Ostaszków, Kozielsk i Starobielsk były przeznaczone dla polskiej „inteligencji” i są synonimem zbrodni katyńskiej. Jednak nie tylko te miejsca były katowniami dla niewygodnych Polaków, należy również pamiętać o więzieniach w Charkowie, Kalininie (Twerze), Kijowie, Mińsku. Łącznie czerwoni zbrodniarze zamordowali co najmniej 21768 obywateli polskich. Duchowni, oficerowie wojska i rezerwy, policjanci, naukowcy, lekarze, profesorowie, nauczyciele, urzędnicy i inżynierowie, wszyscy zostali uwięzieni i ostatecznie przeznaczeni do likwidacji. W tych miejscach odosobnienia przebywały osoby, które dla ZSRR stanowiły zarówno duże zagrożenie, jak i „łakomy kąsek”. Sowieci starali się pozyskać przetrzymywanych tam jeńców do współpracy. Udało im się „przekonać” około 100 osób, między innymi Zygmunta Berlinga, Kazimierza Rosen-Zawadzkiego czy Eustachego Górczyńskiego. Były to w większości osoby stawiające własne dobro nad życie kolegów i ojczyznę, więc w tym tekście warte są jedynie wspomnienia.
Był to jednak wynik znikomy i kompletnie niezadowalający, a major Wasilij Zarubin, as sowieckich służb specjalnych przesłuchujący Polaków i badający ich przydatność, mógł jedynie zaraportować o niepowodzeniu operacji. W marcu 1940 roku Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych Ławrientij Beria zdecydował o „rozładowaniu obozów”, innymi słowy mówiąc, rozpoczęła się likwidacja osadzonych tam ludzi. „Decyzja z 5 III 1940 roku” zawierała polecenie uśmiercenia 14700 osób z obozów jenieckich w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku, oraz 11 tysięcy z więzień znajdujących się na zachodniej Białorusi i Ukrainie.
Często wspominając o mordzie na polskich oficerach, zapomina się, że wśród ofiar były również kobiety i dzieci. Najmłodsza zidentyfikowana ofiara ekshumowana w katyńskim lesie to osiemnastoletni Stanisław Ozimek. Sowieci często aresztowali ojców z synami, których następnie razem przetrzymywano. Oficjalnie mówi się tu o grupie 65 osób w wieku 8 – 17 lat. Przed transportem sumiennie rozdzielano ojców od synów, część z dzieci zwolniono, los większości nie jest znany.
W Bykowni obok ofiar tak zwanego „wielkiego terroru” z lat 1937 – 1938, pochowano również Polaków likwidowanych w ramach „decyzji z 1940 roku”. W dołach miejsce znaleźli między innymi podpułkownik Bronisław Szczyradłowski, zastępca dowódcy obrony Lwowa, starszy sierżant Józef Nagalik, dowódca KOP w Skałce pod Tarnopolem. Pochowano tam również co najmniej 53 zamordowane kobiety — policjantki, funkcjonariuszki służby więziennej, i wywiadu wojskowego, konspiratorki ZWZ oraz działaczki społeczne i polityczne. Najmłodsza z nich to siedemnastoletnia Aniela Krotochwilówna aresztowana jako „agentka polskiej policji” a tym samym terrorystka.
NKWD miało już wielką wprawę i doświadczenie w mordowaniu ludzi zdobyte w czasie „operacji polskiej”. Wtedy właśnie udoskonalono technikę strzelania w tył głowy. Należało trafić u samej jej podstawy, niemalże w kark. W porównaniu ze strzałem w czaszkę efekt był znacznie mniej krwawy i kat nie musiał „brodzić” w krwi i częściach mózgu. Polskich więźniów wywożono partiami, niby przypadkiem dobranych, jednak selekcja odbywała się w taki sposób, by osoby jak najmniej się znały. Miało to zapobiec ewentualnemu oporowi i próbom ucieczki. Wspominał o tym profesor Stanisław Swianiewicz, jedyny ocalały polski oficer z transportów z Kozielska do Katynia:
»[…] Ciekawym i w pewnym stopniu tajemniczym szczegółem były telefony z Moskwy, które na kilka godzin przed odejściem transportu podawały władzom obozowym jego skład personalny«.
Najokrutniejsze było to, że ludzie mieli nadzieję, że jadą do Polski, do domu, że są zwolnieni. Jak dalej wspominał pan profesor Swianiewicz:
»Rano 30 kwietnia ujrzeliśmy kopuły cerkwi smoleńskiej oświetlone pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Z kierunku, w którym padały cienie, staraliśmy się określić kierunek naszej jazdy. Stwierdziliśmy, że jesteśmy wiezieni na północny zachód i ogarnęło nas podniecenie. Czyżby naprawdę wieziono nas do Polski?«
Na stacji końcowej Gniezdowo czekał jednak „Czornyj Woron”. Autobus więzienny o zamalowanych wapnem oknach, który wiózł polskich patriotów i weteranów walki o niepodległość w stronę dołów katyńskich i czekających już oprawców z NKWD. Tam pojedynczo ze związanymi z tyłu rękami i zarzuconym na głowę płaszczem wyprowadzano tych nieszczęśników, by strzelić im w kark nad dołem, w którym już „czekali” na niego jego rodacy, koledzy. Nie ma potwierdzonych ucieczek z miejsca egzekucji ani, jak to się zdarzało w przypadku innych masowych morderstw, by ktoś przeżył i mógł później wyjść z masowej mogiły. Na niektórych ekshumowanych ciałach są jednak ślady bagnetów, więc można przypuszczać, iż mogło dochodzić do przypadków, gdy ktoś w ostatniej chwili próbował podjąć straceńczą walkę i zginąć śmiercią żołnierza. Jednak równie dobrze mogą to być ślady po dobijaniu ofiar, które jeszcze żyły po być może, niecelnym strzale. Może to potwierdzić zeznanie Piotra Klimowa funkcjonariusza Zarządu NKWD Obwodu Smoleńskiego:
»[...] rów był duży, ciągnął się do samych błot i w tym rowie leżeli ułożeni w stosy przysypani ziemią Polacy, rozstrzelani bezpośrednio w tym rowie. Wiem to, bo sam wiedziałem (przysypane ziemią) trupy Polaków. O okolicznościach rozstrzeliwań opowiedział mi Ustinow: on był kierowcą, woził Polaków na rozstrzelanie i widział, jak sam twierdził, egzekucje. Z samochodów wyładowywali ich prosto do rowu i strzelali, niektórych dobijali bagnetami. Ogrodzenie wokół miejsca egzekucji było takie — podwójny drut kolczasty. Polaków w tym rowie, kiedy ja tam byłem, było wielu, leżeli w rzędach, rów był długi na 100 metrów, a głęboki na dwa-trzy metry. Po tym, jak popatrzyłem na rozstrzelanych Polaków, od razu mnie wyprowadzili i powiedzieli, żebym więcej nie podchodził. Chcę dodać, że tym, którzy strzelali do ludzi i tym, którzy ich wozili, dawali bezpłatnie spirytus i zakąskę. Pamiętam jeszcze, że po rozstrzeliwaniu myli ręce spirytusem. Ja też przecierałem ręce spirytusem po tym, jak zmywałem krew«.
Relacjonuje on również przebieg tego okropnego procederu z piwnic smoleńskiego więzienia, gdzie zginęła część więźniów z Kozielska. Klimow miał zeznać:
»W maleńkiej piwnicy był właz kanalizacyjny. Przyprowadzali ofiarę, otwierali pokrywę włazu, kładli głowę na skraju włazu i strzelali w tył głowy albo w skroń (jak kto chciał)«
Cytat znajduje się w książce Thomasa Urbana „Katyń. Zbrodnia i walka propagandowa wielkich mocarstw”. Tam, w taki sposób likwidowano duchownych i kapelanów, kapelanów różnych wyznań. Oprócz rzymskokatolickich byli tam między innymi duchowni ewangeliccy, prawosławni, rabini i kapłani muzułmańscy. 32 spośród nich było kapelanami zawodowymi, przeżyło dwóch księży katolickich. Zidentyfikować udało się 34 duchownych, którzy oddali swoje życie w mrocznych piwnicach.
W Starobielsku było podobnie, choć tu według zeznań Mitrofana Syromiatnikowa proceder był bardzo perfidny. By uśpić czujność i móc „spokojnie” mordować Polaków, zabierano im bagaże i pieniądze, wydając pokwitowanie i chwilowo przetrzymując w celi. Następnie prowadzono do pomszczenia niby na przesłuchanie. Syromiatnikow zeznawał:
»[…] ja stoję w drzwiach. Otwieram drzwi: Można? Stamtąd – wchoditie. Za stołem siedzi prokurator, a obok komendant. Pyta: nazwisko, imię ojca, rok urodzenia. Mówi: – możecie iść. Wtedy od razu „puk” i „poszedł”. A komendant wołał „ałło” – co znaczyło: zabierać. Więc zabierałem. Głowy trzeba było czymkolwiek zawijać, żeby nie krwawiły«.
W Ostaszkowie potwór z NKWD Wasilij Błochin stał za drzwiami „czerwonego pokoju”, w którym ustalano personalia i w momencie, gdy wyprowadzano jeńca, strzelał mu w potylicę. Jak wspominał major Dmitrija Tokariew, szef NKWD w okręgu Kalinin, Błochin wolał strzelać w czaszkę niż w kark. Wiedząc, że egzekucje będą bardzo krwawe, przygotowywał się specjalnie pod tym kątem. Tokariew opisał to w następujący sposób:
»[…] włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany brązowy fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie – zobaczyłem kata!«.
Jednej nocy zabijano w ten sposób około 250 naszych rodaków, których ciała nocą przewożono i zakopywano w lasach pod Ostaszkowem.
*****
Jest to fragment tekstu, który ma znaleźć się na moim blogu, jednak nie mam już dziś siły redagować całość pod bloga. Tak więc najprawdopodobniej, wsystko opublikuję na blogu dziś wieczorem. Mam nadzieję zdążyć przed północą 
*Na fotografii Odznaka 18. Pułku Ułanów z katyńskiego dołu śmierci, należąca do podchorążego rezerwy kawalerii, Franciszka Przytarskiego. Wywieziony z Kozielska został około 14 kwietnia 1940 roku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz