6. IX 1831. Generał Sowiński w okopach Woli
Śmierć gen. Józefa Sowińskiego
Wstaje świt. Gęsta mgła otula łąki. Obrońcy południowych szańców Warszawy czekają na szturm Rosjan. O 5.30 od zachodu, od strony Woli, dochodzi potężny huk rosyjskich armat. Polskie dowództwo podejrzewa jednak, że jest to atak pozorowany. Że bataliony feldmarszałka Iwana Paskiewicza uderzą właśnie od południa
Tymczasem Rosjanie chcą wedrzeć się do Warszawy, przełamując polskie umocnienia właśnie na Woli. To silna, dobrze pomyślana pozycja składająca się z trzech linii obrony. Główną tworzy tak zwany Wał Newachowskiego, usypany jeszcze za czasów wielkiego księcia Konstantego. Już w czasie powstania listopadowego około 400-600 m przed nim usypano drugą linię obronną. Przed nią zaś wzniesiono liczącą 17 km długości linię czołową. Składa się ona z szeregu redut odległych od siebie o 300, 400 m. Mogą one prowadzić ogień czołowy i flankowy, bijący z boku w szturmujących żołnierzy. Bez zajęcia redut szturm linii głównej nie wchodzi w rachubę.
Kluczową pozycją linii czołowej jest zamykająca szosę kaliską reduta nr 56. Obsadzona jest przez dwa bataliony 8. pułku piechoty liniowej z 12 działami. Dowodzi nią gen. Józef Longin Sowiński, wychowanek Szkoły Rycerskiej w Warszawie, żołnierz powstania kościuszkowskiego i armii Księstwa Warszawskiego. W kampanii rosyjskiej Napoleona stracił nogę, od tego czasu posługuje się drewnianą kulą.
By dobrać się do reduty gen. Sowińskiego, Rosjanie muszą zdobyć mniejszą, pobliską redutę nr 54. Bronią jej dwie kompanie piechoty wsparte sześcioma działami. Armatami dowodzi ppor. artylerii Juliusz Konstanty Ordon.
Dziesiątki rosyjskich armat zasypują redutę pociskami. Giną kolejni żołnierze. Dowództwo placówki obejmuje porucznik Feliks Nowosielski. Wreszcie na zasnutą dymami eksplozji redutę rusza potężne natarcie rosyjskiej dywizji gen. Gejsmara. Trzy kolumny carskiej piechoty docierają do szańca. Kontratak na bagnety odrzuca jednak sołdatów. Ale Rosjanie wkrótce uderzają z trzech stron. Mogą otaczać redutę, gdyż polska piechota pobliskiej drugiej linii obrony z niezrozumiałych powodów bezczynnie obserwuje tragedię reduty 54.
Gońcy wysłani z Woli pędzą na ulicę Kredytową. Tam, z dachu kościoła ewangelickiego, dowódca polskiej artylerii gen. Józef Bem na próżno wypatruje szturmu od południa. Teraz pojmuje wreszcie, że szturm generalny już dawno się rozpoczął na Woli.
Na reducie nr 54 trwa zacięta, bezlitosna walka na bagnety. Rosjanie wdzierają się do wnętrza. Wtem do magazynka prochowego wbiega z ogniem jeden z Polaków. W gęstym dymie niektórym żołnierzom wydaje się, że to porucznik Nowosielski, innym - że kanonier Nakrut, jeszcze innym - że podporucznik Ordon. Podnosi się ogromny słup ognia. Koń rosyjskiego porucznika Aleksandra Seelanda stojący na zewnątrz reduty pada na ziemię jak ścięty. Po chwili na przygniecionego zwierzęciem jeźdźca walą się z powietrza uniesione eksplozją zwęglone i okaleczone ciała żołnierzy rosyjskich i polskich.
Ciężko ranny Ordon leży pośród dziesiątków zabitych.
Prócz szturmu na redutę 54 Rosjanie rozwijają natarcie na pomocniczą redutę nr 57 osłaniającą od zachodu główną redutę Sowińskiego. Setce armat rosyjskich przeciwstawiają się tu cztery polskie działa. O 9 rano jest już po wszystkim. Z ponad dwóch i pół setki obrońców 160 ginie, 80 odnosi ciężkie rany, a ledwo kilkunastu przedziera się do polskich linii.
Teraz carscy generałowie przenoszą wzrok na redutę gen. Sowińskiego. Pierwszy szturm trzech batalionów na jej południowy narożnik obrońcy krwawo odpierają. Rosjanie podtaczają kolejne dziesiątki armat. Gęsta dotąd kanonada przechodzi w przeciągły, jednostajny grzmot.
Tymczasem gen. Bem na czele 16 armat pędzi konno z odsieczą Sowińskiemu. Bateria staje w polu, tuż za redutą, i otwiera niezwykle celny ogień. W ostatniej chwili. Właśnie zwarte kolumny rosyjskiej piechoty docierają do umocnień. Pociski armat Bema obalają pierwsze szeregi sołdatów niosących kosze z ziemią, drabiny i plecionki ze słomy. Atak Rosjan załamuje się.
Od wschodu na szańce gen. Sowińskiego wkraczają posiłki. To major Piotr Wysocki, słynny przywódca spisku, który wszczął to powstanie, śpieszy na czele batalionu piechoty. W obrońców wstępuje nowy duch. Uważają, że batalion Wysockiego to forpoczta większego wsparcia. Niestety, Rosjanie podciągają kolejne dziesiątki dział. Ich ogień blokuje redutę. Ale kolejne szturmy Rosjan obrońcy ciągle krwawo odpierają.
Feldmarszałka Paskiewicza irytuje twardy opór żołnierzy Sowińskiego. Rzuca do ataku 20 nowych batalionów piechoty, siłę ogromną. Część obrońców reduty na widok zwartych, potężnych kolumn piechoty wroga wpada w panikę. Trzy kompanie w popłochu porzucają redutę. Na tyłach zatrzymuje ich gen. Kazimierz Małachowski, wojownik zasłużony w powstaniu kościuszkowskim pod Racławicami, w Legionach Dąbrowskiego, na San Domingo, a od paru dni zastępca naczelnego wodza. Sędziwy generał przemawia do uciekinierów: "Ilu was haniebnie uciekło, nie pytam. Wyście odbiegli swojego generała i całą może zgubili Wolę. Do was należy odebrać ją albo zginąć do ostatniego". Wespół z gen. Bogusławskim Małachowski organizuje improwizowaną grupę zaczepną liczącą w sumie 3 tys. uciekinierów i niedobitków z innych pułków. Grupa trzykrotnie uderza, chcąc odblokować redutę nr 56. W straszliwych walkach wręcz Rosjanie odrzucają natarcia. Dla reduty Sowińskiego nie ma już ratunku.
Ale jednonogi generał i jego żołnierze nie upadają na duchu. Gdy ginie dowódca artylerii reduty kpt. Krzywicki i większość jego kanonierów, gen. Sowiński sam, kuśtykając o kuli, lontem odpala kolejne armaty. Wreszcie milknie ostatnie polskie działo. Na wały wdzierają się carscy sołdaci, otaczają resztkę obrońców. Samotny gen. Sowiński podnosi karabin zabitego piechura i oparty o armatę broni się bagnetem. Sołdaci otaczają go zewsząd. Rosyjski oficer ofiaruje generałowi pardon. Sowiński odmawia. Ginie przeszyty rosyjskimi bagnetami. Drewniana kula wbita w ziemię nie pozwala zwłokom przewrócić się i skrwawiony trup generała wsparty o lawetę groźnie patrzy na zwycięzców.
Rosyjscy grenadierzy dowiadują się, że w obronie reduty walczył znienawidzony przez Moskali Piotr Wysocki. Zwycięzcy szukają go wśród jeńców, ale ten jakby zapadł się pod ziemię.
Po południu w rosyjskich szeregach rozchodzi się pogłoska, że Wysocki jest wśród rannych. Paskiewicz każe go odnaleźć. Szef sztabu artylerii rosyjskiej baron Korff idzie do chlewu na plebanii, w którym leżą ranni polscy jeńcy. Uważnie lustruje ich. Pyta blondyna przykrytego oficerskim płaszczem, jak się nazywa. "Wysocki" - odpowiada tamten.
Krótko potem do chlewa wpadają rosyjscy grenadierzy i zabierają rannego w nieznane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz