Okrętowa hierarchia.
Tomasz SzafirskidoMARYNARZE ŚWIATA , RYBACY , ŻEGLARZE - Fishermen and seamen worldwide
Kto był kim na żaglowcu ?
Kapitan – pierwszy po Bogu
Cokolwiek mówić i pisać, na jednostce pływającej pozycja kapitana była niepodważalna. Aby nim zostać, należało legitymować się nie tylko określonymi umiejętnościami nabytymi podczas służby, ale także odpowiednim stosunkiem do powierzonego ładunku i co być może najważniejsze, zaufaniem armatora – właściciela statku.
Ci ostatni dobierali bardzo często takich kapitanów, dla których dobro ładunku i prędkość żeglugi (nawet kosztem komfortu i bezpieczeństwa załogi) były bezwzględnym priorytetem. Aby zostać kapitanem okrętu wojennego, mężczyzna musiał być gentlemanem, czyli człowiekiem dobrze urodzonym. Zdarzało się jednak, że do kapitańskiego stołka dochodzono w wyniku ciężkiej pracy i osobistych zdolności. Przykładem jest kapitan William Blight, dowódca słynnego HMS „Bounty”, który służbę na morzu rozpoczął jako zwykły marynarz statku handlowego.
W ciągu kilku lat został oficerem nawigacyjnym, a dzięki swoim zdolnościom rysowania map został dostrzeżony przez Jamesa Cooka i w jego trzeciej wyprawie dookoła świata wziął już udział jako oficer nawigacyjny jednostki „Resolution”. Rekomendacji Cooka sprawiła, że w krótkim czasie Blight zdobył patem porucznika marynarki. Jego zdolności nawigacyjne okazał) się nie tylko papierowe – potwierdził je w czasie wymuszonego rejsu związanego z buntem załogi. Kapitan musiał mieć wysokie umiejętności nawigacyjne i znać obsługę instrumentów nawigacyjnych.
Nie mogła być mu obca wiedza o drogach morskich, a także, jak doda. je Eugeniusz Kaczorowski, umiejętność „rachunkowości gdyż do niego należy obowiązek rozliczenia się z każde podróży, także pod względem finansowym”. Kapitan, mając niemal absolutną władzę, mógł udzielać chrztu dzieciom urodzonym na statku, dawać ślub, a także przewodniczyć pogrzebom. Nagradzał i karał marynarzy, był po prostu pierwszym po Bogu.
Pierwszy oficer czyli jak bardzo pragnę zostać kapitanem
Pierwszy oficer na każdym żaglowcu starał się być główną podporą kapitana, zarządzającym i administrującym wszystkim, co działo się na statku lub okręcie, w związku z czym miał wiele obowiązków. Zajmował się każdym aspektem morskiego rzemiosła, poczynając od pilnowania nawigacji po naprawę żagli.
Dozorował rozmieszczenie ładunku w ładowni (sztauowanie), pamiętając o zachowaniu niezbędnej stateczności statku. Spadała na niego także troska o takielunek i konserwację jednostki. Wraz z marynarzami z wachty, którą dowodził, odpowiadał za manewry w dziobowej części żaglowca. Był także zobowiązany do prowadzenia dziennika okrętowego. Funkcje pierwszych oficerów pełnili żeglarze o długim stażu i w starszym już wieku, którzy czekali, aż ktoś ich zauważy i awansuje na stanowisko kapitana.
Drugi oficer, czyli pies pokładowy
Zwykli marynarze nazywali drugiego oficera psem pokładowym, ponieważ dzielił z nimi proste, brudne i psie życie. Według Eugeniusza Kaczorowskiego ranga oficerska drugiego rzadko była respektowana, a poza tym prawie nie korzystał on z przywilejów przysługujących stopniowi oficerskiemu. Marynarska brać mówiła o nich także: służący marynarzy, gdyż musiał dostarczać im szwarby, czyli miotły, oraz inne przyrządy do czyszczenia pokładu.
Drugi oficer wykonywał prace pokładowe na równi z żeglarzami i być może stąd brał się brak autorytetu wśród załogi. Niby ofi-cer, ale nie dopuszczany do kapitańskiego stołu, siadający przy nim dopiero wtedy, kiedy kapitan i pierwszy oficer od-chodzili od posiłków. Nadzorował między innymi „wyluzowane reje stermasztu i brasy rej na foku i grocie” (cyt. za E. Kaczorowskim). Pod jego opieką znajdował się też sprzęt do nawigacji i mapy. Nie miał lekkiego życia, stojąc niejako w rozkroku pomiędzy światem zwykłych marynarzy i oficerów gentlemanów.
Trzeci oficer, czyli porucznik od kurzych jajek.
Trzeci oficer wbrew pozorom miał bardzo istotne obowiązki. Kontrolował kuchnię, nadzorował prawidłowość wydawanych porcji żywnościowych i trzymał klucz od pen-try, czyli komory prowiantowej — musiał zatem cieszyć się estymą załogi. Nosił przydomek porucznik od kurzych jaj, gdyż jednym z jego zadań była opieka nad żywym inwentarzem, który płynął na statku. Doglądał więc świnie, krowy, drób i inne boże stworzenia, pomagające urozmaicać marynarską, a właściwie kapitańską dietę. Opiekował się także manewrami na śródokręciu.
Bosman, czyli najstarszy podoficer albo drugi po Bogu.
Już sama nazwa tej funkcji budziła grozę wśród załogi. Nikt nie znał tylu przekleństw i złorzeczeń, co on, nikt też nie potrafił tak skutecznie wymóc na opornym załogancie, aby wypełniał należycie swoje zadania. Bosman był prawą ręką pierwszego oficera. Eugeniusz Kaczorowski nazywa go „łącznikiem pomiędzy dowództwem statku a marynarzami”.
Dbał o to, aby na jednostce panował porządek i dyscyplina oraz żeby każdy z marynarzy zawsze miał coś do roboty. Szanowany lub znienawidzony przez załogę albo też szanowany i znienawidzony jednocześnie był reprezentantem interesów kapitana, który zawsze mógł na nim polegać. Bosman, mimo że nie pełnił wacht, czuwał nad wszystkim, co działo się na statku przez całą dobę. Załoga bała się go bardziej niż kapitana, gdyż bezwzględnie wyszukiwał przewinienia i egzekwował kary..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz