ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

środa, 14 października 2026

BUDZIK CZASU część 42, odc. 10

 "Tam Skarb twój, gdzie Serce ❤️ twoje", czyli nowe czasy, stare legendy i dramatyczny happy end" seria Trzy Pałace, pałac pierwszy PATRYKOZY 

Za czasów socjalizmu, czyli po II wojnie światowej, pałac i resztówkę majątku w Patrykozach przejął oczywiście Skarb Państwa i ów podzielił niejako losy innych tego typu obiektów, czyli był intensywnie eksploatowany i wykorzystywany, a przez blisko czterdzieści lat nie prowadzono tu większych remontów. W l. 80 - XX w. okazało się, że w wyniku tych zaniedbań pałac zamienia się w kompletną ruinę, więc na gwałt rozpoczęto próby ratowania tej unikatowej wszak na skalę regionu, zabytkowej budowli. Ale i to wkrótce okazać się miało, że zbyt pobieżne i niewystarczające to były działania i w trakcie tego doszło do wydarzeń i tajemniczych i dramatycznych i pod kontem katastrofy budowlanej i z innych powodów, a te inne były wówczas postrzegane bardziej z perspektywy nieco odległej przeszłości i przez pryzmat spojrzenia na to oczami dawnych dziedziców, czyli patrykozkich baronów, hrabiów, generałów oraz ogólnie braci szlacheckiej tj. tej szlachty z górnej półki szlacheckiej, nie jakieś tam gołoty. 
Znaczną część pozostałości po majątku nabył bowiem zwykły gospodarz, rolnik o nazwisku Więsak, dodajmy z Patrykoz. Co jest zapytacie? Nie mógł? Owszem, odpowiemy, mógł, bo to już były nowe, nie stare czasy. Więc w czym rzecz? A już mówimy w czym. Ów rolnik, Więsak był w linii prostej potomkiem chłopów pańszczyźnianych tzw. podanych zwanych w księgach pod terminem "pracowity" z Dóbr Patrykoskich i wraz z nimi należał do jego właścicieli, na co są dowody w starych dokumentach, sięgających XVIII w. Wg. nich Więsaki mieszkali wówczas w obrębie Folwarku Ruda, czyli części wspomnianych Dóbr ziemskich Patrykozy należących i będących własnością Łopuskich. Chodzi tu o postać Pawła Więsaka (1741-1811) z Rudy, który poślubił w 1767 r. Agnieszkę Marchelak z Patrykoz i miał z nią siedmioro dzieci, w tym czterech synów. Tak, więc jak widzicie, spełnił się najgorszy koszmar dawnych dziedziców, bo ich majątek przejął przecież "chłop". Zresztą Więsak jak przystało na "upartego chłopa" niczym jakiś Kołbuk z dawnych ludowych podań, chociaż przecież to zupełnie nie ta okolica występowania tej magicznej istoty uparcie pilnował swojego nowego nabytku i wszystkim ciekawskim, jak ich nazywał uparcie odmawiał dostępu do pałacu i jego okolicy, co starsi pewnie pamiętają dobrze. A potem? Potem Więsak zaczął miewać sny, ale nie jakieś tam kolorowe i miłe, że jest dziedzicem i jest mu jak w niebie, ale wręcz odwrotnie. Były to prawdziwe koszmary senne. Śniło mu się, że po brukowanej kocimi łbami drodze prowadzącej do pałacu, na której końcu on stoi i zabrania przejścia idą ze wsi w kierunku dworu jakieś ciemne postacie niczym w kondukcie żałobnym. Cienie ludzkie sykwetki ubrane w długie szaty, przepasane szerokimi pasami przy których kołyszą się długie, świecące niebieskawo zakrzywione noże, a na głowach mają wysokie, futrzane czapy i za każdym razem próbuje je bezskutecznie powstrzymać przed dostaniem się do dworu. Więsak może wielu szkół nie skończył, ale głupim nie był, wnet skumał w czym rzecz i z jakimi duchami ma do czynienia i że to są te szlachcice co o nich dziadki jeszcze mu opowiadali ubrane w te ich kontusze z dyndającymi u boku karabelami i kiedy te sny zaczęły się bez końca powtarzać Więsak zrozumiał ich przesłanie i postanowił dłużej nie zwlekać i działać w celu uwolnienia się od koszmarów, ale wiadomo myślał jak typowy chłop i tanio skóry nie zamierzał sprzedać. W 1995 r. kiedy tylko pojawił się chętny biznesmen (bo socjalizm upadł już pięć lat na zad, jak wiemy a tera był znowuż kapitalizm), chętnym zaś był Adam Gessler, więc Więsak utargował swoje i po dobrej cenie odsprzedał mu swoją część. I co? A sny? A sny przestały Więsaka nawiedzać, jak ręką odjął, od raz. Nie był to niestety koniec dramatu, ale dla Więsaka najważniejsze było, że nie dotyczy to już bezpośrednio jego samego. 
Pewnej wietrznej i deszczowej nocy rozległ się w okolicy głośny huk, grzechot i łomot jakby rodem z koszmaru. To wieża pałacowa, której fundamenty nie zostały zabezpieczone runęła z łoskotem obracając w ten sposób część zabytkowego budynku w ruinę. Mało tego bo tej samej nocy, tuż przed jej zawaleniem miano widzieć na drodze dojazdowej do pałacu postać galopującego na koniu jeźdźca z wyciągniętą szpadą, co potem świadkowie bo byli tacy co to widzieli na własne oczy, za generała Teodora Szydłowskiego, a jakże, za ducha wzięli, co to gonił do pałacu by go ratować przed katastrofą. Czemu akurat on? Ano miał ów jeździec taką charakterystyczną czapkę z epoki napoleońskiej na głowie mieć. Nie sposób jej nie rozpoznać. Dziwne to nie uważacie? Normalne jakieś omamy. Rzecz pewnie była w fantazji i sprzyjającej jej piekielnej pogodzie owej przerażającej nocy, gdy upadła wieża. Co tu się zresztą dziwić, każdy wie, że stare budowle posiadają swoje "dusze" a te emanują na okolicę różnymi tworami. Tak czy siak Dusza Pałacu Patrykoskiego ostatecznie nie zaakceptowała "Bazyliszka Warszawskiego", i co chodzi z tym bazyliszkiem, a jedna z miejscowych gazet regionalnych opisywała wówczas losy pałacu w krajoznawczym artykule i nie wiadomo skąd, chociaż my wiemy, wygenerowała tam tego stwora ni z gruszki ni z pietruszki. Też wymyślili, Bazyliszek w Patrykozach? Duch pałacu odrzucił go, ale za to przyjął i zaakceptował , jak go zwał kolejnego właściciela tj. "Skoczka", może dlatego iż ów skojarzył mu się z generałem, nazwisko przecież takie jakieś podobne. Co za generał? A tak, generał Józef Zajączek i nawet czasy bardzo zbliżone do naszego gen. Teodora Szydłowskiego, bo też i Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe i szlify oficerskie też, a na dodatek matka z Cieszkowskich. Majątek bowiem nabył nowy właściciel Maurycy Zając, też biznesmen, a przy okazji wielki pasjonat historii a takie połączenie zawsze przynosi w rezultacie znakomite efekty zwłaszcza dla marniejących zabytków i tak ruszyła pełną parą odbudowa, a to co w wyniku tych zabiegów budowlano remontowych postało możemy wszyscy dziś zobaczyć na własne oczy. Cudownie tu i uroczo teraz. Tak jak być powinno. Super.
A lochy? Ukryte skarby? Zwłaszcza ten co niby go osobiście gen. Teodor Szydłowski ukrył i którego tak wszyscy potem uparcie ale bez powodzenia szukali? Co z nim zapytacie? Odpowiemy, może, może, kto wie co przed nami skrywa patrykoska ziemia, jednak wiedzcie, że prawdziwy skarb nigdy nie był przed nami ukryty, bo jest nim przecież Pałac, jak z bajki i zawsze sprawdza się stare i mądre powiedzenie "Tam Skarb twój, gdzie Serce twoje", a nasze na pewno w znacznej części podczas wizyty w Patrykozach i przy tamtejszym Pałacu zostawiliśmy, co i wy pewnie również zrobicie gdy tu przyjedziecie.

Dariusz M. Kosieradzki

Brak komentarzy: