Generał Anton Denikin o bestialstwie bolszewików w swojej książce „Biała Armia” pisał:
„Wkrótce wyszło na jaw, że bolszewicy zabili wszystkich ochotników wziętych do niewoli, uprzednio poddając ich nieludzkim torturom. Nigdy nie zapomnę okropnego szoku, jaki przeżyłem, gdy przywieziono z Batajska ciała pierwszych ośmiu zamęczonych ochotników - pociętych pałaszami, poprzebijanych bagnetami, zdeformowanych do tego stopnia, że ich zrozpaczeni bliscy z trudem byli w stanie rozpoznać w nich znajome rysy… A kiedy kapłan, rozglądając się z niepokojem w migotliwym świetle woskowych świec, wypowiadał „wieczną pamięć poległych”, jakże serce bolało nad nimi wszystkimi i jak niemożliwym było zdobycie się na przebaczenie ich oprawcom”.
„Dobrze pamiętam też moją pierwszą wizytę na froncie taganroskim. Na peronie stacji, którą niedawno zajęliśmy, leżały zwłoki okryte słomianą matą. Było to ciało zawiadowcy zabitego przez bolszewików, którzy dowiedzieli się, że jego synowie służą w Armii Ochotniczej. Rozpruli ojcu brzuch i pogrzebali go żywcem. Zniekształcone kończyny i poranione palce tego nieszczęśnika świadczyły o desperackiej próbie wydostania się z grobu. Jego synowie, obaj w stopniach oficerskich, przybyli, aby wydobyć ciało ojca i przetransportować do Rostowa. Wagon wiozący trumnę dołączony był do pociągu, którym jechałem z powrotem. Gdy stanęliśmy na ustronnej stacji, jeden z synów, spostrzegłszy wagon z bolszewickimi jeńcami, wpadł w szał, rzucił się do niego i, zanim wartownicy spostrzegli, co robi, zdążył wystrzelać wszystkich bolszewików…”
Działania mobilizacyjne dowódców Armii Ochotniczej, mimo gorączkowych apeli wzywających do ratowania ojczyzny, rysowały się w dramatycznych barwach. W owym czasie „biali” mieli w swoich szeregach zaledwie 4500 żołnierzy, choć oficjalnie do armii zapisało się 6000 ochotników.
Tymczasem w samym Rostowie stacjonowało wówczas 16 000 oficerów. Jednak, podobnie jak w przypadku Kozaków atamana Kaledina, większość z nich, pogrążona w apatii, wolała spokojnie korzystać z wojskowych apanaży i zasiłków, zamiast uganiać się po zamarzniętych stepach za domniemanym „wewnętrznym wrogiem”.
W styczniu 1918 roku bolszewicy rozpoczęli przerzucanie dużych sił nad Don, przechodząc tym samym do zdecydowanego ataku. W efekcie zadali „białym” oraz kozackim oddziałom szereg dotkliwych porażek. Pułki ochotnicze topniały z każdym dniem – dziesiątkowane przez wroga, choroby, odmrożenia oraz dezercje ze strony słabszych ogniw.
Działania podjęte przez atamana Kaledina, mające na celu zmobilizowanie Kozaków dońskich do walki z bolszewikami, zakończyły się niepowodzeniem. W obliczu katastrofalnej sytuacji militarnej, 11 lutego 1918 roku Kaledin popełnił samobójstwo, oddając strzał z rewolweru prosto w serce.
Następnego dnia Nowoczerkask został zajęty przez wojska bolszewickie. Był to kolejny cios dla „białych”, którzy stracili głównego sojusznika i znaleźli się w okrążeniu wobec przeważających sił przeciwnika.
Dowództwo Armii Ochotniczej zwołało naradę, na której rozważano propozycje dalszych planów: od obrony Rostowa za wszelką cenę, przez wycofanie się na południowe stepy w Obwodzie Dońskim, aż po marsz za Wołgę w celu połączenia się z siłami na Uralu.
Ostatecznie jednak generał Korniłow podjął decyzję o marszu na stolicę Kubania – Jekaterynodar. Głównym powodem tej decyzji były rzekome wieści, że Kozacy kubańscy nadal stawiają opór bolszewikom i zadali szereg ciężkich porażek oddziałom Czerwonej Gwardii.
Zakładano, że obszar ten stanie się bazą operacyjną dla dalszych działań wojennych przeciwko bolszewikom.
22 lutego 1918 roku, o godzinie 23:00, Armia Ochotnicza rozpoczęła legendarny Pierwszy Marsz Kubański, który z czasem przeszedł do historii jako Marsz Lodowy.
Noc była cicha i mroźna, tylko gdzieniegdzie rozbrzmiewały pojedyncze strzały. Blady księżyc, przebijający się przez chmury, rzucał swe trupie światło na bezkresny step, niczym latarnia w mroku wskazująca białogwardzistom drogę ich pochodu.
Generał Denikin w swej książce „Biała Armia” tak oto wspominał te chwile:
„Posępni i znękani członkowie sztabu, uzbrojeni w karabiny, trzymali szyki i, uprzedzani przez Korniłowa, maszerowali opustoszałymi, spowitymi martwą ciszą ulicami ku przedmieściom, aby tam połączyć się z wojskami. Światła migotały w oknach, gdy opuszczaliśmy niegościnne miasto. Słychać było sporadyczne strzały. Brnęliśmy przed siebie w milczeniu, każdy pogrążony w swych ponurych myślach. Dokąd zmierzamy, jaka przyszłość jest nam pisana? Słowa wysłane tego dnia przez jednego z naszych przywódców do bliskiej mu osoby – słowa, które zachowaliśmy w swoich sercach – zdawały się odpowiadać na dręczącą nas rozterkę:
»…Pogrążamy się w stepie. Jedynie miłosierdzie Boże jest w stanie umożliwić nam powrót. Lecz pochodnia musi płonąć, aby choć drobinki światła rozbłyskiwały wśród ciemności, które ogarnęły Rosję«”.
Wieczorem 23 lutego 1918 roku Armia Ochotnicza zatrzymała się w stanicy Olgińskiej, gdzie przeprowadzono przegląd wojsk i oszacowano stan szeregów – siły liczyły około 3,5 tysiąca żołnierzy.
Po zajęciu Rostowa przez bolszewików przebywający w mieście oficerowie szybko przekonali się, że deklarowana neutralność nie chroni przed represjami. Pierwszym posunięciem czerwonych po wkroczeniu do Rostowa było rozstrzelanie przypadkowych oficerów na osobisty rozkaz Rudolfa Siwersa – miał to być wyraźny sygnał dla pozostałych, kto sprawuje władzę i czym grozi opór.
Tragiczny los spotkał białogwardzistów, którzy zrezygnowali z marszu na Kubań i poddali się bolszewikom, licząc na ich łaskę i „wspaniałomyślność”. Mimo osobistych zapewnień o amnestii, czerwoni zaprowadzili 50 wziętych do niewoli junkrów do jednej z działających w Taganrogu hut metalu, gdzie dla rozrywki wrzucili ich – żywych i związanych – do pieca hutniczego.
Białogwardziści wyruszyli w lodowe stepy, gdzie musieli zmagać się nie tylko z ekstremalnie mroźnym klimatem, ale także toczyć nieustanne, krwawe starcia z przeważającymi siłami bolszewickimi. Na całej linii marszu czerwonoarmiści usiłowali otoczyć wycofującą się Armię Ochotniczą.
Ochotnicy podczas tej wyczerpującej wędrówki borykali się nie tylko z surowymi warunkami atmosferycznymi, lecz także z dotkliwym brakiem podstawowego zaopatrzenia, niezbędnego do tak długiej wędrówki w ekstremalnie niskich temperaturach. Cierpieli na niedostatek wszystkiego – od zimowych mundurów, przez zapasy amunicji i żywność, po narzędzia chirurgiczne, leki i bandaże, aż po konie potrzebne do ciągnięcia wozów
Wyposażenie było skrajnie ograniczone: na jeden karabin przypadało zaledwie 200 nabojów, a ochotnicza artyleria, dysponująca tylko ośmioma działami, miała do dyspozycji jedynie 600 pocisków. Z powodu tak skromnych zasobów artyleria „białych” prowadziła ostrzał wyłącznie strategicznych celów, wystrzeliwując zaledwie kilka pocisków naraz, by w razie potrzeby wspierać piechotę.
Niestety, w trakcie marszu Armii Ochotniczej ku Jekaterynodarowi miasto to, opuszczone przez Kozaków kubańskich, zostało następnie zajęte przez czerwonoarmistów.
Biali, nie zdając sobie sprawy z tego faktu, nadal kontynuowali swój trudny marsz, wierząc, że ich „ziemia obiecana” jest w zasięgu ręki.
Gdy informacje się potwierdziły, był to dotkliwy cios dla armii, która przez tygodnie niemal codziennie toczyła zacięte walki w okrążeniu z przeważającymi siłami bolszewickimi, ponosząc ciężkie straty i znosząc ogromne cierpienia.
Samo słowo „Jekaterynodar” było dla zmęczonych żołnierzy symbolem nadziei i celem, który dodawał im sił, a jego utrata podkopała ich morale.
Generał Korniłow, biorąc pod uwagę zmęczenie długotrwałym marszem swoich wojsk, postanowił przeprawić się przez rzekę Kubań i zatrzymać w górskich stanicach oraz czerkieskich wioskach, zorganizować się i czekać na sprzyjające okoliczności.
W międzyczasie Armia Ochotnicza połączyła się z oddziałami Kozaków kubańskich atamana Filimonowa i generała Pokrowskiego. Tym samym siły „białych” wzrosły do 6000 bagnetów i szabel.
9 kwietnia 1918 roku generał Korniłow, wraz z połączonymi oddziałami Kozaków kubańskich, wydał rozkaz rozpoczęcia szturmu na miasto. Dowództwo Armii Ochotniczej zdawało sobie sprawę z przewagi bolszewików, lecz błędnie oceniło siły przeciwnika, które w rzeczywistości znacznie przekraczały wcześniejsze założenia.
Według szacunków bolszewicy mieli do obrony Jekaterynodaru od 25 000 do 40 000 bagnetów i szabel, a niektóre źródła wspominają nawet o 60 000. Ponadto Czerwoni dysponowali trzema pociągami pancernymi, 25 działami oraz trzema samochodami opancerzonymi.
Warto w tym miejscu wspomnieć o niezwykłym męstwie, jakim wykazali się żołnierze elitarnego 1. Korniłowskiego Pułku Uderzeniowego oraz ich dowódca, pułkownik Mitrofan Nieżencew.
Pułkownik Nieżencew, za cenę własnego życia, poderwał wykrwawione tyraliery Korniłowców do ataku. Pod huraganowym ogniem bolszewickich karabinów maszynowych zdołali oni dotrzeć aż na przedmieścia Jekaterynodaru. Niestety, podczas natarcia, które osobiście prowadził, Nieżencew padł na polu bitwy.
Widok upadającego ciała nieustraszonego dowódcy wywołał panikę nawet wśród doświadczonych żołnierzy i oficerów, którzy mieli za sobą niejedną wojnę. W rezultacie atak załamał się. Generał Denikin tak opisał śmierć pułkownika Nieżencewa:
„Kiedy wieść o tym dotarła do lewej flanki, Nieżencew wydał komendę do ataku. Ze szczytu kopca widział, jak linia wojsk wznosi się i znów opada; czuł, że granica ludzkiej wytrzymałości została przekroczona i nadszedł czas, by wykorzystać »ostatnią rezerwę«… Zbiegł w dół, wkroczył do wąwozu i zmobilizował szeregi.
»Korniłowcy, naprzód!«
Wtem głos utknął mu w gardle! Kula trafiła go w głowę. Padł! Podniósł się, zrobił kilka chwiejnych kroków i znów upadł, dobity drugą kulą.
Oszołomieni śmiercią swego dowódcy, a postradawszy już wcześniej wielu oficerów, rannych bądź martwych, korniłowcy, partyzanci i kubańscy Kozacy wycofali się w kierunku wąwozu i okopów”.
12 kwietnia 1918 roku zwołano naradę wojskową, na której rozważano dalsze poczynania. Jednak większość, biorąc pod uwagę wielokrotnie większą przewagę liczebną przeciwnika, niedostatek zaopatrzenia i amunicji, a także – co najważniejsze – poważne straty i wyczerpanie żołnierzy, była zdania, że należy jak najszybciej zaprzestać oblężenia Jekaterynodaru.
Mimo to generał Korniłow stanowczo obstawał przy swoim, twierdząc, że miasto musi zostać zdobyte za wszelką cenę. W rezultacie zdecydowano, by dać żołnierzom dzień odpoczynku, a 14 kwietnia przypuścić ostateczny szturm, który miał rozstrzygnąć losy wykrwawionej Armii Ochotniczej. Po naradzie generał Denikin zwrócił się do Korniłowa, mówiąc:
„Ławrze Gieorgijewiczu, dlaczego jesteś tak nieugięty w tej kwestii?”
Korniłow natomiast odpowiedział:
„Nie ma innego wyjścia, Antonie Iwanowiczu. Jeżeli nie zdobędziemy Jekaterynodaru, nie pozostanie mi nic innego, tylko odstrzelić sobie łeb”.
Wieczorem tego samego dnia, w rozmowie z generałem Kazanowiczem, dodał:
„Oczywiście wszyscy możemy zginąć. Ale moim zdaniem śmierć z honorem jest najlepsza. Odwrót w tym momencie również oznaczałby katastrofę: bez amunicji czekałaby nas po prostu przedłużona agonia…”
Rankiem 13 kwietnia pojedynczy pocisk, wystrzelony przez baterię czerwonogwardzistów w stronę gospodarstwa, przebił ścianę pokoju generała Korniłowa i eksplodował wewnątrz, gdy ten siedział przy biurku, śmiertelnie go raniąc.
Następnie przeniesiono go na taras znajdujący się na stromym brzegu Kubania. Korniłow zmarł kilka minut później, nie odzyskawszy przytomności. Generał Denikin, pochylając się nad nim i tuląc jego lodowatą dłoń, z trudem powstrzymywał szloch.
Wśród rosyjskich historyków panuje powszechne przekonanie, że śmierć generała Korniłowa uchroniła Armię Ochotniczą przed całkowitym unicestwieniem. Tego samego dnia, w którym zginął Korniłow, generał Denikin stanął na wysokości zadania, przejmując dowództwo nad zdziesiątkowanymi i wykrwawionymi oddziałami armii.
W najtrudniejszych warunkach, wobec chaosu i zagrożenia ze strony wroga, zdołał utrzymać jedność sił, dając im szansę na przetrwanie i dalszą walkę.
W wyniku przeprowadzonego, nieudanego szturmu na stolicę Kubania straty ochotników wyniosły około 400 zabitych i 1500 rannych.
Denikin natychmiast wydał rozkaz przerwania natarcia na miasto, a wieczorem tego samego dnia zdecydował o odwrocie, uznając, że morale żołnierzy po śmierci Korniłowa całkowicie upadło.
Aby zabezpieczyć odwrót armii, do walki rzucono oddziały kawalerii generała Erdeliego, które również poniosły ogromne straty, ale wykonały swoje zadanie i zatrzymały ścigające ich oddziały czerwonych.
Śmierć generała Korniłowa przygnębiła moralnie wyczerpanych i wykrwawionych żołnierzy. Nawet w kręgu wyższych oficerów nie było lepiej, gdyż brano pod uwagę konieczność zaprzestania dalszej walki i rozproszenia armii.
Ochotnicy kontynuowali odwrót, tocząc bezustanne boje z nacierającymi oddziałami bolszewików. Ostatecznie „biali” dotarli na południowe rubieże Donu, gdzie 13 maja 1918 roku zakończyła się ich trzymiesięczna tułaczka.
W ciągu 80 dni, z których 44 wypełniły walki, przemierzyli 1200 kilometrów w ekstremalnych warunkach pogodowych, tocząc liczne starcia z przeważającymi oddziałami bolszewickimi.
Ochotnicy rozlokowali się w stanicy, a rannych odesłano do szpitali w Rostowie nad Donem i Nowoczerkasku. Część żołnierzy wróciła do domów, lecz wielu ponownie zasiliło białogwardyjskie szeregi, by znów chwycić za broń i walczyć o wyzwolenie Rosji spod bolszewickiego jarzma.
Jak pisał generał Denikin: „Pochodnia w ciemności wciąż ich wzywała.”
To właśnie podczas tej kampanii narodziła się legenda Białej Armii, stanowiąca fundamentalny element tożsamości większości przyszłych białogwardzistów. Ten marsz stał się swoistym symbolem, pokazującym, że można walczyć i zwyciężać nawet w najtrudniejszych warunkach.
Pamięć pierwszych przywódców „białego” ruchu była otoczona swoistym kultem. W późniejszych etapach wojny domowej ich imionami nadawano samochodom pancernym, czołgom, a także pułkom piechoty.
Kult tych liderów był szczególnie wyrazisty w elitarnych tzw. „kolorowych pułkach” Sił Zbrojnych Południa Rosji, gdzie jednostki nazwane ich imionami (korniłowcy, markowcy oraz aleksiejewcy) oddawały hołd swoim poległym dowódcom — generałom Korniłowowi, Markowowi oraz Aleksiejewowi.
Pamięć o nich była starannie pielęgnowana, a ich legendy rozbrzmiewały w pieśniach wojskowych, które opiewały ich heroiczne czyny. W pieśni markowskiego pułku można usłyszeć o brawurowych wyczynach generała Markowa pod Nowodimitriewką i na stacji Miedwiedowsk.
Na pamiątkę Pierwszego Marszu Lodowego została ustanowiona przez generała Denikina odznaka dla jego uczestników. Przedstawia ona srebrną koronę cierniową – symbol męczeństwa, przeciętą od dołu do góry srebrnym mieczem ze złoconą rękojeścią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz