ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

środa, 7 lutego 2024

Niemieccy zbrodniarze.

 Andrzej Gendera

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Niemieccy zbrodniarze.
"3 września w przejściowym obozie jenieckim we wsi Topólno, na zachodnim brzegu Wisły między Świeciem a Fordonem, Niemcy zamordowali 80 jeńców. Był to odwet za ciężkie straty, jakie im zadała przebijająca się tamtędy ku Wiśle Pomorska Brygada Kawalerii, dowodzona przez płk. Adama Zakrzewskiego.
W tym samym czasie na przeciwległym odcinku frontu, w Ćwiklicach pod Pszczyną, wymordowano ponad 200 wziętych do niewoli żołnierzy polskich. Rannych rozjeżdżano czołgami.
O świcie 8 września pod Ciepielowem koło Zwolenia oddziałom niemieckiego zmotoryzowanego 15. pp, idącym w szpicy nacierającej z Lipska na Zwoleń 29. dywizji zmotoryzowanej, zagrodził drogę I. batalion 74. pp z Lublińca, dowodzony przez mjr. Józefa Pelca. Doszło do walki. Straty poniosły obie strony (Niemcy mieli 14 zabitych, w tym dowódcę kompanii w stopniu kapitana), a szalę przeważyło uderzenie czołgów niemieckich.
Po Wyczerpaniu amunicji opór polski ustał. Niemcy wzięli 450 jeńców, zabrali im mundury, znaczki rozpoznawcze, dokumenty i 250 spośród nich rozstrzelali na miejscu. Pozostałych pognali pod konwojem szosą i puścili za nimi samochód pancerny, który prażył jeniecką kolumnę ogniem karabinów maszynowych. Wielu jeńców - wśród nich kilku oficerów - zginęło. Łącznie zamordowano ponad 300 jeńców. Mjr Pelc padł na początku starcia, jego zaś zastępca, kpt. Cyruliński, w obliczu tragedii, jaka spotkała powierzonych mu żołnierzy, popełnił samobójstwo.
10 września w Piasecznie pod Warszawą, na dziedzińcu kościoła parafialnego, Wehrmacht zamordował 21 jeńców z 26. pal, przedzierającego się ku oblężonej stolicy.
W nocy z 13 na 14 września do krwawej, sprowokowanej przez Niemców masakry doszło w Zambrowie, gdzie pod gołym niebem, na placu ćwiczeń tamtejszych koszar, Niemcy trzymali około 4000 jeńców z 18. DP. Plac był otoczony kordonem straży, oświetlony licznymi reflektorami. Sąsiadował z nim drugi, na którym znajdowały się konie z rozbitych taborów.
W nocy konie, celowo spłoszone przez Niemców, wpadły na leżących pokotem naszych żołnierzy, którym uprzednio zapowiedziano, że każdy, kto po zapadnięciu zmierzchu wstanie - zostanie zastrzelony. Gdy jeńcy, ratując się przed stratowaniem, poderwali się ze swych legowisk, niemieckie karabiny maszynowe, ustawione na otaczających obóz samochodach, otworzyły ogień. Zginęło około 200 jeńców, a około 100 zostało rannych.
18 września w Śladowie (powiat Sochaczew) Niemcy ustawili na wysokim brzegu Wisły około 300 ludzi (około 150 jeńców wojennych, w tym wielu rannych, uchodźców i mieszkańców okolicznych wsi, wśród których byli starcy i dzieci) i wystrzelali wszystkich ogniem karabinów maszynowych. Zabici i ranni utonęli w rzece. Nikt nie ocalał.
We wsi Urycze koło Drohobycza zatrzymano na postój grupę około 100 jeńców z rozbitego nad Sanem 4. psp z Cieszyna i spalono ich żywcem w zamkniętej i oblanej naftą stodole, do wnętrza której żołnierze Wehrmachtu wrzucili kilkanaście granatów ręcznych.
Okrutny odwet na obrońcach twierdzy Modlin wzięli żołdacy z Dywizji Pancernej „Kempf”.
Natychmiast po złożeniu broni przez Polaków zaczęli ich bestialsko mordować. Uśmiercano ich w bunkrach, na polach i w okopach, a rannych dobijano. Grupę jeńców ujętych w rejonie cmentarza żydowskiego w Zakroczymiu oblano benzyną i spalono. Masakra ta trwała kilka godzin. Zginęło w niej około 600 żołnierzy polskich. Zwłoki ich przez dłuższy czas leżały na polach, dopiero później zebrała je miejscowa ludność i pochowała w zbiorowych mogiłach na zakroczymskim cmentarzu.
Nieco wcześniej, 21 września, ze zgromadzonej w obozie zbiorczym w Żyrardowie wielotysięcznej rzeszy jeńców - pochodzących z jednostek walczących nad Bzurą - Niemcy zabrali 179 żołnierzy bydgoskiego batalionu Obrony Narodowej, twierdząc, że pochodzący z Bydgoszczy będą zwolnieni w pierwszej kolejności. Przewieziono ich do Sochaczewa i tam zainscenizowano „sąd polowy”, przed którym postawiono 50 jeńców (wszystkich oficerów, pozostałych dobrano według widzimisię wybierających). Rozprawy żadnej nie było, odczytano tylko nonsensowny „wyrok” głoszący, że chociaż podczas bydgoskiej „Blutsonntag” batalion ON znajdował się poza Bydgoszczą, to jednak jest on współwinny przelewu niemieckiej krwi, do której wówczas doszło, i za to 50 jego żołnierzy zostanie ukaranych śmiercią. Usiłującemu protestować dowódcy baonu, kpt. Kłoskowskiemu, Niemcy nie dali dojść do głosu. Zginął jako pierwszy, a po nim 49 jego żołnierzy.
Tak oto poczynał sobie żołnierz niemiecki natychmiast po wkroczeniu na nasze ziemie. I tak postępował przez cały okres swego pobytu w Polsce, a nawet wtedy, gdy nieodwracalność klęski była już dla niego oczywista.
Na początku lutego 1945 r. w Podgajach na Wale Pomorskim Niemcy związali drutem kolczastym i zamknęli w stodole, którą następnie podpalili, 35 wziętych do niewoli żołnierzy 4. kompanii 3. pp I. DP; 32 spłonęło żywcem, ich dowódca, ppor. Alfred Sofka, zginął podczas próby ucieczki, a 2 ocalało. Przypomnimy: w ostatnich dniach wojny, bo 26 kwietnia 1945 r., w trakcie wykonywanej przez II Armię Wojska Polskiego operacji praskiej, w ręce Niemców wpadła w m. Horka kolumna sanitarna 9. DP wioząca około 200 ciężko rannych żołnierzy.
W kilka dni później, po zajęciu Horki przez nasze wojsko, znaleziono tam trzy zbiorowe mogiły, a w nich ich zwłoki.
Pod osłoną zwycięskiego Wehrmachtu mordowali też inni. Jak szczury z nor powyłaziły na światło dzienne różne indywidua ze swastykami na ramionach, uzbrojone w karabiny i noże, silne potęgą wkraczających do Polski wojsk niemieckich. Przystępowały one teraz do krwawej rozprawy z tymi, których chleb przez tyle lat jadły. Nastał czas gwałtów, samosądów i morderstw. Jakaś zadawniona sąsiedzka scysja, zazdrość o lepsze gospodarstwo czy ładniejsze zabudowania, pamięć o porywczym słowie wypowiedzianym przez sąsiada lub o biało-czerwonej fladze wywieszonej przez niego w dniu narodowego święta - oto powody, dla których mordowano, licytując się w bestialstwie i okrucieństwie.
Często było to okrucieństwo tak wielkie, że oburzało nawet niektórych Niemców.
Prof. Czesław Madajczyk pisze o meldunkach, jakie w tej sprawie skierowali za pośrednictwem Oberkommando der Wehrmacht do samego Hitlera trzej niemieccy wojskowi: lekarz i dwóch starszych szeregowców. W meldunkach tych była mowa o mordowaniu Polaków w Świeciu na początku października 1939 r. przez oddział SS.
„Widzieliśmy, jak grupa złożona z kobiety i trojga dzieci w wieku od około 3 do 8 lat - tak relacjonuje starszy szeregowiec P. Kluge to, co wraz z grupą swych kolegów zobaczył 7 października 1939 r. na cmentarzu żydowskim - wyszła z autobusu i została zaprowadzona do wykopanego grobu długości 170 i szerokości 8 metrów. Kobieta musiała wejść do grobu z najmłodszym dzieckiem na ręku.
Dwoje pozostałych dzieci podali jej członkowie oddziału egzekucyjnego. Kobieta musiała się położyć na brzuchu, tzn. twarzą do ziemi, jej zaś troje dzieci uczynić to samo po jej lewej stronie. Wtedy do grobu weszło 4 mężczyzn, zmierzyli się do strzału trzymając lufy 30 cm od karku i tak rozstrzelali kobietę i jej dzieci.”
W ten sam sposób zamordowano w tym dniu i miejscu 10 dzieci, 28 kobiet, 25 mężczyzn.
O dalszych losach zarówno owych meldunków, jak i ich autorów prof. Madajczyk nie wspomina.
A jak dobrą mieli pamięć! W październiku 1939 r. w Lasach Trąbczyńskich koło Zagórowa, między Pyzdrami a Koninem, zamordowano 11 Polaków za to, że w listopadzie 1918 r. (!), gdy Niemcy opuszczali te obszary, jako członkowie POW opanowali płynącą Wartą barkę wojskową załadowaną żywnością. Niemieccy osadnicy zapamiętali wówczas nazwiska uczestników tej akcji. Długo czekali na nadejście dnia odwetu.
Niektórzy stanowili własne prawa i sami wymierzali Polakom „sprawiedliwość”: przywódca SA w Nowym Bytomiu Karl Rolle urządził w piwnicy pod apteką tymczasowy prywatny areszt, w którym wspólnie z podporządkowanymi mu oprawcami z Freikorpsu więził i mordował polskich patriotów.
Inni oddawali ich w ręce władz ustanawianych przez najeźdźców. Spotkało to m. in. grupę mieszkańców wielkopolskich Łagiewnik. 2 września por. Włodzimierz Gedymin z 3. dyonu myśliwców zestrzelił nad Łagiewnikami Heinkla-111, odnosząc drugie już w tym dniu zwycięstwo w walce powietrznej. Z czteroosobowej załogi jeden lotnik zginął na skutek nie otwarcia się spadochronu, drugi - ciężko ranny - zmarł po wylądowaniu, a dwóch - ocalałych i zdrowych - miejscowa ludność zatrzymała i odstawiła do Poznania.
Po wkroczeniu Wehrmachtu Niemcy z Łagiewnik złożyli odpowiedni donos, w następstwie czego aresztowano 22 osoby, przewieziono je do Poznania i postawiono tam przed sądem.
Do Łagiewnik nie wróciła żadna.
8 osób (w tym 3 kobiety) w marcu 1940 r. zgilotynowano w więzieniu Berlin-Ploetzensee. Pozostałe zginęły w obozach.
Wszystkie gwałty i zbrodnie dokonywane przez osiadłych w Polsce Niemców często z pobudek osobistych, inspirowane mściwością i nienawiścią, stanowiły jednak tylko uzupełnienie gigantycznego planu eksterminacji naszego narodu, opracowanego na zimno, z premedytacją, w okresie znacznie poprzedzającym najazd Wehrmachtu, a realizowanego z żelazną konsekwencją, systematycznie, punkt po punkcie już od pierwszych godzin wojny.
Do każdej z pięciu armii niemieckich, przeznaczonych do uderzenia na Polskę, przydzielona była specjalna grupa operacyjna policji bezpieczeństwa. W skład tych formacji, zwanych „Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei”, wchodzili funkcjonariusze policji bezpieczeństwa, służby bezpieczeństwa, policji kryminalnej i personel techniczno-administracyjny. Na ich czele stali wyżsi funkcjonariusze gestapo, SD i kripo. Wszystkie razem liczyły około 3000 osób, a dzieliły się na Einsatzkommando i jednostki mniejsze działające przy korpusach armijnych, dywizjach itp. Podlegały one bezpośrednio dowódcom armii, a ogólny instruktaż otrzymywały z RSHA (Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy).
Zadanie ich, formalnie określone jako „zwalczanie na zapleczu walczących wojsk wszelkich elementów wrogich wobec Rzeszy i wobec niemczyzny”, w rzeczywistości polegało na fizycznej likwidacji najbardziej uświadomionych narodowo grup ludności polskiej.
„Einsatzgruppen” posuwały się bezpośrednio za wojskiem, wychwytując i likwidując - przy pomocy formacji policyjnych i Selbstschutzu - przede wszystkim przedstawicieli inteligencji i działaczy patriotycznych. „Einsatzgruppen” ściśle realizowały w ten sposób dyrektywę Hitlera, który wyraźnie powiedział, że chodzi mu o to, aby poprzez obejmującą tysiące osób likwidację „szerokich polskich kół kierowniczych i aktywu patriotycznego” oczyścić politycznie grunt pod przyszłą okupację.
W tym „oczyszczaniu gruntu” zakodowanym kryptonimem „Unternehmen Tannenberg” siepaczom z „Einsatzgruppen” wielce pomocne były sporządzone przed wybuchem wojny listy proskrypcyjne Polaków uznanych przez hitlerowców za szczególnie niebezpiecznych dla III Rzeszy.
Po rozwiązaniu grup operacyjnych, co formalnie nastąpiło 20 listopada 1939 r., ich członkowie w ogromnej większości zostali przydzieleni do placówek policji i służby bezpieczeństwa na podbitych przez Niemców ziemiach polskich. I dalej robili to samo.
Wiosną 1940 r. rozpoczęła się tzw. Akcja AB (Ausserordentliche Befriedungsaktion - nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna), która ogarnęła całe Generalne Gubernatorstwo.
Tysiące osób z warstw uważanych przez Niemców za kierownicze osadzono w więzieniach, a 16 maja 1940 r. generalny gubernator, Hans Frank, podjął ostateczną decyzję likwidowania tych ludzi. W dwa tygodnie później, na zebraniu - jak to określił - „miarodajnych przedstawicieli policji stacjonującej w Generalnym Gubernatorstwie” tak wyjaśnił powody, dla których właśnie teraz postanowił rozprawić się z polską inteligencją:
„10 maja rozpoczęła się ofensywa na Zachodzie, a więc w tymże dniu wygasło owo szczególne zainteresowanie, z jakim świat odnosił się do tutejszych spraw”.
Stwierdziwszy następnie, że nie interesuje go to, że metodami postępowania „władz narodowosocjalistycznych” w Generalnym Gubernatorstwie denerwują się Amerykanie, Francuzi lub Żydzi („...może nawet sam papież”) - dodał:
„Lecz z dniem 10 maja ta szerząca się w świecie oszczercza propaganda przestała nas w ogóle obchodzić. Teraz musimy wykorzystać nadarzający się dogodny moment. W chwili obecnej, gdy na Zachodzie co minuta i co sekunda tysiące Niemców składa swe życie w ofierze i leje się najlepsza niemiecka krew - obowiązkiem naszym jako narodowych socjalistów jest dołożyć wszelkich starań, żeby naród polski nie wzrósł w siłę kosztem ofiar ponoszonych przez Niemców. ...mogę panom powiedzieć w zaufaniu, że taki rozkaz otrzymałem od Fuehrera. Fuehrer powiedział mi bowiem: problem ustawienia i zabezpieczenia niemieckiej polityki w Generalnym Gubernatorstwie jest wyłączną domeną odpowiedzialnych funkcjonariuszy na tym terenie. Oto jego słowa: wykrytych dotąd osobników z kręgów przywódców polskich należy zlikwidować, nowy narybek należy mieć na oku i w odpowiednim momencie usunąć. Toteż nie musimy obciążać tym Rzeszy Niemieckiej ani centralnych organów niemieckiej policji. Nie musimy tych elementów deportować do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, gdyż wynikłyby z tego tylko dodatkowe kłopoty i niepotrzebna korespondencja z ich rodzinami; rozwiążemy tę sprawę na miejscu. Dokonamy tego zresztą najprostszym sposobem.”
„Akcja AB” (Ausserordentliche Befriedungsaktion) objęła w Generalnym Gubernatorstwie przeszło 10 000 osób, głównie ze środowisk inteligenckich. Ponad 3500 spośród nich zamordowano.
Reszta - z nielicznymi wyjątkami - znalazła się w obozach koncentracyjnych, z których powrócili nieliczni. Formalnie akcję zakończono w lipcu 1940 r., a w rzeczywistości trwała ona i później, aczkolwiek nie nazywano jej już „Akcją AB”. Jej przedłużeniem była eksterminacja polskiej inteligencji pozostałej na obszarach wschodnich II Rzeczypospolitej, przeprowadzona bezpośrednio po zajęciu tych terenów przez Wehrmacht. Wtedy to, w lipcu 1941 r., m. in. zamordowano we Lwowie 22 profesorów i 22 członków ich rodzin z byłym premierem, Kazimierzem Bartlem, i Tadeuszem Boyem-Żeleńskim."
Jerzy Ślaski "Polska walcząca".

Brak komentarzy: