🌊🛥️ Pamiątka po zatopionym „Wilhelmie Gustloffie” pływała jeszcze kilka lat po największej tragedii na Bałtyku…
Dzisiaj, 30 stycznia mija 81. rocznica największej katastrofy morskiej w historii świata 🚢 Tego dnia w 1945 roku, na wysokości Łeby, niemiecki statek „Wilhelm🌊🛥️ Pamiątka po zatopionym „Wilhelmie Gustloffie” pływała jeszcze kilka lat po największej tragedii na Bałtyku…
Dzisiaj, 30 stycznia mija 81. rocznica największej katastrofy morskiej w historii świata 🚢 Tego dnia w 1945 roku, na wysokości Łeby, niemiecki statek „Wilhelm Gustloff”, wypełniony głównie cywilami, został storpedowany przez sowiecki okręt podwodny S-13. Zginęło od 6 do nawet 10 tysięcy ludzi.
W rocznicę tego tragicznego wydarzenia przypominamy mało znaną ciekawostkę z dawnej Łeby. Otóż jedna z szalup ratunkowych „Gustloffa” nie tylko przetrwała wojnę, ale przez kilka kolejnych lat… służyła jako łódź rybacka. Mowa o kutrze ŁEB-12, którego historię w styczniu 2001 roku opisał „Głos Pomorza”.
🗨️ – Przyjeżdżając po wojnie do Łeby nie mieliśmy żadnego pojęcia o morzu i rybołówstwie – wspominał w rozmowie z redaktorem Andrzejem Radajewskim 83-letni wówczas Władysław Miakisz, który ponad 30 lat swojego życia poświęcił rybaczeniu. – Nie było na czym pływać. Po wojnie w porcie pozostały zaledwie dwa niemieckie kutry, wymagające poważnych remontów.
Jak relacjonował pan Władysław, kapitan Kiemlin – przedstawiciel Morskiego Instytutu Rybackiego w Szczecinie, organizujący powojenne rybołówstwo w Łebie – zauważył w porcie podtopioną łódź. Polecił ją wydobyć i przetransportować do stoczni. Okazało się, że była to szalupa ratunkowa z „Wilhelma Gustloffa”.
🗨️ – To była niezatapialna łódź – wspominał Miakisz. – Miała około dziesięciu grodzi powietrznych, silnik i mosiężną tabliczkę z nazwą „Wilhelm Gustloff” oraz numerem 12. Z tabliczki wynikało, że mogła zabrać nawet 100 osób. Miała około 10 metrów długości i 3 metry szerokości.
Szalupę za 25 tysięcy złotych kupił szwagier pana Władysława – Zenon Hokusz. Rozpoczął się żmudny remont. Jako napęd wykorzystano dwucylindrowy silnik samochodowy kupiony od Rosjan. Był nietypowy i kłopotliwy przy uruchamianiu, ale gdy już zaskoczył – działał bez zarzutu.
Po remoncie łódź zachowała swój pierwotny numer i jako ŁEB-12 w czerwcu 1946 roku wypłynęła na pierwszy połów. Trzecim członkiem załogi był wówczas 18-letni Waldek Krakowiak. Przez kilkanaście miesięcy łódź doskonale sprawdzała się w przybrzeżnych połowach.
Z czasem właściciel planował przerobić ją na pełnoprawny kuter, jednak gdy stocznie zaczęły produkować nowe, większe jednostki, ŁEB-12 została sprzedana. Trafiła do Szczecina, do Państwowego Centrum Wychowania Morskiego, a następnie – wraz z kapitanem Kiemlinem – wróciła do Łeby jako jednostka szkoleniowa dla przyszłych rybaków i marynarzy.
Na początku lat 50. XX wieku, po likwidacji ośrodka szkoleniowego, łódź sprzedano po raz ostatni – na złom. Niekonserwowana, w złym stanie technicznym, zakończyła swój żywot pocięta na części.
Dziś pozostała po niej już tylko historia i archiwalne zdjęcia – niezwykłe świadectwo tego, jak fragment największej tragedii morskiej świata przez kilka lat wpisywał się w powojenną codzienność nadmorskiej Łeby. Gustloff”, wypełniony głównie cywilami, został storpedowany przez sowiecki okręt podwodny S-13. Zginęło od 6 do nawet 10 tysięcy ludzi.
W rocznicę tego tragicznego wydarzenia przypominamy mało znaną ciekawostkę z dawnej Łeby. Otóż jedna z szalup ratunkowych „Gustloffa” nie tylko przetrwała wojnę, ale przez kilka kolejnych lat… służyła jako łódź rybacka. Mowa o kutrze ŁEB-12, którego historię w styczniu 2001 roku opisał „Głos Pomorza”.
🗨️ – Przyjeżdżając po wojnie do Łeby nie mieliśmy żadnego pojęcia o morzu i rybołówstwie – wspominał w rozmowie z redaktorem Andrzejem Radajewskim 83-letni wówczas Władysław Miakisz, który ponad 30 lat swojego życia poświęcił rybaczeniu. – Nie było na czym pływać. Po wojnie w porcie pozostały zaledwie dwa niemieckie kutry, wymagające poważnych remontów.
Jak relacjonował pan Władysław, kapitan Kiemlin – przedstawiciel Morskiego Instytutu Rybackiego w Szczecinie, organizujący powojenne rybołówstwo w Łebie – zauważył w porcie podtopioną łódź. Polecił ją wydobyć i przetransportować do stoczni. Okazało się, że była to szalupa ratunkowa z „Wilhelma Gustloffa”.
🗨️ – To była niezatapialna łódź – wspominał Miakisz. – Miała około dziesięciu grodzi powietrznych, silnik i mosiężną tabliczkę z nazwą „Wilhelm Gustloff” oraz numerem 12. Z tabliczki wynikało, że mogła zabrać nawet 100 osób. Miała około 10 metrów długości i 3 metry szerokości.
Szalupę za 25 tysięcy złotych kupił szwagier pana Władysława – Zenon Hokusz. Rozpoczął się żmudny remont. Jako napęd wykorzystano dwucylindrowy silnik samochodowy kupiony od Rosjan. Był nietypowy i kłopotliwy przy uruchamianiu, ale gdy już zaskoczył – działał bez zarzutu.
Po remoncie łódź zachowała swój pierwotny numer i jako ŁEB-12 w czerwcu 1946 roku wypłynęła na pierwszy połów. Trzecim członkiem załogi był wówczas 18-letni Waldek Krakowiak. Przez kilkanaście miesięcy łódź doskonale sprawdzała się w przybrzeżnych połowach.
Z czasem właściciel planował przerobić ją na pełnoprawny kuter, jednak gdy stocznie zaczęły produkować nowe, większe jednostki, ŁEB-12 została sprzedana. Trafiła do Szczecina, do Państwowego Centrum Wychowania Morskiego, a następnie – wraz z kapitanem Kiemlinem – wróciła do Łeby jako jednostka szkoleniowa dla przyszłych rybaków i marynarzy.
Na początku lat 50. XX wieku, po likwidacji ośrodka szkoleniowego, łódź sprzedano po raz ostatni – na złom. Niekonserwowana, w złym stanie technicznym, zakończyła swój żywot pocięta na części.
Dziś pozostała po niej już tylko historia i archiwalne zdjęcia – niezwykłe świadectwo tego, jak fragment największej tragedii morskiej świata przez kilka lat wpisywał się w powojenną codzienność nadmorskiej Łeby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz