W dniu 2 listopada 2023 roku w rejonie wsi Topiło grupa nielegalnych migrantów przekroczyła granicę z Białorusi. W wyniku interwencji polskich żołnierzy, regulaminowych ostrzeżeń i strzałów ostrzegawczych jeden z uciekających cudzoziemców został postrzelony. Prokuratura skierowała akt oskarżenia do sądu. Jeśli żołnierz zostanie uznany winnym grozi mu kara więzienia do 3 lat.
To kolejny przypadek z serii jurydycznych dziwactw. Granica nie jest metaforą. Nie jest też zaproszeniem do spaceru. Jest realną linią państwa, za którą stoi prawo, wojsko i odpowiedzialność. I dokładnie w tym miejscu znalazł się żołnierz, który dziś ma zarzuty karne — nie dlatego, że chciał kogokolwiek skrzywdzić, lecz dlatego, że wykonywał swoje zadanie w warunkach, które z definicji nie są bezpieczne ani sterylne.
Granica wschodnia nie jest planem filmowym z koordynatorem BHP. To pościg, chaos, zmęczenie, adrenalina, broń w ręku i realna presja, by powstrzymać nielegalne przekroczenie granicy państwa. Każdy, kto twierdzi, że w takich warunkach da się zagwarantować zero ryzyka, nigdy nie miał do czynienia ani z bronią, ani z rzeczywistością.
Podstawowa prawda jest prosta i niewygodna: kto nielegalnie przekracza granicę państwa, sam podejmuje ryzyko. Nie symboliczne, nie teoretyczne — realne. Ryzyko zatrzymania, ryzyko użycia środków przymusu, ryzyko obrażeń. Tak działa każde państwo, które traktuje swoją granicę serio.
Tymczasem z żołnierza robi się oskarżonego, z granicy — strefę moralnej winy, a z nielegalnego przekroczenia — akt niemal obywatelskiego nieposłuszeństwa. To logika, która prowadzi dokładnie donikąd. Bo jeśli żołnierz ma się bać bardziej prokuratora niż tego, co dzieje się w terenie, to granica przestaje istnieć.
Państwo, które stawia swoich żołnierzy pod pręgierzem za to, że wykonywali rozkazy w obronie granicy, wysyła jasny sygnał: radźcie sobie sami. A potem to samo państwo będzie się dziwić, że nikt nie chce brać odpowiedzialności, że każdy woli „nie zauważyć”, „nie dogonić”, „nie reagować”.
Nie chodzi o bezkarność. Chodzi o elementarną proporcję. O zrozumienie, że ochrona granicy zawsze niesie ryzyko, a odpowiedzialność za to ryzyko w pierwszej kolejności ponosi ten, kto decyduje się ją łamać. Żołnierz nie zapraszał. Nie organizował szlaku. Nie zmuszał nikogo do biegu nocą przez las w strefie wojskowej.
Granica musi być chroniona. Nie na papierze. Nie w felietonach pełnych wzruszeń. W realnym świecie, przez realnych ludzi, z realnymi konsekwencjami. A jeśli chcemy mieć granicę — musimy mieć też odwagę stanąć po stronie tych, którzy jej bronią, nawet gdy sprawa nie jest wygodna, czysta i idealna.
Bo państwo, które nie broni swoich żołnierzy, w końcu nie obroni już niczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz