Przyjęli go do swojego domu, najpierw dając mu drobne obowiązki, by mógł mieć co jeść. To właśnie tam po raz pierwszy w życiu doświadczył dobroci i czułości.
Wieczorami pani Karnoffsky śpiewała mu rosyjską kołysankę, a on śpiewał razem z nią. Z czasem nauczył się kilku pieśni żydowskich i rosyjskich. Rodzina traktowała go jak własnego syna i w końcu podarowała mu pieniądze na pierwszy instrument muzyczny — tak, jak było w tradycji żydowskich rodzin.
Zachwyceni jego talentem, wspierali go na każdym kroku. Później, już jako profesjonalny muzyk i kompozytor, wykorzystywał melodie zasłyszane w tamtym domu w swoich utworach, takich jak „St. James Infirmary” czy „Go Down, Moses”.
Mały czarnoskóry chłopiec dorastał, a w 1907 roku napisał książkę o rodzinie, która dała mu dom i serce. Do końca życia z dumą mówił w jidysz, nosił gwiazdę Dawida i powtarzał, że to właśnie w tej rodzinie nauczył się „żyć naprawdę i z determinacją”.
Ten chłopiec miał na imię Louis Armstrong. 
za Kawa z mlekiem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz