To będzie gorzka - dla wszystkich - pigułka. W odniesieniu do poruszenia po słowach Radosława Sikorskiego. Wielu z Was bardzo dobrze zna mój stosunek co do gloryfikacji tzw. ziem odzyskanych. Udowadniałem nie raz i nie dwa, że komunistyczne slogany z epoki Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza nie mają przełożenia w rzeczywistości.
Poczynając od rzekomego „braku mniejszości”, gdzie po II WŚ w Polsce było niewiele mniej mniejszości etnicznych, niż przed II WŚ (ciekawe zresztą, że ten argument podnoszą najczęściej zwolennicy integracji i mniejszości) - w sumie od 3,5 do 5 milionów ludzi.
Potem argument „bogatych ziem odzyskanych”, które w rzeczywistości zostały doszczętnie zdemolowane w 1945 roku podczas walk i po nich przez Sowietów dla zabawy (jak Legnica, Słupsk, Sławno, Polanów, czy Miastko), następnie doszczętnie rozgrabione i wywiezione przez Sowietów. W sumie 239 000 wagonów dóbr, w tym 1119 zakładów przemysłowych i ok. 3700 statków rzecznych.
Sowieci zresztą zabrali dla siebie prawie 1 milion hektarów najlepszych terenów z najlepszymi majątkami. Doprowadzili do klęski pookupacyjnej, ogałacając lasy ze zwierzyny i stawy z ryb. Ukradli 1 milion zwierząt hodowlanych, które przepędzali przez Polskę, jeszcze bardziej ją rujnując.
A to, czego nie rozkradli Sowieci, rozgrabili polscy szabrownicy - zarówno oddolni, przyjeżdżający na szaber na „ziemie odzyskane”, jak i państwowi - ów słynny masowy wywóz cegieł, dachówek i innego budulca (nierzadko zabytkowego, średniowiecznego!), szczególnie z Wrocławia i okolic. Szabrownicy i Sowieci zdemolowali ogromną część pięknych poniemieckich pałaców, dzieła sztuki trafiały do Warszawy, albo... na złom.
Wreszcie ten nieszczęsny „węgiel reparacyjny”, który Polska oddawała ze Śląska Sowietom przez 10 lat za darmo (pardon, 1,12 dolara za tonę - nie pokrywało to nawet kosztów transportu). Sowieci wydoili Polaków na 55 mln ton węgla i koszt w sumie prawie 12 miliardów dolarów. Co oznacza, że Polska musiała sobie de facto... kupić Śląsk od Sowietów.
Warto tu jeszcze dodać o tzw. „żywych reparacjach” - masowych wywózkach mieszkańców Śląska do ZSRR, zwłaszcza wykwalifikowanych górników, którzy pracowali jako niewolnicy do końca lat 40., co skazało wiele rodzin na głód, a Śląsk na stagnację. To samo dotknęło Kaszubów. Wywieziono tak w sumie ok. 100 000 ludzi (plus ok. 150- 000 Polaków z innych regionów Polski).
To, co dostali Polacy, było nędznymi resztkami tego i tak niezbyt wielkiego bogactwa „ziem odzyskanych” z których największą wartość miał - i nadal ma - głównie Śląsk.
Bo na Pomorzu - już za Niemca uznawanym za region biedny i odległy - Sowieci z okupowanego Królewca zadbali o to, by strefa przyległa polskiego wybrzeża znajdowała się tuż przy brzegu (5 mil morskich). Przez dekady polskie statki musiały płynąć tuż przy brzegu, inaczej mogły naruszyć sowiecką strefę.
Sowieci ponadto zamordowali gospodarczo rejon Warmii (uważanej przez Niemców za jeszcze biedniejszą od Pomorza), zmieniając - wbrew ustaleniom - granicę w tym rejonie i przecinając Mierzeję Wiślaną. Zakazali żeglugi po Zalewie statkom innych bander niż polskiej. Zamordowało to Elbląg jako ośrodek stoczniowy.
Na Kresach zaś Polska pozostawiła swoje przebogate dziedzictwo kulturowe. Dorobek setek lat: pyszne zabytki architektoniczne, dzieła sztuki, bogactwo księgozbiorów i dokumentów. Już pomijając niematerialne skarby w postaci tożsamości narodowej i patriotyzmu lokalnego, które zostały całkowicie zniszczone chaotycznymi przesiedleniami. Sowieci jako jedyni przeprowadzili skutecznie ludobójstwo na narodzie polskim. W kilka lat dokonali ludobójstwa kulturowego i pozbyli się wielowiekowego dziedzictwa Polaków.
Komuniści w Polsce zadbali skutecznie o zatarcie tej spuścizny tak bardzo, że dla większości Polaków dzisiaj hasło „Kresy Wschodnie” to dwa miasta na krzyż, biedne wsie, bagienka i lasy. Wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy ani ze znaczenia gospodarczego, ani znaczenia kulturowego Kresów.
Do 1990 roku nie powstawały żadne prace o polskich Kresach w Polsce, przesiedleńcy nie mogli o tym mówić publicznie, ani nawet okazywać swej tęsknoty. Pamięć o wielu małych kresowych ojczyznach zmarła wraz z nimi. W tym sensie Gomułka, Bierut i Cyrankiewicz wygrali. I to jest przerażające.
To wszystko prawda.
ALE!
Ale jeśli ktoś łudzi się, że Polska mogłaby dostać I „ziemie odzyskane” I Kresy Wschodnie, to się grubo myli. Już w październiku 1940 roku brytyjski ambasador w Moskwie - skrajnie bolszewicki Stafford Crips - zaproponował Sowietom zatrzymanie Kresów. W 1941 roku Stalin postawił polski rząd londyński przed wyborem: albo Wilno, albo Lwów. Wybór ten istniał bardzo krótko, bo do końca 1941 roku.
Polski rząd upierał się twardo przy granicy z traktatu ryskiego. Miał moralną słuszność po swojej stronie: wszak Karta Atlantycka - jedyny dokument obowiązujący wszystkich Aliantów, autorstwa USA, podpisany też. przez Polskę i ZSRR - gwarantował nienaruszalność granic.
Ale w polityce „moralna słuszność” nie ma żadnej wartości.
Mimo zerwania stosunków z polskim rządem emigracyjnym, jako mediatorzy występowali Brytyjczycy z premierem Winstonem Churchillem. Stalin twardo obstawał przy linii Curzona, podczas gdy brytyjski premier chciał coś jeszcze ugrać w marcu 1944 roku. Stalin wówczas zaczął mu półjawnie grozić. Wtaczając się na Kresy Sowieci traktowali je jako własne ziemie przy milczącej aprobacie Aliantów - głównie Amerykanów. Wiecie to z moich wpisów o Roosevelcie.
Ostatnią próbą ratowania polskich Kresów była Jałta, gdzie i tam apele Churchilla Stalin odrzucił.
Od 1939 roku los polskich Kresów Wschodnich nie zależał od Polaków. Polacy mogli tylko stać i przyglądać się ze łzami w oczach, jak inni rozdzierają między siebie ich ziemie i wielowiekowe dziedzictwo kulturowe.
Natomiast gorzka pigułka jest jeszcze gdzie indziej.
Polska nie miała żadnej możliwości, aby zagospodarować zarówno Kresy Wschodnie, jak i „ziemie odzyskane”. Po hekatombie II Wojny Światowej Polaków było za mało na tak ogromny obszar. Przypomnę, że wg pierwszego powojennego spisu - mocno niedokładnego - Polskę zamieszkiwało 23 929 757 osób. Z tej liczby 3,5 miliona stanowili Niemcy, Ukraińcy, Białorusini i Żydzi (w rzeczywistości było ich znacznie więcej).
Polska, dysponująca Kresami, ORAZ „ziemiami odzyskanymi” miałaby prawie 400 tys. km kwadratowych powierzchni. Zaludnienie takiego ogromu wyłącznie Polakami byłoby niemożliwe, abstrahując już całkowicie od decyzji mocarstw. W warunkach po II WŚ Polska - mając wybór - mogłaby wybrać tylko - albo „ziemie zachodnie”, albo TYLKO CZĘŚĆ Kresów Wschodnich.
Powiem więcej, Polska miała ogromny problem z zaludnieniem nawet przyznanych terenów „ziem odzyskanych”. Dlatego Gomułka i Cyrankiewicz ściągali na gwałt kogo tylko się dało, na oślep i byle jak. Celem było błyskawiczne zasiedlenie nowych nabytków, by pokazać mocarstwom polskie prawa i sprawczość na tych terenach. Stąd też błyskawiczne wysiedlenia Niemców.
Na „ziemie odzyskane” ściągano nie tylko Polaków z Kresów i ZSRR, ale także Polaków z Belgii i Francji, którzy wyjechali przed wojną, Polaków z Jugosławii, a nawet... Polaków z Chin - z Mandżurii, którzy osiedlili się tam w czasach carskich zesłań! Komunistom bardzo zależało na ściągnięciu Polaków z Polskich Sił Zbrojnych i zasiedlenie nimi zachodu.
Zasiedlano „ziemie odzyskane” także przymusowo osiedlanymi Cyganami, i przesiedlanymi przymusowo w ramach akcji „Wisła” Ukraińcami, Łemkami i Bojkami, i ściąganymi z Grecji komunistami po przegranej wojnie domowej, trafiły tam też - czasowo - północnokoreańskie sieroty w okresie wojny koreańskiej.
Jak widzimy z poniższych propozycji, większość z nich nie dawała Polsce aż takich nabytków, jak w rzeczywistości. Brytyjczycy i - później - Amerykanie w Poczdamie w lipcu 1945 roku zdawali sobie sprawę, że przyznanie Polsce jak największych zysków na zachodzie to w rzeczywistości wzmacnianie tylko Stalina - który stawał się już wrogiem niedawnych Aliantów. Opierali się nie dlatego, że byli wrodzy Polsce, lecz dlatego by nie zyskał wrogi im blok wschodni.
(A że sami go zbudowali i na to przyzwolili? No cóż...)
Warto też dodać, że swoje pretensje - poza Niemcami, rzecz jasna - miała też Czechosłowacja, ostrząca sobie zęby na przyłączenie CAŁEGO ŚLĄSKA aż do Nysy Kłodzkiej, z podzielonym Wrocławiem. Czeskie pretensje nieomal doprowadziły do wybuchu wojny polsko-czechosłowackiej w czerwcu 1945 roku, zahamowanej osobiście przez Stalina.
W tym sensie Polska miała ogromne szczęście, że nie została sprowadzona do roli kadłubka, czegoś w rodzaju Generalnego Gubernatorstwa. Stalin nie zrobił tego z miłości do Polaków - bo tych skrajnie, personalnie nienawidził - ale dlatego, by grać na skłócenie Polski z Niemcami i Aliantami Zachodnimi. Pokazywać, że tylko Związek Radziecki gwarantuje Polsce takie zdobycze. Polska, szukając protektora swojej integralności, musiałaby trwać przy ZSRR. Kupił sobie jej wierność.
Nie zaprzestał także dalszych planów ogałacania Polski - jak widać z ostatniej propozycji, kolejnym pomysłem Stalina było oderwanie od Polski już nie tylko „kolana Bugu”, które oderwano Polsce w 1951 r. z powodu odkrycia bogatych złóż węgla i gazu (ah te „biedne Kresy”!), ale już rejonu Hrubieszowa w 1952 roku. Nie nastąpiło to z powodu jego śmierci.
Stalin do swojej śmierci w 1953 r. nie wykluczał zwrotu ziem zachodnich Niemcom po ich zjednoczeniu - oczywiście pod komunistycznym przewodnictwem. Polską granicę zachodnią Związek Radziecki zagwarantował 12 lat po jego śmierci - dopiero w 1965 roku. Pięć lat później uczyniła to Niemiecka Republika Federalna. Ta zresztą do 1990 roku usiłowała unieważnić te postanowienia i tylko sprzeciw prezydenta USA, George'a H. W. Busha na to nie pozwolił.
Możemy się cieszyć tym, co mamy. Jedyne co trzeba robić - to umacniać polskość i krzewić patriotyzm na „ziemiach odzyskanych”, przypominać o dziedzictwie kresowym, doceniać je i dbać o pamięć o pierwszych osadnikach na polskim „Dzikim Zachodzie”.
TL;DR We Wrocławiu i Szczecinie powinny być wielkie pomniki Bolesława Chrobrego i Bolesława Krzywoustego z mieczami wyciągniętymi w stronę Odry, by żadnym Helmutom nie przyszło do głowy coś rewidować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz