11 marca 1946 roku, były komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu podpułkownik - SS Rudolf Hoess (na zdjęciu) został ujęty przez przez Brytyjczyków w pobliżu miejscowości Flensburg. Ukrywał się pod przybranym nazwiskiem Franz Langer. Moment swojego aresztowania Hoess opisał w pamiętniku, który spisał podczas pobytu w krakowskim więzieniu, w lutym 1947 roku. ARESZTOWANIE I PROCES (1946—1947) ,,11 marca 1946 r. o godz. 23 zostałem aresztowany. Moja ampułka z trucizną stłukła się przed dwoma dniami. Aresztowanie udało się, ponieważ wyrwany nagle ze snu, sądziłem w pierwszej chwili, że jest to napad bandycki, jeden z tych, które często się tam zdarzały. Field Security Police 153 dała mi się dobrze we znaki. Zawleczono mnie do Heide, do tych samych koszar, z których Anglicy zwolnili mnie przed 8 miesiącami. Moje pierwsze przesłuchanie odbyło się przy pomocy „bijących" dowodów. Nie wiem, co zawierał protokół, chociaż go podpisałem. Alkohol i pejcz — to było nawet dla mnie za wiele. Pejcz był mój własny, a dostał się przypadkowo do bagażu mojej żony. Nie biłem nim prawie z Bargsdorffem i Buhlerem na lotnisko i przekazano oficerom polskim. Amerykańską maszyną lecieliśmy przez Berlin do Warszawy. Choć w drodze obchodzono się z nami bardzo uprzejmie, to jednak — myśląc o przeżyciach w strefie angielskiej i o wzmiankach na temat traktowania na wschodzie — obawiałem się jak najgorszych następstw. Miny i gesty widzów w chwili naszego przybycia na lotnisko w Warszawie nie wzbudzały również wielkiego zaufania. W więzieniu wpadło na mnie kilku funkcjonariuszy, pokazując mi wytatuowane w Oświęcimiu numery. Nie mogłem zrozumieć tego, co mówili na przywitanie; w każdym razie nie były to pobożne życzenia. Nie bito mnie jednak. Areszt był bardzo surowy i zupełnie odosobniony. Często przeprowadzano u mnie inspekcje. Spędziłem tam dziewięć tygodni; ciężko było mi je przeżyć, ponieważ nie miałem żadnej rozrywki ani nic do czytania, ani nie wolno mi było pisać. 30 lipca przybyłem wraz z siedmioma innymi Niemcami do Krakowa. Na dworcu musieliśmy przez dłuższą chwilę czekać na samochód. W tym czasie zgromadziło się koło nas sporo ludzi, którzy nam złośliwie urągali. Götha zaraz poznano. Gdyby samochód nie nadjechał zaraz, obrzucono by nas kamieniami. W pierwszych tygodniach więzienie było całkiem znośne, lecz nagle kalifaktorzy jakby się odmienili. Z zachowania i z rozmów, których wprawdzie nie rozumiałem, lecz domyślałem się, mogłem wywnioskować, że chciano mnie „wykończyć". Z zasady dawano mi najmniejszy kawałek chleba i niepełną chochlę cienkiej zupy. Nigdy drugiej porcji, mimo że prawie codziennie jedzenie zostawało i rozdzielano je po celach obok mnie. Gdy raz jakiś funkcjonariusz chciał po to otworzyć moją celę, natychmiast cofnął się wygwizdany. Tu mogłem poznać władzę kalifaktorów. Gdyby nie wdała się w to prokuratura, byliby mnie wykończyli — nie tylko fizycznie, lecz przede wszystkim psychicznie. Byłem już całkiem bliski tego. To nie była histeria z jakiejś s łabości — wtedy niewiele mi już brakowało. Potrafię niejedno wytrzymać — życie już nieraz twardo się ze mną obeszło. A jednak psychiczne dręczenie przez tych trzech szatanów, to już było zbyt wiele. A ja nie byłem jedynym, któ- rego tak gnębili. Wśród polskich więźniów mieli również kilku takich, których podobnie dręczyli. Teraz już od dawna nie ma ich na tym oddziale i pod tym względem panuje miły spokój. Muszę szczerze powiedzieć, że nigdy nie spodziewałem się, że będę w polskim więzieniu traktowany tak przyzwoicie i uprzejmie, jak to się działo od czasu objęcia sprawy przez prokuraturę.'' /Marta
ZACHĘCAMY DO WSPARCIA NASZEJ PRACY KWOTĄ 5 ZŁ. PRZEZ KLIKNIĘCIE W PONIŻSZY LINK
Wpłat można też dokonywać na numer konta
42 1940 1076 5881 9071 0000 0000
Będzie nam bardzo miło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz