Mało znana "cicha zbrodnia".
W sierpniu 1944 w leśniczówce Brenzberg w bieszczadzkim Mucznem schroniło się prawie 80 Polaków - ocalałych z Wołynia oraz uchodzących przed zbliżającym się frontem, "głównie starców, kobiet i dzieci".
Niedaleko, w Tarnawie Wyżnej, mieścił się sztab UPA, jednak stacjonowała tam również jednostka niemieckich wojsk pancernych. "Myśleliśmy, że tu nas nie znajdą" - wspominał świadek. Nie miał na myśli Niemców.
Znaleźli. 16 sierpnia 1944 r. leśniczówkę otoczyła sotnia Służby Bezpieczeństwa OUN dowodzona przez Mykołę Dudkę "Osypa". By nie alarmować innych osad i nie niepokoić Niemców strzałami na tyłach - użyli kos, siekier i wideł.
Żołnierz polskiego oddziału samoobrony, który dotarł do leśniczówki 18 sierpnia:
"Napotkaliśmy ciało zabitego człowieka i naraz okazało się że wśród traw i opłotków wciąż znajdywano następne. Były kobiety, mężczyźni, dzieci. Nikt nie był zabity z broni palnej. Z trudem udawało się rozpoznać kogoś znajomego, wielu z nich to musieli być bieżeńcy z dalszych stron. Widać było sutannę duchownego i mundury leśników. Ciała nosiły ślady okrutnych tortur i bestialskiej śmierci (...) Naliczyliśmy 74 osoby".
Wiadomo, że zamordowani pochodzili m. in. z rodzin Czarnków, Gabcychów, Gdowskich, Hryniaków, Kochańców, Królów i Wiluszyńskich, ale nie jest to pełna lista. Dopiero w 2010 r. doczekali się pomnika. Do tej pory nie mają grobu.
Największa zbrodnia UPA w Bieszczadach, ale wciąż o niej cicho. Najcichsza zbrodnia UPA w Bieszczadach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz