci, to zajęli się tym szabrownicy polskiego autoramentu.
Najsłynniejszym przykładem instytucjonalnego polskiego szabru "ziem odzyskanych" był wywóz cegieł, dachówek i innego materiału budowlanego na odbudowę Warszawy. W 1951 roku Prezydium Rządu PRL zobowiązało kraj do dostarczenia 500 mln sztuk cegieł na odbudowę stolicy. Największe limity dostały województwo wrocławskie (220 mln szt.), szczecińskie (81 mln szt.) i zielonogórskie (95 mln szt.). Z tych trzech województw miało pochodzić 75 % budulca. W następnym roku zobowiązano do dostarczenia 450 mln szt. cegieł, z czego 200 mln z woj. wrocławskiego i 90 mln z zielonogórskiego. Z samego Wrocławia w 1950 r. wyjechały 163 miliony cegieł. W wielu miejscowościach na budulec rozbierano całe domy: w Świdnicy 300, w Nowogrodźcu - 250, w Legnicy - 50, w Brzegu - 88. Na wschód jechały całe wagony zabytkowych materiałów: średniowiecznych cegieł, dachówek, posadzek i progów z piaskowca i marmuru. W Szczecinie rozebrano budynek teatru z unikalną, obrotową sceną, budynek opery i 300-letnią bramę portową. Poza szabrem budulca, wywożono z "ziem odzyskanych" także dzieła sztuki, meble, porcelanę i kosztowności.
Poza szabrem "urzędowym" istniał też ten najpowszechniejszy. Szaber "prywatny", jedna z legend "dzikiego zachodu" Polski po wojnie. Szabrownicy kradli wszystko to, co było można. Chyba najdziwniejszym przykładem było wyszabrowanie wrocławskiego pomnika Fryderyka Wielkiego, sprzedanego odlewni dzwonów za równowartość 1,5 tony cukru. Szaber był zajęciem ogromnej części ludności powojennej Polski. Wielu szabrowników przyjeżdżało na "ziemie odzyskane" by zdobyć łup i odjechać z nim na tereny przedwojennej Polski. Wyciągali z ruin i domów wszystko, co można było spieniężyć. Powstały nawet linie "szabrobusów" z Wrocławia i Szczecina, gdzie przekupywano kierowców, by można było zabrać towar, zamiast pasażerów. Wywożono więc ubrania, pianina, radia, maszyny do szycia, klamki, drzwi, szyby, krany... Inny rodzaj szabrowników to ci, którzy mieszkali na "ziemiach odzyskanych" i handlowali zdobyczami na miejscu. Na wrocławskim placu Grunwaldzkim, zwanym Szaberplacem, handlowano dosłownie wszystkim. W proceder szabru zaangażowani byli nierzadko przedstawiciele władz: milicjanci, samorządowcy, oficerowie UB i KBW. Zdarzało się, że chodzili od domu do domu z bronią w ręku i wymuszali od mieszkańców co cenniejsze rzeczy. Szaber prywatny skończył się mniej więcej w 1947-1948 roku. Szaber urzędowy jednak trwał aż do końca epoki stalinizmu.
Strat powstałych w wyniku szabru nie da się oszacować, jednak zdecydowanie jeszcze bardziej obniżył on to niesłychane bogactwo "ziem odzyskanych".
5) ZIEMIE ODZYSKANE - BRAK MNIEJSZOŚCI?
Zostawmy teraz na boku kwestię grabieży majątku i spójrzmy na kolejny mit "ziem odzyskanych". A mianowicie legendę o Polsce "pozbawionej wrogich mniejszości". Apologeci "ziem odzyskanych" wskazują, że jednym z wielkich problemów II Rzeczpospolitej było to, że zamieszkiwały ją liczne mniejszości etniczne, nierzadko wrogie Polakom, i że była to jedna z przyczyn upadku Polski. A tymczasem - puff! - dostaliśmy piękną Polskę, w której nie było problematycznych mniejszości! Chwała ci, o Stalinie, że w nowych granicach nie było mniejszości!
...nie było mniejszości?
Jeśli ktoś twierdzi, że Polska po II Wojnie Światowej była monoetnicznym państwem, to jest ignorantem.
W 1945-1946 roku Polska miała niewiele mniejszą liczbę mniejszości etnicznych, niż w 1939 roku. Dokładnych danych nie znamy, ponieważ po wojnie odbył się tylko jeden spis powszechny ludności - 14 lutego 1946 roku. Jest on więc wysoce niedokładny i nie uwzględnia ruchów ludności po wojnie. Tym niemniej podaje on pewne liczby.
Otóż, wg spisu, w lutym 1946 r. Polskę zamieszkiwało 23 929 757 osób. Spośród tej liczby 2 288 300 osób to byli Niemcy. Do tego doliczano jeszcze 212 000 Volksdeutschów - uznawanych za Niemców. Wiele źródeł podaje, że liczba Niemców została zaniżona, i wynosiła ponad 3, a nawet 4 miliony. Kolejnych 628 000 stanowili Ukraińcy (oraz Łemkowie i Bojkowie), 160 000 Białorusini, 220 000 Żydzi. Są to dane jedynie szczątkowe, bowiem nie obejmują mniejszych grup etnicznych, jak Litwinów, Czechów i Słowaków.
Z powyższego wynika jasno, że minimum 3,5 miliona mieszkańców powojennej Polski nie było Polakami. Czy to oznacza, że dzięki nowym granicom mniejszości etniczne magicznie wyparowały?
Oczywiście, że nie. Zniknięcie mniejszości etnicznych z Polski nie ma nic wspólnego z nowymi granicami. Komunistyczne władze powojennej Polski, przy wydatnym współudziale innej, nieformalnej "mniejszości" stacjonującej w Polsce - Armii Radzieckiej - przeprowadziły masowe wysiedlenia i przesiedlenia mniejszości. Już latem 1945 roku "ludowe" Wojsko Polskie, obsadzając granicę na Odrze i Nysie nie pozwalało powrócić po wojnie Niemcom ze wschodnich prowincji powracającym do swoich domów. Tych zawracano strzałami. Przeprowadzano też pierwsze, dzikie jeszcze, akcje wysiedleńcze. Szacuje się, że wojsko przepędziło za Odrę ok. 500 tys. osób. Potem akcja była bardziej planowa. W ten sposób w latach 1946-1950 z Polski wyjechało 3,5 miliona Niemców. Jeszcze w 1954 r. było ich w Polsce ok. 200 000.
488 000 Ukraińców i 36 000 Białorusinów z kolei przesiedlono do Związku Radzieckiego na podstawie umowy o wymianie ludności w latach 1945-46. Z kolei 140 000 Ukraińców wysiedlono z terenów zamieszkania w ramach akcji "Wisła" i osiedlono przymusowo - w rozproszeniu - na "ziemiach odzyskanych", głównie na Warmii i Pomorzu, w 1947 roku.
To nie nowe granice magicznie sprawiły, że w Polsce nie było mniejszości, tylko totalitarne praktyki wyrzucania ludzi z miejsc zamieszkania i wywożenia ich gdzie indziej. Gdyby II Rzeczpospolita postępowała tak, jak stalinowskie władze Polski po II Wojnie Światowej, też nie miałaby mniejszości w swoich granicach.
Tu trzeba powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Za luksus pozbycia się mniejszości wschodnich, Polska musiała zapłacić. Słoną, bardzo słoną opłatę na rzecz ZSRR. Mianowicie, władze Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zażądały od Polski ogromnej rekompensaty za mienie pozostawione przez Ukraińców i Białorusinów wyjeżdżających z Polski. Rozmowy zaczęto w 1947 roku i zakończono w 1951 roku. Zakończyły się one uznaniem, że Polska jest winna (!) ZSRR... 242 miliony rubli. Tyle bowiem miała rzekomo przewyższać wartość mienia pozostawionego w Polsce przez Ukraińców i Białorusinów wartość mienia pozostawionego przez Polaków na dawnych Kresach. Biorąc pod uwagę, że do ZSRR wyjechało 500 tys. ludzi, a do Polski - 1,5 miliona - to żądanie to było bezczelne.
Po długich targach obniżono tę sumę do 76 mln rubli i nakazano zapłatę w złotówkach po niekorzystnym dla Polski, sztucznym kursie 1:1. Jednak w międzyczasie w Polsce nastąpiła bardzo niekorzystna reforma walutowa, gdzie stare złotówki wymieniano po kursie 100:3. Oznaczało to, że Polska ma zapłacić Sowietom nie 76 mln złotych, lecz 2,5 miliarda (!) dawnych złotych...
5) ZIEMIE ODZYSKANE - PISTOLET PRZYSTAWIONY DO GŁOWY
Wiele osób podnosi dzisiaj aspekt "krótkiej granicy z Rosją". W rzeczywistości Polska dzisiaj graniczy tylko z obwodem kaliningradzkim (królewieckim). W 1945 roku długość granicy polsko-radzieckiej wynosiła 1244 kilometry i była niewiele krótsza, niż w 1939 roku (1407 km). Oznaczało to, że ZSRR osaczał Polskę z dwóch, a wliczając kontrolowaną przez Sowietów strefę okupacyjną w Niemczech - późniejsze NRD - i bazy Północnej Grupy Wojsk - trzech kierunków.
Tu musimy jeszcze wspomnieć o jednej brzydkiej rzeczy, która została niechcianym, kłopotliwym dziedzictwem tej epoki, a która istnieje do dziś. Mianowicie, granica polsko-sowiecka na północy miała przebiegać wzdłuż rzek Pissa i Pregoła, jednak każde miasto na linii rzek miało przypadać ZSRR. Oznaczało to, że granica przebiegać miała o ok. 30-40 km dalej na północ, niż obecnie. Co bardzo ważne, dawała Polakom dostęp do Zalewu Wiślanego, a cała Mierzeja Wiślana była w granicach Polski. W sierpniu 1945 roku wytyczono więc krętą granicę na linii Św. Siekierka, Iławka Pruska, Bartoszyce, Gierdawy i Darkiejmy. Jednak jesienią 1945 roku wojska sowieckiego 3. Frontu Białoruskiego zaczęły... zajmować tereny, które dopiero co przekazano polskiej administracji. Zdarzało się, że ludzie rano wychodząc do pracy, po południu wracali do wsi... która była już terenem ZSRR. W grudniu 1945 roku Stalin ołówkiem narysował dwie proste linie na równoleżnikach, które nie tylko przesuwały polską granicę daleko na południe, ale i przecinały Mierzeję Wiślaną.
To działanie było wyrokiem dla tej części kraju. Region się wyludnił. Elbląg, który był i mógłby stać się znowu ważnym portem, mającym połączenie Kanałem Elbląskim z jeziorem Druzno, stał się trzeciorzędnym miastem ze względu na kontrolowanie wejścia do Zalewu Wiślanego przez ZSRR. Do 2022 roku (!) kwestia żeglugi po Zalewie, a co za tym idzie - rozwoju tej części Polski - była uzależniona od dobrego humorku władz Rosji. Zalew Wiślany nazywano szyderczo “Zalewem Martwym”. Pocięto też całą linię kolejową prowadzącą z Elbląga na wschód.
Jako ciekawostkę podam, że Polacy stosunkowo długo, bo do sierpnia 1945 roku wierzyli, że Królewiec znajdzie się w granicach Polski i zaczęli tam tworzyć zręby polskiej administracji (radę miejską i straż obywatelską z byłych polskich robotników przymusowych).
Warto też dodać, że cały obwód królewiecki/kaliningradzki - który był marzeniem Stalina od 1941 roku - był i nadal jest pistoletem Moskwy przystawionym do głowy Polski, szczególnie ze względu na bliskość Gdańska. Istnienie bazy sowieckiej floty w Bałtyjsku, czyli Pilawie, ćwierć miliona sowieckich żołnierzy, kontrola szlaków żeglugowych w tej części Bałtyku i liczne lotniska stale przypominały Polakom, że wschodniopruskie zagrożenie wcale nie zniknęło. Tylko przepoczwarzyło się w coś innego.
Jeszcze dla porządku należy dodać, że do 1977 roku (!) polska granica morza terytorialnego i strefy ekonomicznej przebiegała zaledwie 5 mil morskich od wybrzeża Polski i była w Zatoce Gdańskiej mocno odchylona na zachód. Oznaczało to, że Sowieci kontrolowali praktycznie całe podejście do Gdyni i Gdańska, a polskie statki musiały płynąć dosłownie tuż przy brzegu, by nie przekroczyć granicy. Dopiero w 1977, a potem w 1985 roku odchylono te granice nieco bardziej, na 12 mil morskich.
Tu muszę powiedzieć o jeszcze jednym. Granica polsko-niemiecka na Odrze nie jest nieproblematyczna. Przez to, że Odra jest rzeką graniczną, wpływ na kwestię żeglugi po niej do dziś mają Niemcy. Równie skomplikowana była kwestia granicy na wyspie Uznam, którą Niemcy - w postaci Niemieckiej Republiki Demokratycznej - odchyliły na swoją korzyść, blokując tor wodny i osłabiając tym samym znaczenie portu w Świnoujściu. Skończyło się to serią konfliktów granicznych w latach 80., a i do dziś RFN ma zakusy, by zablokować port m.in. wzbraniając tam prac pogłębiających. Zakończyło się to dopiero w 2022 r. rozpoczęciem budowy nowego toru podejściowego po polskiej stronie.
6) ZIEMIE ODZYSKANE - KŁOPOTLIWY DAR STALINA
Oczywiście wiadomo, że ziemie zachodnie Polska uzyskała dzięki naciskom Stalina. Wg koncepcji polityków zachodnich, Polska nie miała dostać aż tylu terytoriów. Zarówno Winston Churchill, jak i Franklin Delano Roosevelt upierali się, by Polska otrzymała tylko część Śląska i Pomorze bez Szczecina. Wiedzieli, że przejęcie tych terytoriów wzmocni głównie ZSRR, a osłabi ich własne zdobycze. Wzmacnianie państwa znajdującego się pod sowiecką kuratelą nie było w ich interesie. Jednak sowiecki dyktator postawił na swoim i przesunął granicę Polski aż po Odrę i Nysę Łużycką. Czemu? Czy z dobrego serca?
A skąd.
Stalin skrajnie nienawidził Polski i Polaków. Nigdy w życiu nie zrobił niczego z sympatii do nich, a wyraz swojej nienawiści dawał od początku swych rządów. Nie zamierzał Polsce "rekompensować" Kresów, bo nikt od niego tego nie oczekiwał. Gdyby chciał przedwojennej granicy polsko-niemieckiej, to by taka właśnie była. Nie popierałby "ziem odzyskanych", gdyby miał choć cień podejrzenia, że Polska wypadnie spod jego władztwa.
Stalinowi zależało na maksymalnym przesunięciu swojej strefy wpływów na zachód. Obawiał się - wcale słusznie - że im mniejsza będzie na zachodzie powojenna Polska, tym mniejszą strefę okupacyjną Niemiec otrzyma. I skończy się ona nie na Łabie, lecz Odrze. Ziemiami hojnie Polskę obdarował - lecz nie swoimi, a należącymi do Niemiec. Wszak nie mógł włączyć ani Pomorza, ani Śląska w skład ZSRR, jak zrobił to z Prusami.
Sowiecki dyktator grał na kilka fortepianów. Chciał, rzecz jasna, dużego osłabienia Niemiec za dokonanie inwazji w 1941 roku. Bardzo długo modyfikował kształt polskiej granicy zachodniej. Pierwotnie miała ona opierać się o Odrę z podzielonym Szczecinem i Nysę Kłodzką, z podzielonym Wrocławiem. Ostateczny kształt przybrała dopiero w okresie konferencji w Poczdamie w lipcu 1945 r. Stalin operował polityką faktów dokonanych - w czasie konferencji w Jałcie, a potem Poczdamie na terenach "ziem odzyskanych" fizycznie były już wojska sowieckie. Alianci mogli protestować, ale usunąć ich stamtąd nie mogli. Maksymalne przesunięcie Polski względem Niemiec miało utrzymywać ją w stałym konflikcie z Niemcami zachodnimi, przed którymi Polska musiałaby szukać protektora swojej integralności. Tym, naturalnie, miał być Związek Radziecki. A to miało zapewnić jej zwasalizowanie. Nie było nigdy formalnej konferencji pokojowej, która potwierdziłaby nową polską granicę. Stalin nie zapominał jednak o Niemcach - do swojej śmierci nie wykluczał zwrotu "ziem odzyskanych" Niemcom po zjednoczeniu NRD i RFN, oczywiście pod przewodnictwem komunistycznym. Związek Radziecki dopiero w 1965 roku oficjalnie zagwarantował PRL nienaruszalność granicy zachodniej, a pięć lat później uczyniła to RFN.
7) ZIEMIE ODZYSKANE - LABORATORIUM WŁADZY LUDOWEJ
Wróćmy na moment do kwestii strat materialnych. Jak już wyżej wykazałem, "ziemie odzyskane" były bardzo zniszczone, bardziej niż tereny przedwojennej Polski, a w dodatku zostały one rozgrabione zarówno przez Armię Czerwoną, władze komunistycznej Polski, wyjeżdżające mniejszości, szabrowników i bandycką zapłatę ZSRR. W 1946-1947 roku Polska stanęła przed wyzwaniem odbudowy tych terytoriów, które były wówczas już mocno wyeksploatowane. Oznaczało to ogromne nakłady finansowe, które pochłonęły w sumie astronomiczne 150 miliardów złotych w przeciągu następnych czterech lat. Oznaczało to, że 20 % budżetu Polski z tego okresu pochłonęła odbudowa ociekających złotem "ziem odzyskanych". Cała Polska - wskutek dekretu z listopada 1946 r. o odbudowie - musiała łożyć daninę na odbudowę "ziem odzyskanych". Po co? O tym niżej.
Prof. Mirosław Golon jest zdania, że wskaźniki gospodarcze dla "ziem odzyskanych" i wcielonych do ZSRR Kresów w latach 50. i 60. wcale nie różniły się od siebie.
Tereny te stały się swoistym laboratorium komunistów w Polsce po II WŚ. Był to kolejny przykład inżynierii społecznej. Komuniści otrzymali wszystkie komponenty do tego, by stworzyć nowe, modelowe państwo podług wzoru sowieckiego. Otrzymali ziemie, które w całości odcięto od ich dotychczasowego dziedzictwa, oraz ludzi, których przesiedlono i sztucznie zasiedlono nowe terytoria. Wszelkie ślady niemieckości przez kolejne dekady pieczołowicie zacierano, nawet niszcząc przydrożne kamienie i pomniki, cmentarze, czy skuwając napisy ze ścian. Symbolem tego była zagłada licznych poniemieckich pałaców, nierzadko architektonicznych pereł, pełnych zabytków i dzieł sztuki, które - najpierw zniszczone przez Sowietów i rozgrabione przez szabrowników - stopniowo popadały w ruinę. Takim symbolem są najsłynniejsze zamki Dolnego Śląska - Książ i Czocha.
Oczywiście, za odbudowę tego wszystkiego płacili sami Polacy przez kolejne dekady.
Tu trzeba wskazać jeszcze jeden, smutny aspekt zasiedlania "ziem odzyskanych". Ludność przesiedlano tam w sposób chaotyczny, niezorganizowany, często pospieszny. Jedne transporty kierowano na Pomorze, inne na Warmię, a inne na Śląsk, bez żadnego porządku. Nierzadko rozdzielano tak mieszkańców jednej wsi, czy nawet członków rodzin. Przybywający na zachód ludzie zajmowali często pierwsze lepsze budynki, wierząc, że przymusowe przesiedlenie jest tylko tymczasowe. Ludzie pochodzący z rozmaitych stron przedwojennej Polski nie tworzyli zwartej społeczności. Obszary te były bardzo długo "niedoludnione" - Elbląg swoją przedwojenną liczbę mieszkańców osiągnął dopiero w końcu lat 60. Atmosfera tymczasowości towarzyszyła mieszkającym na zachodzie przez następne dekady, szczególnie tym pochodzącym z Kresów. Mówi się, że ostatni przesiedleńcy rozpakowali się dopiero w latach 70. Obawa, że Niemcy odbiorą Polsce Pomorze i Śląsk istniała powszechnie na "ziemiach odzyskanych" przez wiele lat. Zniknęła na zawsze dopiero w 1990 roku, po zjednoczeniu Niemiec i uznaniu polskiej granicy przez nowe państwo niemieckie.
W związku z tym mieszkający tam ludzie często nie dbali o posiadane mienie, nie remontowali domów, nie inwestowali i nie rozwijali swojej działalności. Morza gruzów pokrywały "ziemie odzyskane" dekadami. Symbolem tego jest zrujnowana starówka w Elblągu, którą dopiero w połowie lat 80. (!) zaczęto odbudowywać. Podobny los spotkał zrujnowane Wrocław, czy Szczecin. Ostatnią dużą pozostałością wojennych blizn były gdańska Wyspa Spichrzów i głogowski Teatr, odbudowane dopiero w 2019 roku...
Korzystała na tym władza państwowa, na czele z Władysławem Gomułką. Tworząc legendę "ziem odzyskanych" stwarzała poczucie bezpieczeństwa wspólnoty w ramach Polski Rzeczpospolitej Ludowej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Mieszkających na "ziemiach odzyskanych" spajała tylko i wyłącznie Polska Ludowa. Ta zaś za wszelką cenę chciała udowodnić, że Polsce "ziemie odzyskane" się należą i zadać kłam rewizjonizmowi niemieckiemu, dążącemu do odebrania ich Polsce. Stąd gorączkowa odbudowa w pierwszych latach powojennych. Stąd też gwałtowne zaludnianie "ziem odzyskanych" nie tylko przesiedleńcami z Kresów, ale także ściąganymi z Francji, Belgii, Jugosławii, a nawet Chin emigrantami polskimi. Komuniści posunęli się także do przymusowego osiedlania Cyganów na "ziemiach odzyskanych", oraz czasowego ściągania komunistów greckich z rodzinami i sierot z Korei. Byleby tylko zapełnić zrujnowane miasta i wsie. Konglomerat był to niezwykle barwny.
To właśnie na "ziemiach odzyskanych" ulokowane zostały sztandarowe projekty PRL, na czele z najliczniejszymi tam Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi, stale faworyzowanymi przez państwo. Inwestowano w rozwój tych terenów kosztem Polski wschodniej i południowej. Także tam zlokalizowano większość garnizonów "ludowego" Wojska Polskiego i Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Na "ziemiach odzyskanych" prym wiedli osadnicy wojskowi, a później wojsko, partia, oraz przedstawiciele sił bezpieczeństwa i ich rodziny. Organizowano liczne imprezy kulturalne, na czele z festiwalami muzycznymi w Opolu, Sopocie, Kołobrzegu i Zielonej Górze. Nie jest wreszcie przypadkiem, że PZPR największe poparcie do końca swoich dni w 1990 roku zachowała właśnie na ziemiach odzyskanych. I nie jest przypadkiem, że to właśnie te regiony najbardziej podupadły gospodarczo pod upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku.
Jak ktoś zażartował szyderczo u mnie na grupie - strojami ludowymi "ziem odzyskanych" powinny być zakładowe drelichy robocze i mundury "moro" wz. 68, bo na tym zasadza się ich tradycja.
Tu trzeba podkreślić, że Władysław Gomułka, który był tzw. Ministrem Ziem Odzyskanych, wraz ze swoim totumfackim, premierem Józefem Cyrankiewiczem, miał osobisty interes w podkreślaniu znaczenia tzw. ziem odzyskanych. Wszak pokazem sukcesu gospodarskiego Polski "ludowej" na nowych ziemiach była wielka, kosztowna i bardzo propagandowa Wystawa Ziem Odzyskanych, otwarta we Wrocławiu latem 1948 roku. Na tej prezentowano cuda "ziem odzyskanych": wyroby wędliniarskie, cukiernicze, jedwabne pończochy, meble, kajaki, wózki dziecięce produkowane ponoć na "ziemiach odzyskanych". W organizacji wystawy brali udział czołowi polscy artyści, zaprezentowano wzorcowe fabryki, kopalnie, mleczarnie, rzeźnie, a nawet replikę wioski rybackiej. Rzeźby mieszały się z pojazdami i wagonami, produkowanymi na "piastowskich ziemiach". Do tego mnóstwo materiałów, zdjęć, biogramów, albumów dowodzących historycznej "polskości" tych ziem i sukcesów poszczególnych robotników. Zwiedzający przecierali oczy, bowiem nikt tych rzeczy nie widział w normalnym obiegu i stworzono je wyłącznie na potrzeby wystawy. Wystawę odwiedziło 1,5 mln ludzi.
Wspomniana wyżej stagnacja gospodarcza na tzw. ziemiach odzyskanych nastąpiła bezpośrednio po aresztowaniu Gomułki i wprowadzeniu w Polsce stalinizmu po 1948 roku. Wtedy zahamowano większość procesów odbudowy na następne lata. "Ziemie odzyskane" w Polsce kojarzono z Gomułką - który właśnie siedział w więzieniu za "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Ponadto, dużą szkodę poczyniły tutaj stalinowskie procesy gospodarcze: kolektywizacja, "bitwa o handel", plan 6-letni.
Po odwilży roku 1956 Gomułka, który doszedł do władzy, chętnie podkreślał znaczenie "ziem odzyskanych" i ich sukces gospodarczy. Wszak była to jego zasługa…
😎 ZIEMIE ODZYSKANE - ZIEMIE SZTUCZNE
Tutaj taki mój osobisty wtręt: ilekroć jadę do znajomych z miast z "ziem dawnych" - Lublina, Beskidu, Górnego Śląska, czy mieszkając w Krakowie - uderza mnie niepowtarzalność tych małych ojczyzn. Tam poznałem znaczenie słowa "ojcowizna". Czy to w postaci gwary, czy tradycji ludowych, czy potraw, czy legend. Imponuje mi też to, że na terenach "ziem dawnych" mogę odwiedzać miejsca istniejące tam od setek lat. Na "ziemiach odzyskanych" z których się wywodzę, nic takiego nie ma. Ludzie mają - nie wszyscy, rzecz jasna! - mentalność "tutejszych", tak, jak przed wojną Poleszucy. Dużo bardziej kosmopolityczną od reszty Polski. Mówią czystą, literacką polszczyzną, nie są specjalnie przywiązani do miast, z których się wywodzą, nie wykształcili żadnych lokalnych zwyczajów. Warto też dodać, że spora część "ziem odzyskanych" - głównie Warmia, Lubuszczyzna i Pomorze Zachodnie - to obecnie najszybciej wyludniające się regiony Polski.
Najbardziej wymowne są cmentarze. Na "ziemiach dawnych" mogiły sprzed setek lat nie są niczym dziwnym i świadczą o ciągłości tych ziem. Na moich terenach najstarsze groby mają góra 75 lat. Nie ma na nich starych polskich pomników, ani polskich miejsc pamięci. Wszystkie związki z Polską - szczególnie Pomorza, które "polskie" było przez krótką chwilę blisko tysiąc lat temu - zostały sztucznie wykreowane w okresie propagandy Władysława Gomułki, którą pamięta mój Tato. Może za 200, 300 lat się to zmieni...
Tu jeszcze taka dygresja. Wiele osób mówi o bogactwie "ziem odzyskanych", bo taką wersję przekazali im ich dziadkowie i ojcowie. Opowiadają, że mieli murowane domy, kryte dachówką, meble, wszystko. Ludzie, którzy przeżyli lata wojny, okupacji, zsyłek, głodu, nędzy - cieszyli się z najmniejszych rzeczy. Fakt, że mogli wybrać sobie (w miarę) niezniszczone budynki i żyć w nich jak u siebie, a w dodatku dożyli pokoju - sprawiał, że oceniali "ziemie odzyskane" tylko przez swój własny pryzmat.
Poza tym istnieje równie wiele świadectw, które pokazują, że na "ziemiach odzyskanych" wcale nie było tak różowo, jak wiele osób opowiada. Że były sławojki na podwórkach i to do lat 80. (ba, nawet w moim mieście jestem w stanie wskazać, gdzie były takie). Że domy były nierzadko zrujnowane i rozgrabione. Że często "domem" był jeden w miarę cały pokój w spalonym budynku. Że przesiedleńcom dokwaterowywano przymusowo ludzi do mieszkań, albo wyrzucano świeżych osiedleńców na bruk w środku nocy. Że więzi sąsiedzkie były dużo słabsze, niż na rdzennie polskich ziemiach. Warto znać i tę drugą stronę.
I ilekroć idę po Krakowie na spacer i widzę tablice, że w tej-a-tej kamienicy mieszkał sławny polski malarz, polityk, pisarz - odnoszę wrażenie, że Polska, ta rzeczywista, a nie "tutejsza", gomułkowsko-cyrankiewiczowska, nadal zaczyna się nie na Odrze, ale na dawnej granicy polsko-pruskiej z XVIII wieku. Nie granicy zaborów, lecz I Rzeczpospolitej.
Żeby być obiektywnym: spora część "ziem odzyskanych" była niezaprzeczalnym zyskiem. Należy cieszyć się z ich wielkich bogactw, jak złoża miedzi, węgla, srebra, doceniać rozwój, jak infrastrukturę, komunikację i zakłady przemysłowe - nawet to, co nam zostało. Śląskie kopalnie przez kolejne dekady dostarczały co roku miliony ton węgla. Należy doceniać zarówno sieć dróg, wodociągów jak i zelektryfikowanie tych terenów, szczególnie na Dolnym Śląsku, nawet mimo ogromnych zniszczeń. Perełkami był i jest szereg miast, których nie zniszczono, jak Zielona Góra, Nowa Sól, Wałbrzych. Mimo dużych zniszczeń, Gdańsk i Szczecin stały się bardzo ważnymi miastami dla polskiej żeglugi i przemysłu. To z pewnością był krok naprzód względem Polski wschodniej. Nie wolno tego lekceważyć i tego nie robię.
Ale jako całość tereny te nie były żadnym skarbcem, ociekającym złotem, lecz ponurym, rozgrabionym i długo lekceważonym dziedzictwem zamiennym. W dodatku upośledzonym przez korekty graniczne i politykę PRL. Trzeba pamiętać o mimo wszystko zyskach, jakie na tych terenach zdobyto, ale i zachować zdrowy rozsądek w ich ocenie i znać liczne wady. "Bo historia nie jest czarno-biała".
Jeśli cenisz sobie moją pracę i ten jakże krótki wpis - zapraszam do wsparcia przez Patronite i BuyCoffee.
Może być zdjęciem przedstawiającym 3 osoby i tekst


890

Brak komentarzy: