19 marca 1985 roku w Fort Myers na Florydzie
zmarł
Leopold Tyrmand .
Miał 65 lat.
Legendarny pisarz, krytyk muzyczny, lider polskiego ruchu jazzowego,
ikona Warszawy lat 50.,
a jednocześnie: kontestator PRL-owskiej rzeczywistości.
"Złego" czytali wszyscy, nigdy przedtem ani nigdy potem nie powstała książka, która w podobny sposób elektryzowałaby wszystkie środowiska czytelników.
"Zły" wydany w grudniu 1955
okazał się nie tylko największym sukcesem literackim Tyrmanda, w pełni ukazującym jego świetny talent narracyjny i dar obserwacji.
To Warszawie Tyrmand dedykował powieść, a jej ulice, place, kawiarnie, jej ruiny i tętniące życie ukazał na kartach książki
z takim pietyzmem, że "Zły" mógłby być przewodnikiem po stolicy z lat pięćdziesiątych.
"Dziennik 1954" to jego najwybitniejsza książka.
Od innych słynnych dzienników
- Nałkowskiej, Iwaszkiewicza czy Gombrowicza - różni się przede wszystkim tym,
że obejmuje nie lata, a zaledwie trzy miesiące,
od 1 stycznia do 2 kwietnia 1954 roku.
Tyrmand opisuje powojenną, odbudowywaną z gruzów Warszawę, ale sięga też pamięcią do swoich okupacyjnych wędrówek po Europie i do lat trzydziestych; jest ironicznym kronikarzem bieżącego życia kulturalnego; obserwuje codzienność miasta, z jego kwitnącą, mimo reżimowych obostrzeń, "inicjatywą prywatną".
W swoim dzienniku
" Dziennik 1954" Tyrmand zapisał prywatne życie Warszawy, sposoby poruszania się po niej, wygląd lokali,
w których bywał, osoby, które spotykał.
Niektóre sądy Tyrmanda, po przeszło półwieczu , nadal uderzają trafnością,
np. o młodym Zbigniewie Herbercie.
Oto fragment oryginalnej wersji dziennika:
" Po południu był u mnie Zbyszek Herbert.
Jest to jeden z najwybitniejszych moich współczesnych.
Moim zdaniem, jest największym poetą młodego pokolenia powojennej Polski.
Opinia kulturalna wie o nim niewiele, drukował mało, zaledwie kilkanaście razy, może trochę więcej, w "Tygodniku Powszechnym". Nawet szerokie koła katolickie nie okazywały mu uznania.
Natomiast w redakcji "Tygodnika" wszyscy byliśmy zgodni w przekonaniu, że Herbert to klasa sama dla siebie i że w normalnych warunkach zabłysnąłby na firmamencie kulturalnym kraju jak gwiazda pierwszorzędnej wielkości.
Herbert nie ma jeszcze trzydziestu lat, jest szczupły, niewysoki, trochę słabowity.
Wygląda uczniakowato, ubiera się biednie i przeciętnie, ale schludnie, ma małą, zabawną twarz o zadartym, pełnym pogody nosie i ładne, jasne, uśmiechnięte oczy.
Jest niezwykle grzeczny i równy w sposobie bycia, ową uprzejmością, życzliwością i spokojem płynącymi z najgłębszych pokładów bogatej, rzetelnej osobowości.
Oprócz wielkiego talentu nosi w sobie nie mniejszą, arcyrzetelną erudycję i nieprzeciętną inteligencję, co razem składa się na rzadką, wybitną indywidualność. Mówi cicho, interesująco i dowcipnie.
Oprócz tych wszystkich zalet ma jeszcze w sobie mnóstwo wdzięku i uroku, co czyni każdą rozmowę
z nim niezmiernie atrakcyjną.
Czystość moralna
i wierność samemu sobie
są busolą życia tego człowieka.
Oczywiście, klepie biedę przykładową, zarabiając kilkaset nędznych złotych jako kalkulator-chronometrażysta w jakiejś spółdzielni inwalidów. Pogoda, z jaką Zbyszek znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, przypomina hagiograficzne przypowieści z pierwszych wieków chrześcijaństwa.
Pogoda ta jest jednak precyzyjnie skonstruowaną maską, za którą kryje się coś w rodzaju rozpaczy pochylonego nad studnią życia, niezwykle wrażliwego poety, który podejrzewa, że przegrał własne życie, którego toczy zgryzota, ponieważ nie może pomóc starym, schorowanym rodzicom, ale który nie zamierza się cofać znad krawędzi studziennej otchłani, aby spoglądać na fałszywe, cukierkowe landszafty."
Herbert odwdzięczył się po latach Tyrmandowi, pisząc w liście do Stanisława Barańczaka, że autor "Złego" był w epoce stalinizmu jednym z nielicznych jego prawdziwych przyjaciół:
" Tyrmand wspierał mnie moralnie i materialnie.
Na jego postawie moralnej wzorowałem się
i naprawdę nie wiem, czy przeżyłbym bez niego te ciemne czasy." (Zbigniew Herbert, "Węzeł gordyjski",
2001, list z 1990.
Podczas rocznego pobytu we Francji Tyrmand zetknął się po raz pierwszy z zachodnioeuropejską kulturą
i amerykańskim jazzem,
co miało głęboki wpływ na jego światopogląd i twórczość.
Marek Nowakowski nazwał Tyrmanda "papieżem jazzu".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz