"W historii Bieszczadów zapisano wiele dramatów — ludzkie tragedie , pożogi, bratobójcze walki. Ale są też ludzie, których imiona nie pojawiają się na tablicach pamiątkowych. Ludzie, którzy w czasach pogardy wybrali człowieczeństwo. Którzy nie pytali o narodowość, zanim podali rękę. Którzy wiedzieli, że za dobro można zapłacić najwyższą cenę — i mimo to nie cofnęli się ani o krok. Bo historia, która pomija sprawiedliwych, nie jest historią — jest wyborem wygodnych narracji.
Niech ten tekst będzie głosem dla tych, którym go odebrano. Niech będzie śladem po tych, których uczciwość nie pasowała do żadnej wersji. Niech będzie przypomnieniem, że nawet wśród morza nienawiści można było pozostać człowiekiem.
W takich miejscach rodziły się historie, które nigdy nie trafiały do kronik, nie zapisywano ich w archiwach.
Bieszczadzkie wsie kiedyś były pełne radości: dzieci biegały po łąkach pachnących macierzanką, kobiety śpiewały przy praniu, a dym z pieców snuł się nad wsiami.
Była wiosna 1945 roku. Ludzie żyli w ciągłym strachu. Oddziały UPA pojawiały się nagle, przemierzając doliny, w których wcześniej słychać było tylko śmiech i śpiew. Ktoś szepnął, że kolej może przyjść i na nich.
Tamtej nocy w drzwiach chaty stanęła Paraska — młoda Ukrainka z sąsiedniej wsi. Jej twarz była blada jak ściana, oczy pełne łez. Drżącym głosem powiedziała:
– Oni dziś przyjdą. Macie uciekać, póki czas.
Nie wszyscy chcieli wierzyć. Paraska poprowadziła trzy rodziny — do starej piwnicy w lesie. Kamienne ściany, porośnięte mchem, pachniały wilgocią. Tam miały przetrwać do świtu. Sama wróciła.
Nad ranem do wsi weszli banderowcy. Chata po chacie, przekleństwa, rabunek , przeszukiwali puste izby. Ktoś wyszeptał, że to Paraska zdradziła.
Jej ciało znaleziono przy drodze. Pobili ją straszliwie i dobili nożami. Ocaleni wrócili po kilku dniach. Domy były splądrowane, sprzęty zniszczone, ale ludzie żyli. Pamięć o Parasce przetrwała, przekazywana dzieciom i wnukom. Jestem wnuczką jednej z tych osób. O nich też trzeba mówić. Kończyła opowieść P. Urszula. Rodziny przeżyły tylko dlatego, że młoda dziewczyna wybrała dobro w świecie, w którym łatwiej było odwrócić wzrok.
Ktoś może powiedzieć: brak dowodów, brak świadków. Fikcja. Można by tak pisać bez końca. A jednak takich historii są setki. Niewielu zostało tych, którzy chcą pamiętać przekazy rodzinne. Są i tacy którzy nadal się boją i milczą.
Dziś nikt z nas nie musi kryć się po lasach ani uciekać w nieznane. Nie musimy zasypiać z myślą, że to może być ostatni dzień życia.
Historia jest fundamentem naszej tożsamości. Nie tylko ta zapisana w archiwach, ale i ta przekazywana z ust do ust. Jeśli pozwolimy jej zniknąć, jeśli zobaczymy wyłącznie katów i ofiary, a zapomnimy o tych, którzy w mroku potrafili zachować człowieczeństwo — zubożymy własną pamięć.
Wystarczy wejść do bieszczadzkiego lasu o świcie. Krople rosy na mchach błyszczą jak drobne kryształki, korzenie drzew wiją się w ziemi jak dawne ścieżki, a stara piwnica, wtopiona w las, przypomina o tym, że każdy zakątek pamięta — śmiech dzieci, szepty modlitw, zdradę i wierność.
I czeka na tych, którzy usłyszą jej cichy głos..."
za Jędruś Ciupaga
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz