ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Opowieść o Maciejowej i o tym, jak pleban z wrażenia spadł z krzesełka zapominając łaciny"

Budzik Czasu, część 16 i niespodzianka, czyli "Opowieść o Maciejowej i o tym, jak pleban z wrażenia spadł z krzesełka zapominając łaciny"

"Historia ta działa się bardzo, ale to bardzo dawno temu. Jak dawno zapytacie? Ano tak dawno, że jeszcze wtedy miejscowego plebana z Kożuchówka noszono wtedy wszędzie w lektyce, czyli na takim krzesełku, co to do trzymania go nad ziemią drążki z niego wystają z przodu i z tyłu, a sam pleban mówił jedynie po łacinie i zwykli ludzie czasem mieli problemy, żeby zrozumieć o co mu chodzi, więc nie rzadko musiał to na polski tłumaczyć kościelny lub organista. Czyli już mniej więcej wiemy, kiedy i gdzie owa historia się działa. Główna bohaterka tej historii miała zaś pochodzić z sąsiadującej z Kożuchówkiem wsi Włodkami zwanej. Tak przynajmniej twierdzili jedni, bo drudzy z kolei temu stanowczo przeczyli. Teraz to trudno jest rozstrzygnąć... apropo zaś owej głównej bohaterki musicie wiedzieć, że zwano ją Maciejową. Nie to, że tak faktycznie miała na imię, wyszła bowiem za mąż, za Macieja, a po zamążpójściu żony na wsi, kiedyś zaczynano od tej chwili nazywać imionami wziętymi od imion mężów, jakby te nie miały już swoich własnych. Takie to były dziwne czasy. Zresztą i sama Maciejowa nad tym, że już nie ma dawnego imienia, za bardzo się nie głowiła, bo zaraz potem spadły na jej głowę rozliczne obowiązki i te związane z prowadzeniem gospodarstwa i te bezpośrednio domowe, że i bardzo czasu na to nie miała, a że dodatkowo była kobietą słabo ogarniętą, co kiedyś bez ogródek określano jako głupia, czy delikatniej określając nierozgarnięta to i te proste rzeczy, które miała teraz robić jako żona Macieja okazywały się nie lada wyzwaniem a i radziła sobie z nimi nie mając żadnego wcześniejszego doświadczenia w tej materii na swój własny, niezbyt rozsądny sposób wykorzystując do tego celu niecodzienne metody i rzeczy, a pomysły te niejednego mogły wprawić w zdumienie i do obłędu doprowadzić, czego i sam Maciej od razu doświadczył, choć nie od razu dostał od tego białej gorączki. Jakoś by to i uszło Maciejowej na sucho i dalej, aż pewnego razu mężowi zachciało się pierogów, więc nakazał żonie je na obiad ugotować. Żona posłuszna poleceniom męża zabrała się za robotę, rzecz jasna na swój własny i oryginalny sposób. A mianowicie zamiast trudzić się z lepieniem wielu pierogów zrobiła jednego wielkiego, a potem nie mogąc znaleźć dużego gara, który się gdzieś zawieruszył bez namysłu wrzuciła go do stającego pod łóżkiem nocnika i wstawiła na piec, by go w nim ugotować, co widząc Maciej nie tylko, że posiłku zjeść odmówił, to będąc bardzo głodny, a przez ten sam fakt już bardzo zły, jak zły potrafi być głodny chłop szału dostał, nawyzywał Maciejową od najgorszych i stłuk na kwaśne jabłko po czym kazał się z chałupy wynosić, precz na cztery wiatry wygnał. 
Poszła zatem Maciejowa w świat rozpaczając co począć teraz ze sobą, bo do domu nie śmiała wracać. Odwiedzała kolejne wsie w tej swojej wędrówce tułaczce, byli i dobrzy ludzie, którzy ją nakarmili, ale byli i tacy co psami poszczuli i kijem obili. Razu jednego, gdy tak przed tymi złymi uciekała, wpadła niechcący Maciejowa do jakiejś głebokiej jamy, wilczego dołu lub innego zapadliska i z tej pułapki nie mogła sama się wydostać, więc zaczęła wołać ze wszystkich sił o pomoc żałośnie i gdy już miała zrozpaczona poddać się losowi i zrezygnować usłyszeli jej wołanie zbóje, którzy właśnie ze zbójnickiej wyprawy z łupem wracali na zbójnickie leże i Maciejową z opresji wybawili. Kobieta z tej radości i wdzięczności do swoich wybawicieli, poprosiła by ci przyjęli ją w swoje szeregi, by mogła odwdzięczyć się za ratunek i pomagać im w zbojeckim procederze. Herszt bandy widząc zaś, że baba młoda i krzepka zgodził się na taki układ, czego nie tylko on ale i wszyscy zbójnicy mieli wkrótce pożałować i to srodze. Cóż prawda była taka, że Maciejowa nie będąc zbyt rozgarniętą zamiast pomagać swoim kamratom w czasie włamań, kradzieży i napadów stała się istnym utrapieniem dla całej bandy. Podczas, gdy jej kompanii starali się wtedy być cicho i potem równie cicho oddalić się z łupem, Maciejowa wręcz przeciwnie, hałasowała, krzyczała, jednym słowem do włamań się nie nadawała. Po kolejnym z rzędu nieudanym napadzie na jedno z okolicznych gispodarstw, kiedy to swoim groźnym wyciem pobudziła pół wsi herszt bandy postanowił się jej pozbyć raz na zawsze, tyle że lubiąc Maciejową nie chciał tego przemocą załatwić, a po dobroci, grzecznie prosząc. Na nic się to zdało nowa członkini bandy nawet o tym słyszeć nie chciała i wydaje się, że chyba taka do końca głupia za jaką ją wszyscy mieli nie była. Wobec tego zbóje postanowili użyć wobec niej fortelu, bo żaden krzywdy jej  nie chciał i... wymyślili. Dali zbóje Maciejowej worek orzechów, młotek i nóż. Nocą zaprowadzili do dzwonnicy w Kożuchówku, która wtedy pełniła też funkcję kostnicy. Zostawili ją tam obiecując, że zanim skończy tłuc orzechy oni wrócą i przyprowadzą tłustego wieprza, którego potem razem zaszlachtują i zrobią wielką ucztę. Cóż na takie coś Maciejowa chętnie przystała i zabrała się ochoczo za orzechy tłukąc je wprost na trumnie, w której na swój pogrzeb czekał wszak nieboszczyk. Traf chciał, że dziwne pukania i stukania dobiegające z dzwonnicy usłyszał stróż kościelny, który właśnie robił obchód kościoła i cmentarza. Przestraszył się nie na żarty i pobiegł do organisty. Razem doszli w mig do wniosku, że to nikt inny tak stukać w kostnicy - dzwonnicy nie może jak tylko nieboszczyk we własnej osobie po śmierci przeszkadzając. Zbiegło się więcej chłopa zwałanych przez obu i w try miga decyzję podjeli, że nie zwlekając po proboszcza trza posłać i przynieść go na miejsce, czemu przynieść pytacie, a temu, że księdza wtedy noszono i nawet jak w pobliżu nie było lektyki też, tyle że na krześle, a jak i tego nie stawało w nagłej potrzebie to i zwyczajnie na skrzyżowanych dłoniach dwóch sług był przynoszony. I jak już plebana przyniosą niech ten nieboszczyka co ożył po łacinie, przy pomocy kropidała i wody święconej poświęci. Rychło ksiądza zatem przyniesiono, a gdy ten znalazł się pod drzwiami dzwonnicy usłyszał nie mniej jak chłopy zdziwiony, dochodzące ze środka pukania i rumor. Nie było rady, trzeba było drzwi dwonnicy rozewrzeć siłą i sprawę z nieboszczykiem załagodzić. W tym czasie zaś Maciejowa znajdująca się w środku, słysząc głosy dobiegające z zewnątrz ucieszyła się, bo pomyślała, że to jej kompanii wrócili po nią wieprza obiecanego prowadząc i gdy furta stanęła do kostniccy otworem i ksiądz już, już miał "wejść" do środka w drzwiach stanęła mu na przeciw Maciejowa z wielkim nożem uśmiechnieta od ucha do ucha krzycząc przeraźliwie: No dawajta go tu chłopy! A że wieprza miała na myśli przez kamratów majacego być przecież przyprowadzonym, dodała jeszcze głośniej wrzeszcząc,...aby tylko tłusty należycie był spaśluch! Gdy pleban wrzask ten przypominający agonię diabła usłyszał, nie miał wątpliwości, że babę sam Lucyfer na niego posłał i chcą go zaszlachtować. Przerażony zeskoczył z rąk dźwigających go pachołków i na własnych nogach salwował się ucieczką ku zdumieniu i przerażeniu pozostałych, którzy natychmiast w jego ślady poszli uciekając tak szybko, iż tylko tuman kurzu na drodze po nich wszystkich został i stojąca w drzwiach dzwonnicy Maciejowa, co to zdziwiona właśnie zaczęła rozglądać się gdzież to się podziali jej kamraci i domniemany tłusty, obiecany przez nich wieprz. Podobno od tych wydarzeń, co to tu rozegrały się i po dramatycznej scenie ucieczki proboszcza przed ożywionym nieboszczykiem, czy też diabłem jak chcą inni,  księży w parafii kożuchowskiej już nikt na rękach nie nosił, a i ci zaczęli ze zwykłym ludem mówić zwykłym jezykiem, a jedynie msze po łacinie odprawiać, co i to potem się zmieniło. Taka to była historia z tą naszą Maciejową. Koniec, bomba, a kto słuchał trąba...bo takim zwrotem kończył zawsze każdą swoją opowieść mój dziadek Józef. A co działo się dalej z Maciejową, bo pewnie ciekawi jesteście, jak i ja byłam. Już mówię. Maciejowa, jak twierdził mój dziadek, podobno wróciła do swojego męża Macieja i do domu. Urodziła mu gromadkę pulchnych dzieci, gotowała im normalne pierogi, w normalnym garnku i wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie mieszkając w dużej, drewnianej chacie stającej opodal tego krzyża, co to we wsi Włodki na skrzyżowaniu dróg dziś stoi".

Tekst i foto Sylwia Piwowarczyk 
Opowieść o Maciejowej mojego 
dziadka Józefa Jastrzębskiego

Brak komentarzy: