Profesor wyśmiał lewicowy artykuł. Po roku (!) do jego drzwi zapukała policja!
Wolność słowa w Europie umiera. W minionym tygodniu funkcjonariusze policji weszli do domu 72-letniego profesora Norberta Bolza tylko dlatego, że rok wcześniej (!) opublikował ironiczny wpis w mediach społecznościowych. Jedno zdanie miało być sarkastyczną reakcją na tytuł artykułu z lewicowej gazety Taz, która ubolewała nad wzrostem poparcia dla partii AfD.
Chodziło o zdanie „Deutschland erwache”, czyli „Niemcy, obudźcie się”.
Post został natychmiast zakwalifikowany jako możliwe propagowanie ideologii nazistowskiej. Berlińska prokuratura wszczęła śledztwo na podstawie artykułu kodeksu karnego, przewidującego zakaz używania symboli i haseł organizacji uznanych za nazistowskie. Zawiadomienie złożył portal Hessen gegen Hetze działający przy Centrum Cyberkompetencji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Hesji. Sprawę przejął Federalny Urząd Policji Kryminalnej, a następnie Centralne Biuro Zgłaszania Treści Kryminalnych w Internecie. Z jakiego dokładnie powodu uruchomiono tę całą machinę biurokratyczną?
Odpowiedź Bolza będąca ironiczą sugestią, że lewica, próbująca delegalizować demokratycznie działające partie, stosuje nazistowskie metody.
Ostatecznie do drzwi profesora zapukała policja z Berlina. Bolz przyznał się do napisania wpisu, dzięki czemu nie skonfiskowano mu sprzętu. Po wyjściu funkcjonariuszy skomentował sytuację na X: „Przyjaźni policjanci dali mi dobrą radę, żebym był ostrożniejszy. Zastosuję się – od teraz będę mówił tylko o drzewach”.
To kolejny przykład systemowej kontroli nad debatą publiczną za naszą zachodnią granicą. Niemcy zbudowały rozbudowaną sieć instytucji śledzących aktywność obywateli w internecie, a ustawa NetzDG wymusza błyskawiczne usuwanie treści uznanych za niepożądane. W Niemczech debata polityczna jest dziś filtrowana przez funkcjonariuszy państwowych i aktywistów antyhejtu, którzy arbitralnie decydują, co wolno mówić, a co podlega ściganiu. Przyjęto logikę, w której krytyka lewicowego ekstremizmu ma być traktowana na równi z pochwałą totalitaryzmu.
Prawda jest jednak oczywista. Im bardziej lewicowo-liberalny establiszment obawia się słów, tym bardziej ujawnia własną słabość. Wolność słowa nie kończy się na granicy ironii. Kończy się tam, gdzie do prywatnego domu wchodzą funkcjonariusze za niepoprawny żart.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz