Październik 1986 roku w Bieszczadach był wyjątkowo zimny i wietrzny. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nad górami, a przenikliwy wiatr przeszywał człowieka do szpiku kości. Dla żołnierzy WOP patrolujących granicę w okolicy nie było litości – bez względu na pogodę musieli wyjść na służbę.
Pogoda pogarszała się z godziny na godzinę. Najpierw wzmógł się wiatr, a potem zaczął padać deszcz ze śniegiem. Żołnierze naciągali czapki na uszy i zarzucali brezentowe pałatki. Trasę wzdłuż Sanu znali na pamięć. Choć dochodziła dopiero szesnasta, mrok gęstniał z każdą chwilą.
Nagle zauważyli coś dziwnego. Z pobliskiego lasu dochodziły błyski – jakby ktoś dawał sygnały. Ściągnęli broń z ramion. Lornetka niewiele dała, było zbyt ciemno. Wiedzieli jednak, że to, co widzą, nie jest wytworem sił natury. Ktoś wyraźnie chciał coś przekazać. Postanowili obejść las, aby nie spłoszyć ewentualnego sprawcy. W pewnym momencie rozdzielili się.
Kiedy dotarli na miejsce, stanęli jak wryci. Na skraju polany znajdował się mały kopczyk ziemi, a wbity w niego krzyż świadczył o pochówku. Na kawałku pnia siedział człowiek. W podziurawionej puszce po konserwie paliła się świeca, której płomień, smagany podmuchami wiatru, tworzył złudzenie migających znaków.
To był „Brodacz” – znany im dobrze miejscowy drwal, samotnik i dziwak. Mieszkał sam, na odludziu. Ale co robił tutaj? Kto spoczywał w tej leśnej mogile?
Nie musieli pytać. Drwal, jakby czytał w ich myślach, mówił powoli, ważąc każde słowo, jakby chciał, by zapamiętali je na zawsze.
– Oleńka tu leży. Dziś rocznica, jak ją zamordowali…
Mieszkali my w tej samej wsi, tylko na przeciwległych końcach. Planowali my ślub. Aż przyszły te przeklęte czasy. Sąsiedzi odwrócili się od Polaków. Zaczęły się mordy, grabieże, gwałty. Z Oleńką spotykaliśmy się potajemnie, bo za zadawanie się z Polakiem groziła jej śmierć. Jej trzech braci było w UPA, ojciec w SKW, matki nie miała – zmarła, gdy miała trzy lata.
Za wsią był jar, zarośnięty i niedostępny. Tam my się spotykali. Pewnego ranka ojciec znalazł w obejściu kartkę – wyrok śmierci, pisany na maszynie. Ojciec twierdził, że to czcze pogróżki, że nikomu krzywdy nie zrobił i nie zamierza uciekać. Wieczorem, podczas wieczerzy, ktoś zapukał do okna. To była Oleńka.
– Musicie uciekać – wyszeptała. – Jutro wieczorem przyjdą was mordować.
Podsłuchała rozmowę braci – dom miał być spalony, rodzina wybita. Matka wpadła w panikę, młodsze siostry płakały, tylko ojciec zachował zimną krew. Poprosiłem wtedy Oleńkę, by uciekła z nimi.
– Tu się urodziłam i tu będę czekać na ciebie zawsze – odpowiedziała.
Nazajutrz przed świtem wóz powiózł naszą rodzinę do Leska. Potem osiedlili my się pod Rzeszowem. Minęło kilka lat. Nie mogłem już dłużej czekać – wróciłem na ojcowiznę. Z domu zostały tylko zgliszcza. Spod spalonych belek wyciągnąłem żeliwny garnek. W nim matka smażyła powidła. Wiatr hulał wśród poskręcanych od ognia jabłoni. Nie było czego szukać.
Pracę znalazłem w leśnictwie. Cały czas miałem nadzieję, że odnajdę Oleńkę. Chodziłem, pytałem, szukałem po urzędach. W końcu dowiedziałem się, że w okolicach Wetliny mieszka ktoś, kto może coś wiedzieć. Nie czekałem. Znajomy wozak zawiózł mnie pod wskazany adres.
Rozpoznałem go od razu – sąsiad Oleńki. Jak przetrwał, Bóg raczy wiedzieć. On także mnie poznał. Zaprosił do stołu. Postawił butelkę bimbru i kiełbasę. Nie wytrzymałem, nerwy puściły. Złapałem go za koszulę.
– Mów, gdzie Oleńka!
W oczach sąsiada zobaczyłem łzy. Usiadłem przy stole i wypiłem duszkiem szklankę samogonu. Wtedy Fiodor zaczął mówić.
Kiedy sotnia przyszła wymordować rodzinę, zastała pusty dom. Ktoś doniósł, że młoda dziewczyna szła w stronę ich obejścia. Otoczyli dom, wyprowadzili Oleńkę. Skrępowali jej ręce, oblali plecy naftą, powróz przywiązali do konia i podpalili. Pędzili ją jak żywą pochodnię aż pod las, tam porzucili umęczone ciało. Ojciec i bracia patrzyli w milczeniu, nie reagując.
Nazajutrz, pod wieczór, Fiodor odnalazł zwłoki. Pochował ją pod lasem, tam gdzie została.
– Jutro pokażę ci to miejsce – dodał.
Byłem tam już o świcie. Rwałem ziemię palcami, jakbym chciał ją wskrzesić. Postawiłem krzyż i tabliczkę.
– A teraz idźcie już – powiedział do żołnierzy. – W rocznicę śmierci Oleńka rozmawia ze mną. Mamy sobie jeszcze wiele do powiedzenia.
Dopiero wtedy żołnierze zauważyli na krzyżu tabliczkę, wyrzeźbioną cyrylicą: „Oleńka 1926–1946”. Była w ich wieku.
Oddalili się w milczeniu. W Dzień Wszystkich Świętych zapalili znicz na jej grobie.
Tak było w Bieszczadach…
za Tomasz A. Błajet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz