W tamtym okresie wagony kolejowe miały łożyska osi smarowane ręcznie. Jeśli smaru było za mało albo się zużył, łożysko mocno się nagrzewało podczas jazdy – to właśnie nazywano „hot box” („gorąca skrzynka”).
Gdyby nie wykryto problemu na czas, łożysko mogło się zapalić, stopić lub nawet spowodować wykolejenie pociągu – to była jedna z najczęstszych przyczyn wypadków kolejowych w tamtych czasach.
Jak to rozwiązywano? Pociągi wjeżdżające na większe stacje (np. do kompleksu Grand Central Terminal lub innych węzłów Nowego Jorku) musiały zwolnić do bardzo małej prędkości.
Inspektor „hot box” siedział w specjalnej roboczej jamie umieszczonej w torze.
Jama była wyposażona w reflektory oświetlające podwozia wagonów, a czasem też w daszek lub osłonę.
Gdy pociąg powoli przejeżdżał, inspektor patrzył na każdą oś – szukał dymu, iskier, płomieni lub zapachu spalonego smaru/oleju.
Jeśli widział „hot box”, natychmiast sygnalizował problem – pociąg zatrzymywano, wagon odłączano i naprawiano (wymieniano smar, chłodzono łożysko itp.).
To była bardzo trudna i nebezpieczna praca. Człowiek był dosłownie kilka-kilkanaście centymetrów od kół i osi. Mimo, że pociągi przejeżdżały powoli, to nadal stanowiły zagrożenie.
Praca w nocy, w zimie, przy hałasie, dymie i kurzu – bardzo ciężka i ryzykowna robota.
Dopiero w latach 50.–60. zastąpiono łożyska ślizgowe łożyskami tocznymi (rolkowymi). Dodtakowo sam człowiek zastąpiony został automatycznymi detektorami „hot box”, które same wykrywały przegrzane łożyska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz