ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

piątek, 26 stycznia 2024

Tatuś wstał, otworzył drzwi, a mamusia nas budziła i mówiła: “wstawajcie dzieci, będziemy się modlić, bo będziemy umierać”.

 Nie stawia się pomników ludobójcom. Precz z banderowska Ukrainą

Jędruś Ciupaga  
PROLOG
a gdy już wydawało się że ocaleje ten zakątek świata z widłami tryzuba w ręku wkroczył szatan
zasiał nienawiść i wzrosła na kamieniu a fałszywi prorocy święcili noże choć Bóg w ikonostanie płakał przerażony nocą
kłusowano na ludzi dzieląc ich toporem na dwa narody chociaż tą samą skalistą ziemię przez wieki orali na co dzień
szedł exodus a za nim bezludne domy porywał potop i spłynął bieszczadzkich wsi łun ognia i popiołu potok... W dali czerwieniały łuny. Gorzki swąd spalenizny dolatywał do wsi. Nasi znów giną powiedział któryś z gospodarzy. Siedzieli na skraju lasu czekając na resztę.W tym samym czasie ktoś zapukał do jednej z chat. Tatuś wstał, otworzył drzwi, a mamusia nas budziła i mówiła: “wstawajcie dzieci, będziemy się modlić, bo będziemy umierać”. Baliśmy się bardzo, zaczęliśmy wszyscy płakać. A ten Ukrainiec powiedział: “jak uciekniecie to nie będziecie zamordowani, tylko musicie stąd uciekać, bo my będziemy tu budować Samostijną Ukrainę“. Ojciec złapał za siekierę. Krzyknął do matki. Zabieramy się zaraz tu będą. Ludzie którzy uciekli do lasu rozpierzchli się w różnych kierunkach. Dokąd uciec z dwójką małych dzieci? Gdzie szukać kryjówki? Wybawieniem okazała się na szczęście pusta gawra. Ojciec wepchnął wszystkich do środka obłożył gałęziami wejście i zamaskował ściółką. W dziupli spędzili cały dzień i noc. Rankiem ojciec wyszedł na zwiady uprzednio dokładnie maskując kryjówkę. Powrócił po kilku godzinach. Domu już nie mamy. Nie mamy gdzie wracać. Musimy uciekać. Tylko gdzie? Żona dwójką małych dzieci. Śmierć mogła czaić się za każdym drzewem. Leśna jagody zaspokoiły głód. Nie mieli nic w ustach od 2 dni. Ojciec szedł pierwszy. Rozglądał się bacznie na boki. Mama z siostrą i mną szła kilkanaście metrów z tyłu. Rodzice postanowili iść do Wołkowyi. Tam mieszkał ojciec chrzestny mamy. Liczyli że tam znajdą pomoc. Do wsi dotarli późnym wieczorem. Ojciec ukrył nas w krzakach malin. Sam poszedł na zwiady. Po pół godzinie wrócił z dobrą wiadomością. Mamy niepostrzeżenie wślizgnąć się do stodoły. Po kwadransie byliśmy pod dachem. Skrzypnęły drzwi w zupełnych ciemnościach ktoś wszedł do środka. W rogu zapalił kaganek. Pierwsze co zobaczyłam to garnek pełen pierogów i mleko. Kiedy najedliśmy się do syta. Wujek oznajmił że nie możemy tu zostać. Nie ma dnia by do jego kuźni nie zaglądali upowcy. Często też korzystają ze stodoły. Biorą siano a bywa że i nocują. Opatrzność chyba czuwała nad nimi. Cały następny dzień spędziliśmy na nasłuchiwaniu tentu końskich kopyt. Pod wieczór wraz z wujkiem do stodoły wszedł młody chłopak. To wasz przewodniki oświadczył wujek. Zaprowadzi was bezpiecznie do partyzanckiego oddziału. Tu nie jesteście bezpieczni. W każdej chwili mogą was tu znaleźć a wtedy lepiej nie myśleć. Mama przeżegnała się. Zaopatrzeni w żywność i ubrania udaliśmy się z naszym przewodnikiem na wędrówkę. Chłopak kluczył leśnymi duktami. Przez najbardziej dzikie odstępy. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do partyzanckiego obozu. Takich rodzin jak nasza było tu kilkanaście. Wśród nich nasi sąsiedzi. Wszyscy którzy zdołali uratować się z pogromu. Obóz był doskonale strzeżony. Dzień i noc czuwały warty. Ojciec dołączył do oddziału. Mama pracowała w kuchni. Przez kilka tygodni żyliśmy partyzanckim trybem. Pewno dnia do dowódcy przyszedł łącznik. Był to kuzyn taty z Leska. Pracował dla Niemców. Miał przepustki i mógł poruszać się po całym terenie. Zarządzał folwarkiem który zaopatrywał III Rzeszę w żywność. Przy następnej wizycie zaopatrzył rodziców w potrzebne dokumenty. Znów niepewni jutra udaliśmy się w nieznane. Wieczorem byliśmy na miejscu. W zabudowaniach gospodarczych dostaliśmy ciasną komórkę. Ojciec pracował w stajni a mama w ogrodzie. My jako małe dziewczynki kręciliśmy się wokół kuchni. Zawsze wpadło coś dobrego do jedzenia. Tak minął rok. Skończyła się wojna. Rosjanie ograbili folwark że wszystkiego.Rodzice przenieśli się do Sanoka. Tu było w miarę bezpiecznie. Co rusz dochodziły informacje o zbrodniach UPA. Ojciec pracował wtedy na kolei. Kolejne transporty repatriantów jechały na zachód. I on uległ pokusie. Namówił mamę na wyjazd. Nasz majątek składał się z kilku walizek i jutowych worków. Nasza podróż do,,ziemi obiecanej,, trwała prawie dwa tygodnie. Pociąg stawał na przeróżnych stacjach,przepuszczając wojskowe składy. Czasem zatrzymywał się w polu. Wtedy ludzie wychodzili na zewnątrz i rwali trawę dla bydła. W końcu dotarliśmy na miejsce. Na odrapanej tablicy widniał napis Opole. Nastał kres naszej tułaczki. Wędrowaliśmy przez ulice zasypane gruzem. Mieszkania w centrum były pozajmowane. Dopiero na peryferiach znaleźliśmy domek z ogródkiem. Nikt nie zamieszkał tam z jednego powodu. W dachu była ogromna dziura po bombie która przebiła strop lecz nie eksplodowała. Taką relację zdała nam sąsiadka która mieszkała za płotem. Mimo wszystko rodzice postanowili tam zamieszkać. Tata nie był w ciemię bity. Już na drugi dzień wziął się za naprawę dachu a po tygodniu nie było śladu. Domek był naprawdę śliczny. 4 pokoje ,łazienka, kuchnia. To luksusy które do tej pory nie znaliśmy. Do tego piękny ogród. Tata podjął pracę na kolei a mama w szkolnej stołówce. Mijały lata. Rodzice tęsknili za rodzinnymi stronami. Na początku lat 70 postanowili że wakacje spędzimy w Bieszczadach. Po ponad ćwierć wieku miało stanąć w miejscu gdzie się urodzili. Kilkanaście godzin jazdy. Wypakowania po brzegi Syrenka zajechała na brzeg zalewu. Tam pod taflą jeziora była ich wieś. Telesnica Sanna. Rodzice długo wpatrywali się toń. Na ustronnej polanie rozbili namiot. Razem z siostrą wzięłyśmy się za kolację. Las szumiał tak jak kiedyś. Wróciły strasznie wspomnienia. Nazajutrz wraz z rodzicami poszliśmy odszukać gawrę która tamtego tragicznego dnia dała nam schronienie. Dość długo kluczyliśmy, las zmienił się zarosły nie ścieżki którymi chadzali dawni mieszkańcy. W końcu udało się. Stanęliśmy pod sędziwą jodłą. Ojciec z brezentowego plecaka wyciągnął dwa woreczki. Do każdego nabrał kilka garści ziemi. ,, Kiedy z mamą odejdziemy tą ziemię macie rozsypać na naszych mogiłach,, Kilkanaście lat później spełniłam jego wolę. Bieszczadzka ziemia użyźniła mogiłę w której spoczął. Kilka lat później dołączyła do niego mama. I tu została spełniona wola ojca. Odeszli z tej ziemi. Lecz nigdy nie wymazali jej z pamięci....
Może być zdjęciem przedstawiającym 3 osoby
Wsz

Brak komentarzy: