ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Niemcy śmieją się, klaszczą, gwiżdżą. Jakby właśnie oglądali najwspanialszy na świecie spektakl.

Aplikacja II wojna światowa w kolorze dodała nowe zdjęcie do albumu Powstanie Warszawskie
UWAGA DŁUGO
Dzisiaj wypada ten dzień, kiedy nikt nie nazwie mnie nazistą.  Gdzie jesteście, ujadacze?
Potwory. Myśleliście, że te istnieją tylko w bajkach, jednak historia widziała prawdziwe potwory. Bestie w ludzkich skórach, brodzące we krwi swych ofiar. [A]
Kiedy byłem mały, byłem zafascynowany - jak zapewne wielu amatorów historii - eleganckimi mundurami SS, estymą tej formacji, odwagą jej żołnierzy i imponującym uzbrojeniem. Któregoś dnia mój Tato w gniewie wyrzucił z siebie nazwisko Oskara Dirlewangera i jego siepaczy. Od tamtej pory ściska mnie w gardle, kiedy pomyślę o ogromie zła wyrządzonym przez tych łajdaków.
Pokryty gruzem plac Piłsudskiego pełen był żołnierzy niemieckich różnych formacji. Esesmani, żołnierze Wehrmachtu, Kozacy, policjanci, Azerowie, Rosjanie z RONA, chłopcy z Hitlerjugend. Zgromadzeni w pobliżu szubienic, na których kołysze się kilka ciał. Patrzą na pędzone kolbami karabinów młode, nagie dziewczyny. Po ich udach cieknie krew - zostały chwilę wcześniej brutalnie zgwałcone, wielokrotnie. W szpitalach, gdzie hitlerowscy żołdacy zostawili za sobą stosy ciał i kałuże krwi. Jedna po drugiej zmaltretowane sanitariuszki zwisają na szubienicach, kiedy wysoki, chudy esesman w płaszczu wykopuje im cegły spod nóg. Za dziewczynami prowadzony jest na sznurze pobity lekarz z koroną cierniową na okrwawionej głowie. Żołnierze wyśmiewają ''Jezusa Warszawy''. Też ginie. Niemcy śmieją się, klaszczą, gwiżdżą. Jakby właśnie oglądali najwspanialszy na świecie spektakl.
Za te zbrodnie odpowiadał niemiecki doktor nauk politycznych i bohater I Wojny Światowej. Odznaczony wieloma orderami za osiem ran odniesionych na polu bitwy. Wyróżniający się niesłychaną odwagą i brawurą. Karany przed wojną za molestowanie dziewczynki z BDM. Wysoki, chudy, wręcz kościsty. Odziany w długi skórzany płaszcz, z nieodłącznym pistoletem w ręku. Zło absolutne. Niemiec. SS-Oberführer Oskar Dirlewanger.
Dzisiaj mija 75. rocznica rzezi Woli - w której zginęło 25-30 tysięcy ludzi (choć są dużo wyższe szacunki - nawet 60 tys.), do której skierowano niesławną jednostkę - Pułk Specjalny SS ''Dirlewanger''.
Dzieje tej jednostki sięgają 1940 roku, kiedy w ramach uzupełnień stworzono batalion, złożony ze skazanych niemieckich kłusowników. Miało to sens - kłusownicy znali las i umieli celnie strzelać, więc nadawali się do walk przeciwpartyzanckich. Jednak wartość bojowa była niska i już w 1940 roku żołdacy z batalionu dopuszczali się okrutnych zbrodni w okupowanej Polsce. Jeszcze gorzej było później, podczas walk na Białorusi. Dirlewangerowcy spalili ok. 200 miejscowości w ciągu dwóch lat. Sam dowódca lubił latać nad wsiami i je obserwować. Jeśli w jakiejś wsi, lub jej okolicy otwierano ogień, zaznaczał jej położenie na mapie, a potem przychodził ze swoimi żołnierzami i palił miejscowość do fundamentów. Ludność cywilną pod bronią gnano polami i drogami, żeby sprawdzić, czy nie są zaminowane. Dirlewangerowcy odpowiedzialni są za m.in. spalenie wioski Chatyń, słynnego symbolu okupacji (mającego zresztą odwrócić uwagę od Katynia), który przedstawiono w filmie Elena Klimowa ''Idź i patrz''.
Pierwotnie złożona z kłusowników i żołnierzy z różnymi przewinieniami jednostka w wyniku strat została uzupełniona zwykłymi bandytami. Mordercami, gwałcicielami, podpalaczami i złodziejami.
Potworami.
Byli tak niezdyscyplinowani, że dowódcy pododdziałów mogli ich bić, a nawet rozstrzeliwać bez sądu. Stosowano też wiele innych kar, jak zamykanie w skrzyni. Siepacze Dirlewangera nie mogli nosić runów na kołnierzach - bo nawet SS uznała ich za niegodnych tych symboli.
Żołnierz AK, Stanisław Podlewski opisywał jednostkę: ''Cieszy się ona przykrą sławą w brunatnej armii. Rekrutuje się z volksdeutschów z różnych krajów, dezerterów z armii, z wielkomiejskich i portowych szumowin, kawalerów majchra, przestępców-recydywistów, niebezpiecznych kryminalistów, zbrodniarzy, w typie Kuby Rozpruwacza czy upiora z Düsseldorfu, wypuszczonych z więzień, obozów koncentracyjnych i domów poprawczych Wielkiej Rzeszy.''
Ich pierwszym zadaniem po przybyciu do Warszawy 5 sierpnia było odblokowanie wojsk na placu Piłsudskiego. Jednostkę włączono w skład KG ''Reinefarth'' jako Angriffsgruppe ''Dirlewanger'' i dołączono do niej I./111. batalion azerski. Ponosząc ogromne straty (700 ludzi w ciągu trzech dni) dirlewangerowcy przebijają się do Pałacu Saskiego i Pałacu Brühla, gdzie uwalniają komendanta Warszawy, gen. Reinera Stahela. Upojeni alkoholem hitlerowcy idą prosto pod kule Powstańców ze Zgrupowań ''Krybar'' i ''Radosław''. Braki w szeregach uzupełnia się na bieżąco - przybywają setki nowych rekrutów z obozów koncentracyjnych. Ciężkie straty rekompensują sobie rzeziami ludności cywilnej. Na ulicy Wolskiej 43/45 i zakładach Ursusa żołdacy Dirlewangera i inni wymordowali 9 tysięcy ludzi samego 5 sierpnia. Dziewięć tysięcy jednego dnia. Przez cały okres Powstania dirlewangerowcy wymordowali około 30 tysięcy ludzi.
Podrzynali gardła brutalnie gwałconym kobietom, wrzucali granaty do zatłoczonych piwnic, palili domy miotaczami ognia, mężczyzn wieszali, gdzie się dało. W szpitalach dobijali rannych, torturowali lekarzy i gwałcili sanitariuszki - tak było na Długiej i Podwalu. Jeńców rozstrzeliwali na miejscu - tak Powstańców w Śródmieściu, jak i żołnierzy 3. Dywizji Piechoty na Czerniakowie. Ludność cywilną ciągnęli na sznurach w charakterze żywych tarcz przed czołgami. Dzieciom rozbijali głowy o futryny drzwi, albo kolbami karabinów. Walczący z nimi Azerowie kindżałami podrzynali gardła ofiarom i palili je żywcem na stosach, a dziewczęta zagwałcali na śmierć.
Z ludności Woli zostało tylko dwanaście ton popiołu...
Nawet unurzany w polskiej krwi generał SS von dem Bach mówił o nich: ''gromada świń, a nie żołnierze''...
Matthias Schenk, saper szturmowy Wehrmachtu, spisał wstrząsającą relację z działań dirlewangerowskich zbirów. To tylko jeden fragment:
''Za każdym razem, kiedy szturmowaliśmy piwnice, a były w niej kobiety, dirlewangerowcy je gwałcili. Często kilku tą samą, szybko, nie wypuszczając broni z rak. Wtedy, po jakiejś walce wręcz, trząsłem się pod ścianą, nie mogłem się uspokoić; wpadli ludzie Dirlewangera. Jeden wziął kobietę. Była ładna, młoda. Nie krzyczała. Gwałcił ją, przyciskając mocno jej głowę do stołu. W drugiej ręce miał bagnet. Najpierw rozciął jej bluzkę. Potem jedno ciecie, od brzucha po szyje. Krew chlusnęła. Czy wiecie, jak szybko zastyga krew w sierpniu...?''
''Przed nami stał ksiądz. Trzymał opłatek i kielich. Może to był odruch, nie wiem, uklękliśmy, dał opłatek. Wpadł trzeci z naszej grupy, też dostał opłatek. Wlecieli esesmani, jak zwykle strzały, krzyki, jęki. Siostry były w habitach. Kilka godzin później zobaczyłem tego księdza w rękach dirlewangerowców. Pili wino z kielicha, hostia leżała połamana. Obsikiwali krzyż oparty o mur. Dręczyli księdza; miał zakrwawioną twarz, rozerwaną sutannę. Zabraliśmy im tego księdza, to był jakiś odruch.''
Janina Rozińska, która przeżyła masakrę w zajezdni tramwajowej: ''Razem z dziećmi znalazłam się w zajezdni w tłumie około 200 osób, przeważnie kobiet i dzieci oraz kobiet ciężarnych, wpędzanych tu zarówno ze schronu fabryki "Franaszek" [ul. Wolska nr 43], jak i z ulicy Wolskiej. Grupa stłoczyła się na ul. Młynarskiej obok ubikacji zajezdni. Dokoła grupy stało około 40 żołnierzy SS i żołnierzy w mundurach bez odznak SS. W jakimś miejscu blisko stał karabin maszynowy, miejsca jednak nie umiem określić z powodu zbyt silnych wrażeń, jakie wtedy przeżywałam. Z karabinu maszynowego Niemcy otworzyli ogień do naszej stłoczonej grupy. Po pierwszej salwie ze stłoczonego tłumu zaczęli podnosić się ranni, a wówczas Niemcy rzucili w tłum granaty ręczne. Widziałam, jak z kobiety ciężarnej, rannej w brzuch, wypłynęło dziecko i jak Niemiec podszedł, wziął żyjące dziecko, położył na jakimś żelazie i kłuł drutami. Ja znalazłam się pod ścianą ubikacji razem z mymi dziećmi. Synek mój został ciężko ranny, po pierwszej salwie, w tył głowy. Ja zostałam raniona granatem w obie nogi i brzuch. Od granatu została raniona w nogi, brzuch i piersi moja córka. Gdy wszyscy z grupy padli, Niemcy stojąc poza naszą grupą strzelali do rannych, którzy się podnosili lub poruszali. Aż do zmroku podchodzili do leżących Niemcy, celując do poruszających się, równocześnie z żartami i śmiechami, zwłaszcza, gdy ranny został trafiony.''
Goethe, Schiller, Bach, Kant, Beethoven... nie poznaliby swoich potomków. Naród, o którym mówiono, że jest ojczyzną myślicieli, poetów i kompozytorów, który chwalono za myśl techniczną i precyzję, znany na całym świecie ze swoich inżynierów, badaczy i naukowców... stał się synonimem zła absolutnego. Volk der Richter und Henker - naród sędziów i katów.
Maria Diatłowicka: ''Tej zbrodni nie można było pojąć. Nasi krewni, siedząc całą noc na ziemi, w kółko powtarzali: To niemożliwe! Taki kulturalny naród! Przecież Niemcy tak kochają muzykę!''...
Ponieważ nic nie jest czarno-białe, jak głosi motto mojej strony, to i pułk specjalny SS ''Dirlewanger'' taki nie jest. Wśród wielu bandytów i kryminalistów w szeregach pułku znajdowali się także więźniowie polityczni, zwolnieni z kacetów, byli też oficerowie i żołnierze Wehrmachtu skazani przez sądy wojskowe (dezerterzy i ci, którzy nie wykonali rozkazu), byli ci, którzy odmawiali służby wojskowej. Nie, nie wiem, czy byli tam homoseksualiści.  Wg niektórych świadectw, z pułku zrobiono niejako kozła ofiarnego (co nie zmienia faktu, że i dirlewangerowcy popełniali potworne zbrodnie), podczas gdy olbrzymim bestialstwem mieli wykazać się niemieccy policjanci, ściągnięci z Kraju Warty do pacyfikacji Powstania.
Jak było naprawdę - tego się już zapewne nie dowiemy.
Marnym pocieszeniem jest to, że w trakcie walk zbiry Dirlewangera straciły gigantyczną ilość ludzi - mówi się o nawet 315 % strat (3771 ludzi).
Po Powstaniu, pułk rozbudowano do wielkości brygady i skierowano na Słowację. Ale Rzesza konała. Jednostki pacyfikacyjne traciły rację bytu. W walkach z Armią Czerwoną na Węgrzech jednostka została dosłownie rozniesiona, co doprowadziło do okrążenia Budapesztu. W ostatnich tygodniach wojny jednostkę rozbudowano do rozmiaru dywizji (36. Dywizja Grenadierów) i choć walczyła całkiem dobrze, to została doszczętnie zniszczona w kotle pod Halbe w kwietniu 1945 r. Doszło nawet do linczu - żołnierze 73. pułku tej dywizji zamordowali własnego dowódcę, Ewalda Ehlersa, a dywizja poszła w rozsypkę.
Sam Oskar Dirlewanger, ranny po raz dwunasty w trakcie walk i wycofany z frontu, został zatłuczony na śmierć przez polskich żołnierzy z tzw. Zgrupowań Piechoty Polskiej przy Armii Francuskiej w Althausen w czerwcu 1945 roku.
To nie powstańcy byli winni śmierci warszawiaków - tylko bestie przez pomyłkę nazywane ''ludźmi''.
W 2008 roku pojawiła się szansa na osądzenie przynajmniej niektórych bestii Dirlewangera. Austriacki Czerwony Krzyż przekazał IPN listę żyjących 85 weteranów jednostki. Jednak niemiecka prokuratura, tak ochoczo tropiąca zaangażowanych w Holocaust - nawet pośrednio - wiekowych esesmanów, tym razem dochodzenie umorzyła. Niektóre z bestii do dziś żyją w Niemczech i dożywają swych dni w spokoju. Kilka z nich wypowiadało się z dumą o swoim dowódcy i własnych ''dokonaniach''.
Potworów nie ma w bajkach. One istnieją naprawdę. Dzisiaj mają okryte siwizną skronie, nieco koślawy, reumatyczny chód i dobrotliwy uśmiech miłych staruszków...

Brak komentarzy: